Spór o Castro: tyran czy bohater?
Wykładowca z Meksyku kontra działaczka Amnesty International.
Z dr. Fernando Villagomezem z Centrum Studiów Latynoamerykańskich rozmawia Marcin Szymaniak.
Cieszy się Pan, że Castro odszedł?
Uważam, że powinien się wycofać już wcześniej, jakieś 10 lat temu. Ale my w Ameryce Łacińskiej lubimy Castro. Na przykład w moim kraju, Meksyku, większość ludzi go chwali. Fidel przetrwał dziesięciu prezydentów waszyngtońskich i – w odróżnieniu od wielu przywódców latynoamerykańskich – robił, co sam chciał, a nie to, czego życzyły sobie USA. Potrafił powiedzieć: jestem Latynosem i będę działał dla Kuby, a nie dla Waszyngtonu. A teraz oddaje władzę bratu nie dlatego, że Waszyngton tego chce, ale dlatego, że sam nie ma już siły, pragnie ustąpić. W ten sposób dzięki Castro mała Kuba pokonała wielką potęgę. Przez prawie pół wieku Waszyngton chciał go pokonać i pokazać wszystkim, że demokracja ma być taka, jak chcą Stany Zjednoczone. Ale się nie udało.
Może szkoda? Bo przecież USA są demokracją, a Kuba zwykłą dyktaturą.
Nie zgadzam się. Castro nie był takim dyktatorem jak Husajn, Pinochet czy Videla w Argentynie. Na Kubie nie było masowego terroru. Pinochet zamordował w Chile tysiąc osób w ciągu roku, na Haiti w ciągu dwóch lat ginęło trzy tysiące. Można przyjąć, że na Kubie zginęło tysiąc ludzi – ale w ciągu 50 lat! Poza tym, czym jest dyktatura, a czym demokracja? W Los Angeles bezdomni mieszkają w centrum w namiotach. I co z tego, że mają demokrację, skoro państwo nie potrafi im zapewnić podstawowych rzeczy do życia?
Ci w namiotach to niewielki odsetek społeczeństwa USA, a przeciętny Kubańczyk nie żyje na wiele lepszym poziomie niż oni.
Nie można w ten sposób porównywać, Kuba była przecież zawsze biednym krajem. Czy zastanawiał się pan, dlaczego Castro tak długo się utrzymał? Bo przez 30 lat większość społeczeństwa go uwielbiała, choć oczywiście nie wszyscy, tak jak w Polsce nie wszyscy popierają Tuska. Na Kubie żyje się biednie, ale dobrze, bez porównania lepiej niż na Jamajce czy Haiti. Służba zdrowia na Kubie jest zdecydowanie lepsza niż gdzie indziej w Ameryce Środkowej. W Kolumbii jeden lekarz przypada na 1800 ludzi, w Kostaryce na 1400, w Salwadorze na prawie 3000, w Meksyku ponad 1000, a na Kubie – 600. Hawana wysyłała lekarzy do pomocy do Meksyku, Nikaragui, Wenezueli, a nauczycieli do Gwatemali, do Chiapas. Pięć lat temu prowadzono badania analfabetyzmu. W Nikaragui analfabeci stanowili 41 proc. społeczeństwa, w Salwadorze 33 proc., Gwatemali 46 proc., Hondurasie 40 proc., na Kubie niecałe 8 proc. I o czym mówimy? Możecie krytykować Castro, ale nie da się zaprzeczyć, że ma lepsze wyniki niż inni.
Zgadza się Pan z opinią, że reżim kubański trzyma się, bo pomaga mu Hugo Chavez z bogatej w ropę Wenezueli?
Pomoc Wenezueli na pewno jest cenna. Ona wysyła Kubie ropę, którą Kubańczycy przerabiają na produkty naftowe. Chavez pozwolił je Hawanie eksportować, Kuba zaspokaja więc własne potrzeby, a resztę przerabia i sprzedaje, dostając dewizy.
Bywał Pan nie raz na Kubie. Gdzie jest lepiej – tam czy w Meksyku?
W Meksyku, kraju relatywnie bogatym jak na Amerykę Łacińską, 60 proc. ludności, czyli 60 milionów ludzi, żyje w biedzie. 35 milionów w skrajnym ubóstwie. Sporej części z nich jest gorzej niż Kubańczykom. Gdyby pan pojechał do stanu Chiapas, gdzie doszło do słynnego powstania commandante Marcosa, to by pan zapytał: Jak można żyć w takich warunkach?! A na Kubie tego nie ma – żyją biednie, ale nie w rozpaczliwej nędzy. Na olimpiadach panamerykańskich najlepsze są zawsze USA, na drugim miejscu Kuba, na trzecim Meksyk. To o czymś świadczy.
Mógłby Pan żyć na Kubie?
Mnie nie potrzeba luksusów, natomiast chciałbym mieszkać w dobrych warunkach. Mógłbym żyć na Kubie, na Haiti, w Meksyku – ale nie w dzielnicy, gdzie nie można się umyć albo gdzie dachy przeciekają, jak pada deszcz.
***
Z Mirellą Panek-Owsiańską, specjalistką od Kuby w polskiej Amnesty International, rozmawia Marcin Szymaniak.
Ilu więźniów politycznych jest na Kubie?
Dokładnej liczby nie znamy, ale szacuje się ją na kilkaset osób. Najbardziej znani to ci, którzy zostali uwięzieni w 2003 roku podczas masowej obławy na intelektualistów, pisarzy, działaczy praw człowieka. Aresztowano wtedy 75 osób. Amnesty International uznała ich za więźniów sumienia. Około 60 z nich wciąż jest w więzieniach. Zostali skazani na bardzo długie wyroki – od kilkunastu lat do dożywocia. Ich sytuacja jest bardzo zła. Nie mają możliwości przyjmowania leków, jeśli są chorzy, przebywają często w tragicznych warunkach bytowych.
Czy przypadek Hectora Palaciosa, który siedział trzy lata w karcerze 1,5 na 1,5 metra w temperaturze dochodzącej do 50 stopni C, to jakiś wyjątek czy „normalka” w tym państwie?
Niestety nie jest to odosobniony przypadek. Do takich karcerów, często o wymiarach metr na metr, najczęściej trafiają ci, którzy nie chcieli się podporządkować władzom więziennym – ogłaszali strajk głodowy, głośno protestowali itp.
Zabójstwa polityczne jednak się już nie zdarzają?
Trudno powiedzieć. Zdarzają się ciężkie pobicia. Jest poza tym mnóstwo lżejszych represji, ale bardzo dokuczliwych. Pod domami oponentów organizuje się pikiety, wyzywając ich od „sługusów Ameryki”. Dzieci takich osób mają kłopoty z przyjęciem na uniwersytet. Siedzącym w więzieniu utrudnia się kontakt z rodzinami. Na Kubie bardzo aktywny jest ruch Kobiet w Bieli – żon, matek, sióstr dysydentów aresztowanych w 2003 r. Miałam okazję się z nimi spotkać, będąc na wyspie. Piszą protesty, organizują białe marsze w każdą niedzielę po mszy, dostały nagrodę Parlamentu Europejskiego. Tak naprawdę reżim się ich boi, bo ich przekaz jest bardzo mocny za granicą. Mają kontakty z zagranicznymi dziennikarzami, ambasadami i jeśli którąkolwiek z kobiet spotkałyby fizyczne represje, zaraz byłoby o tym wiadomo na świecie, i władze w Hawanie miałyby kłopot.
Jakie są Pani wrażenia po pobycie w ich domach?
W zwykłym domu kubańskim panuje straszna bieda. Wszystko jest na kartki. Jednej osobie przysługuje kilogram ryżu, kilo fasoli, rolka papieru toaletowego, pięć cygar miesięcznie. Wszyscy próbują te cygara sprzedawać, żeby mieć choć kilka dolarów. Obowiązują dwie waluty: peso kubańskie i peso wymienialne – jeden na jeden do dolara. Turyści płacą tymi drugimi w specjalnych sklepach, Kubańczycy zarabiają w tych pierwszych, za które nic nie można kupić. Właściwie mamy teraz dwie Kuby – Kubę luksusowych hoteli i rajskich plaż, którą widzą turyści, oraz Kubę zwykłych Kubańczyków, gdzie panuje niewyobrażalna nędza.
Ale podobno służba zdrowia i edukacja są na niezłym poziomie?
Dbałość o edukację to fakt. Jest obowiązkowa dla wszystkich dzieci. Dostęp do służby zdrowia jest zależny od układów. Są dobre szpitale, ale płaci się w nich tymi dewizowymi peso. Dla zwykłego Kubańczyka służba zdrowia to stanie w kolejkach i wieczny brak pieniędzy. Kraj słynął z dobrych lekarzy, ale bardzo wielu z nich wyjechało do USA.
A jak jest z dostępnością do internetu?
Internet jest tylko w kafejkach internetowych dla turystów. Zwykli Kubańczycy nie mają dostępu do sieci. W domu nie można mieć internetu ani telewizji satelitarnej.
W jaki sposób udaje się Pani wjeżdżać na Kubę? Przecież służby bezpieczeństwa wiedzą, że jest Pani z Amnesty...
(śmiech) Proszę pozwolić, że tego nie ujawnię. Ambasada kubańska czyta przecież gazety.
Myśli Pani, że odejście Castro będzie na Kubie przełomem?
Castro nie rządzi już de facto od dwóch lat, od czasu operacji i pobytu w szpitalu. Władzę sprawuje jego brat Raul. O żadnym przełomie nie możemy więc mówić. Ale będziemy uważnie obserwować postępowanie Raula.
Skomentuj ten tekst
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.




DRUKUJ
WYŚLIJ
Kup artykuł
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook