Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wielkanocne igraszki gawiedzi

Rafał Jabłoński 10-04-2009, ostatnia aktualizacja 21-04-2014 09:11

Petardę pod nogi, a potem chlust kubłem wody. To dawne, wielkanocne zabawy co młodszych mieszkańców stolicy. Dziś jednak tradycja zamiera – dzięki operatywności straży miejskiej oraz policji.

Rok 1933.  Podkładanie kalichlorku na szynie tramwajowej przy moście Poniatowskiego. Kto dziś pamięta, że jeszcze pod koniec lat 50. Solcem jeździły tramwaje?
źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Rok 1933. Podkładanie kalichlorku na szynie tramwajowej przy moście Poniatowskiego. Kto dziś pamięta, że jeszcze pod koniec lat 50. Solcem jeździły tramwaje?
Ubranie dyngusowicza coś dziwnie wilgotne
autor: Marian Zubrzycki
źródło: Fotorzepa
Ubranie dyngusowicza coś dziwnie wilgotne

Wyleciało wiele szyb a nawet futryny okien. M.in. “wesoły” obywatel W. Bogucki zamieszkały Krypska 23 wybuchem większego ładunku pozbawił lokatorów domów przy Krypskiej 23, 25, 20 i 19 zarówno szyb jak i ram okiennych” - donosiło “Życie Warszawy” w 1946 roku. Nasz ekspert Leszek Wilk, który w latach 50. odpalił niezliczoną ilość świątecznych petard, twierdzi, że na Krypskiej zdetonowano ładunek trotylu. A wtedy o taki nie było w mieście trudno. Kilka dni przed wspomnianą historią zamieściliśmy prośby czytelników o usunięcie bomb lotniczych, które leżały koło chodników przy paru ulicach Pragi. Materiałów wybuchowych mieliśmy więc pod dostatkiem.

Zwyczaj wielkanocnego strzelania odnotowywany jest już w XVIII wieku, kiedy to msze rezurekcyjne przesunięto z nocy na poranek. I palenie ze strzelb oraz wiwatówek ogłaszające Zmartwychwstanie Pańskie, miało budzić świat do życia.

 

“Kaniflorek”

 

– Podstawową substancją stosowano do konstruowania petard, był chloran potasu, zwany kalichlorkiem, a przez lokalną gawiedź – kaliflorkiem, a nawet kaniflorkiem – wspomina Leszek Wilk – Ten chloran nabywało się wtedy w aptekach, gdzie był trzymany jako środek przeciwbólowy – dodaje.

Kalichlorek mieszało się na stole z pewną substancją, której nazwy w trosce o górne kończyny młodszych czytelników, nie podajemy. Można było go też łączyć z innym materiałem, dzięki czemu huk był niebywały, ale rzeczona mieszanina eksplodowała przy lada uderzeniu, więc proces łączenia robiono na stołach, żeby w razie czego wszystko poszło w powietrze. A jak udało się i nie wybuchło, to zawijano to w szmatki, kładziono na ziemi i rzucano kamień.

– Zajmowały się tym przede wszystkim grupy ministrantów – opowiada Leszek Wilk – Szczególnie aktywne były przy kościołach na pl. Narutowicza oraz na Kamionku.

Drzewiej, to znaczy przed wojną (nawet tą pierwszą) wykorzystywano tory. “Na ulicy Marszałkowskiej około godz. 6 po poł. przed domem No. 112 pod kołami tramwaju elektrycznego wybuchła petarda” – donosił 13 kwietnia 1909 roku “Kurier Warszawski”.

– A na pętli przy pl. Narutowicza – wspomina Leszek Wilk pierwszą połowę lat 50. – motorniczy wypraszał pasażerów i sam jechał tramwajem. A pierwszy wagon podskakiwał, bo pod kołami co chwila coś wybuchało.

Strasznym nieszczęściem były dla pirotechników pierwsze dwa powojenne lata, gdy w święta nie chodziły tramwaje, a jak je już puszczono, to jeździły niezwykle rzadko. “Brak tramwajów po rezurekcji uniemożliwił młodzieży podkładanie petard” – relacjonował w 1947 roku “Express Wieczorny”.

Tuż po wojnie korzystano z arsenałów leżących po parkach i piwnicach; przeważnie detonowano spłonki. “Nie obeszło się też bez strzelaniny na większą skalę” – doniosła w 1947 roku ta sama popołudniówka. Waliło wojsko, walili milicjanci, a także młodzież, gdyż o porzuconą broń nie było trudno.

Przedwojenny mieszkaniec Żoliborza Edward Janicki wspominał, że nad Wisłą dzieciaki z Marymontu wrzucały do poniemieckich okopów granaty zaczepne (z cienkiej blachy) i uciekały na boki. Huk był wspaniały.

 

I z klucza można...

 

Później, w ramach postępującej “demilitaryzacji” jakość wybuchów była gorsza – strzelano pod kościołami z korkowców, z kluczy napełnianych “siarką” z zapałek, a także z puszek karbidowych.

Te ostatnie były stosunkowo najbezpieczniejsze, bo denko wyskakiwało bardzo łatwo i nikt nie odnosił obrażeń. Bardziej niebezpieczne okazywały się klucze, o czym zaświadcza autor, któremu kilka rozerwało. I dostał w d..., gdyż matka nie miała czym szafy otworzyć.

Inni mieli mniej szczęścia. “W pierwsze święto jakiś wyrostek wywołał wybuch petardy, która jemu samemu ciężko oparzyła twarz i wybiła zęby” - relacjonował w 1909 roku “Kurwar” (jak nazywano wtedy ten dziennik). A po niecałych czterdziestu latach nasza gazeta donosiła – “Wskutek nieostrożnego manipulowania materiałem wybuchowym przy oddawaniu “świątecznych wiwatów” Zb. Romczak (lat 14) doznał poszarpania lewego przedramienia”.

Później władze tępiły strzelających, ale niezbyt skutecznie. A za Gierka, i szczególnie podczas stanu wojennego, udawano, że nic się nie dzieje. Pierwszego roku tegoż stanu na śródmiejskim podwórzu dzieciak znajomych nieumiejętnie zdetonował ładunek, przez co jemu i dwóm młodym sąsiadom pourywało palce. Przyjechała żandarmeria, milicja i pogotowie. A prasa o niczym nie doniosła, bo – z urzędu –miał być spokój.

A na koniec ciekawostka – ostatnią wiwatówkę, czyli brązową armatkę do strzelania hukowego, widziano w Warszawie w marcu 1968 roku. Podczas zamieszek na uniwersytecie niefrasobliwy właściciel niósł ją do Desy na Nowym Świecie, celem wstawienia do komisu.

Na szczęście czujna milicja obywatelska pochwyciła go pod zarzutem próby obalenia ustroju siłą. Nie pomogło tłumaczenie, że to do wielkanocnego strzelania. Ledwie wywinął się z łap obrońców systemu. A wiwatówka trafiła do muzeum wojska.

 

Nie tylko woda

 

Jak nie hukiem to wodą. Zwyczaj śmigusa-dyngusa jest połączeniem dwóch dawnych obyczajów. Ten pierwszy był symbolem wiosennego oczyszczenia, a drugi – rodzajem wykupu przed polewaniem wodą. Tradycja ta jest starsza od strzelania o co najmniej trzy stulecia.

W Warszawie oblewano się wodą nader chętnie. “Kurwar” pisał przed stu laty – “Tradycyjny “śmigus” miał, jak lat poprzednich, swych zwolenników, zwłaszcza wśród młodzieży”. Niestety nie obeszło się, tak jak i dzisiaj, bez wybryków chuligańskich.

Otóż jeden z polewaczy “Pod pozorem “śmigusa” na Nowym Świecie pryskał... karbolem, który oparzył twarz 2 osobom”. Lano się na głównych ulicach, albo ganiano po osiedlach. Niestety od początku lat 70. pojawili się agresywni dyngusowicze, chlustający w wystrojonych spacerowiczów całymi wiadrami.

“Na Starym Mieście trzeba było dobrze uważać, bo prawie za każdym rogiem czaili się chłopcy i oblewali przechodniów” – donosiło w 1976 roku “Życie Warszawy”.

W pierwszej połowie lat 80. Starówka w drugi dzień świąt niemal pustoszała. Dyngusowicze wyszukiwali więc ofiary ma Krakowskim Przedmieściu. Jeździli samochodami i polewali z pompek.Dziś i ten zwyczaj przechodzi powoli do lamusa, bo “tradycjonaliści” karani są mandatami.

 

Dodaj swoją opinię lub napisz na czytelnik@zw.com.pl

 

Życie Warszawy