Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Polityczny krach Przemysława Wiplera

Marcin Dobski 24-04-2017, ostatnia aktualizacja 24-04-2017 00:00

Zakładał stowarzyszenie KoLiber, Fundację Republikańską, współpracował z Donaldem Tuskiem, do Sejmu trafił jako poseł PiS. Jeden z najbardziej barwnych polityków rzuca ręcznik.

Choć Przemysław Wipler nie ma jeszcze 40 lat, ma już za sobą bogatą karierę polityczną  – od współpracy  z Donaldem Tuskiem, przez PiS, po choćby Kongres Nowej Prawicy (na zdjęciu wiec  w Toruniu w 2014 r.)
autor: Roman Bosiacki
źródło: Fotorzepa
Choć Przemysław Wipler nie ma jeszcze 40 lat, ma już za sobą bogatą karierę polityczną – od współpracy z Donaldem Tuskiem, przez PiS, po choćby Kongres Nowej Prawicy (na zdjęciu wiec w Toruniu w 2014 r.)
źródło: reporter

Przemysław Wipler skończył z polityką. Ze sceny odchodzi postać wzbudzająca wyjątkowe emocje. Jedni cenią jego talent organizacyjny i polityczną sprawność, drudzy przekonują, że nie da się z nim współpracować, bo wcześniej czy później wszystkich skłóci i partię, w której działa, doprowadzi na skraj przepaści. On sam raczej nie dostrzega własnych błędów, nie zwykł też przepraszać czy to wyborców, czy to kolegów, z którymi współpracuje. Stąd też dwie odmienne opinie. On sam i jego najbliżsi współpracownicy woleliby postrzegać go jako Roberta Lewandowskiego polskiej polityki, który zmuszony jest do gry w GKS Katowice, czyli w niższej lidze. Dla innych pozostaje politykiem, który czegokolwiek się dotknie, zostawia po sobie zgliszcza.

– Kolega Wipler to człowiek o dużych zdolnościach, naprawdę dużych, ale ma też talent do tego, że skłóca się z każdym, z kim się spotyka. Kłóci się z własnymi ludźmi. Ściąga ludzi do partii, nie mijają trzy miesiące, pół roku i jest z nimi skłócony – mówił o nim w wywiadzie udzielonym IWOG TV Janusz Korwin-Mikke, prezes partii Wolność.

Feralna Wolność i Nadzieja

Afera, która wydaje się być gwoździem do trumny politycznej kariery Wiplera, też ma być efektem konfliktu. W tym przypadku z Robertem Anackim, wiceprezesem partii Wolność i jeszcze do niedawna jego przyjacielem. Bezpośrednim powodem odejścia Wiplera ze świata polityki było ujawnienie przez „Fakt" afery dotyczącej finansów Fundacji Wolność i Nadzieja, której założycielem i prezesem jest sam Wipler. Głównym jej celem miało być odwrócenie proporcji między liczbą Polaków emigrujących z kraju a tych powracających z zagranicy. Dziennik pisał, że z pieniędzy, które wpływały na konto fundacji, polityk płacił za swoje prywatne zachcianki. Ze środków organizacji miał opłacać rachunki w restauracjach, zakupy drogich ubrań, weekendowe wyjazdy i wiele innych. Wipler miał wypłacać sobie też gotówkę na niejasne cele i kupować bilety lotnicze do Brukseli dla żony, która jest asystentką europosła Roberta Iwaszkiewicza w Parlamencie Europejskim. Według ustaleń do końca marca polityk nie rozliczył się z blisko 50 tys. zł.

Były poseł szybko zareagował na doniesienia dziennika. „Wszelkie medialne wątpliwości dotyczące jej (fundacji – red.) finansów zostaną wyjaśnione i rozliczone w ramach zatwierdzania sprawozdania finansowego za ten rok. By uniknąć jakichkolwiek posądzeń o stronniczość, złożę rezygnację z funkcji Prezesa Zarządu Fundacji, zawnioskuję do drugiego Fundatora o powołanie nowego zarządu i przeprowadzenie audytu. W ramach audytu finansów Fundacji dokonanego przez nowy Zarząd, udzielę wszelkich wyjaśnień, wykazując brak nielegalnego działania" – napisał w mediach społecznościowych zaraz po ukazaniu się artykułu w „Fakcie".

Równocześnie zapowiedział rezygnację z działalności politycznej. „W trakcie ostatnich lat byłem wielokrotnie atakowany politycznie i medialnie. Jestem twardym człowiekiem i znoszę te ataki, jednak coraz większym ciężarem są one dla moich najbliższych, żony i coraz starszych dzieci" – przekonywał.

Pośród ok. 400 komentarzy pod wpisem jeden zasłużył na szczególną uwagę. „Drogi Przemku. Od dostawania publicznie po mordzie ja jestem, a od robienia nowej dobrej polityki jesteś Ty. Dlatego skasuj ten post i rób dalej swoje" – słów otuchy dodawał kontrowersyjny biznesmen Zbigniew Stonoga, uchodzący za specjalistę od wchodzenia w konflikty z prawem.

Mimo licznych apeli sympatyków decyzja wydaje się nieodwołalna.

Kompromitacja kontrolowana?

Sprawą finansów fundacji zajmie się prokuratura. Wipler nie obawia się jednak dochodzenia. Uważa, że wszystko jest w stanie wyjaśnić. Zabolało go jednak co innego. Artykuły „Faktu" inspirował jego przyjaciel, z którym zna się od kilkunastu lat – Łukasz Wróbel. – To był ktoś więcej niż mój przyjaciel, był przyjacielem całej rodziny. Gdy byliśmy pod ścianą i musieliśmy z żoną gdzieś pilnie wyjechać, a nie było z kim zostawić dziewczynek, to zostawały z Łukaszem, którego bardzo lubiły – mówi Wipler „Plusowi Minusowi".

Czy jednak na pewno rezygnacja z kariery politycznej jest tylko i wyłącznie efektem publikacji „Faktu"? W środowisku związanym z Wiplerem krąży jeszcze inna hipoteza. Zgodnie z nią informacje dyskredytujące barwnego polityka miałyby się pojawiać z inspiracji partii rządzącej.

Nie jest tajemnicą, że toczy się walka o władzę w PZU, państwowym hegemonie ubezpieczeniowym. Z jednej strony są ludzie ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, którego wspiera premier Beata Szydło, a z drugiej środowisko skupione wokół wicepremiera Mateusza Morawieckiego. Nasi rozmówcy twierdzą, że Wipler miał zbierać haki na jedną z frakcji w PZU. Polityk ma rozległe znajomości polityczne, w tym wielu kolegów w PiS, również w obecnym rządzie.

Hipoteza ta zakłada, że jeśliby nie odszedł z polityki, to miałyby się pojawić kolejne, znacznie mocniejsze i bardziej kompromitujące informacje, których rodzina polityka mogłaby nie wytrzymać. On sam twierdzi, że nosił się z zamiarem odejścia z polityki od dłuższego czasu.

Punkt zwrotny

Afera związana z fundacją to kolejny już upadek byłego posła. Sam przyznaje, że do tej pory najbardziej przeżył konsekwencje wydarzeń z października 2013 r., gdy po wyjściu z nocnego klubu przy ulicy Mazowieckiej w Warszawie wdał się w szarpaninę z policjantami w obronie innej osoby. W wydychanym powietrzu miał wówczas 1,4 promila alkoholu. Tej nocy świętował narodziny swojej córki. Ale to jedyna tego wieczoru radość, bo nieprzyjemnym następstwem zabawy był nie tylko kac nazajutrz. Według relacji policji Wipler był agresywny, wulgarny i próbował wydawać funkcjonariuszom polecenia.

Niedługo po zdarzeniu wystąpił na konferencji prasowej. Tłumaczył, że świętował, a po wyjściu z klubu włączył się do policyjnej interwencji. Mówił, że został pobity przez policjantów, a lekarze stwierdzili u niego uszkodzenie rogówki i liczne stłuczenia oraz otarcia.

Na tym incydent się nie zakończył, bo sprawa trafiła najpierw do prokuratury, a finał znalazła w sądzie. Wipler został skazany na pół roku więzienia z zawieszeniem na dwa lata oraz 10 tys. zł grzywny. Polityk miał również opublikować pisemne przeprosiny w miesięczniku wydawanym przez Komendę Główną Policji oraz pokryć koszty procesu. Mimo że podczas procesu Wipler zapewniał, że udowodni swoją niewinność, to zrezygnował z apelacji. – Jeślibym się odwołał, a sąd apelacyjny podtrzymałby obecny wyrok, nie mógłbym kandydować ani w wyborach do Parlamentu Europejskiego, ani w wyborach do Sejmu. Jeśli przyjmę wyrok, będę mógł kandydować. Bo wyrok zatrze się za ok. 2–2,5 roku – wyjaśniał swoją decyzję.

Zaledwie kilka miesięcy przed aferą na Mazowieckiej odszedł z PiS, z którego list wyborczych dostał się do Sejmu w 2011 r. – Będąc w opozycji, można było głosować według własnych przekonań, ale po przejęciu władzy byłoby to niemożliwe, a ja i PiS coraz bardziej oddalaliśmy się od siebie w sprawach gospodarczych – mówi Wipler. Wcześniej nie udało mu się wywalczyć mandatu posła, ale w 2005 r. został szefem departamentu dywersyfikacji dostaw nośników energii w Ministerstwie Gospodarki, gdzie pracował do 2008 r.

Z PiS łączy go więcej. Gdy w 2003 r. Sejm powołał komisję śledczą w sprawie afery Lwa Rywina, Wipler współpracował z prawnikiem, przyjacielem ze studiów, obsługującym dwóch członków komisji – Jana Rokitę i Zbigniewa Ziobrę. Z kolei gdy w 2009 r. odszedł z resortu gospodarki, to współzakładał Fundację Republikańską, która stała się zapleczem eksperckim PiS. Po katastrofie smoleńskiej w 2010 r. został prezesem Ruchu 10 Kwietnia, którego celem była walka o prawdę.

Ale Wipler nie zawsze był związany z PiS. Długo było mu znacznie bliżej do Platformy Obywatelskiej. W 1997 r. pracował przy kampanii Donalda Tuska, gdy ten startował w wyborach do Senatu. W wyborach samorządowych w 2002 r. bez powodzenia kandydował do Rady Warszawy z listy Komitetu Wyborczego Wyborców Julii Pitery.

38-letni Wipler urodził się w Piekarach Śląskich, gdzie jego ojciec był górnikiem. Po rozwodzie rodziców pojechał za matką do Gdyni, by pomóc w odzyskaniu zagrabionego przez komunistów majątku, co zresztą się udało. Skończył tam III LO im. Marynarki Wojennej, a na studia przyjechał do Warszawy. Wybrał prawo, na drugim roku został szefem samorządu studenckiego. Założył konserwatywno-liberalne stowarzyszenie Koliber, pełnił w nim funkcję prezesa oddziału warszawskiego, a następnie prezesa zarządu głównego, ale ciągnęło go do polityki. Rozważał Unię Wolności, ale postawił na Unię Polityki Realnej. Był trzecim rzecznikiem tej formacji. Przed nim funkcję tę pełnili cenieni dziś publicyści: Łukasz Warzecha i Rafał Ziemkiewicz.

Ze studiami wiąże się pewna ciekawostka, o której mało kto wie. Na Uniwersytecie Warszawskim poznał bowiem Adriana Zandberga, lidera lewicowej partii Razem. – To było ok. 20 lat temu. Kiedyś sobie rozmawialiśmy o polityce i ja mówiłem, że jest miejsce na alternatywę dla AWS, a on przekonywał, że można stworzyć lewicowe ugrupowanie, które ma szansę zaistnieć – opowiada Wipler.

Gdy w 2013 r. opuścił PiS, założył Stowarzyszenie Republikanie (profil konserwatywno-liberalny), którego został prezesem. Organizacja zaangażowała się w projekt Jarosława Gowina „Godzina dla Polski", następnie stowarzyszenie wzięło udział w tworzeniu partii obecnego wicepremiera – Polski Razem. Wipler był członkiem prezydium, a po odejściu związał się z Kongresem Nowej Prawicy, którym dowodził Janusz Korwin-Mikke. Był kandydatem KNP na prezydenta Warszawy, zajmując czwarte miejsce spośród 11 kandydatów (otrzymał niewiele ponad 4 proc. głosów). W styczniu 2015 r. wraz z Januszem Korwin-Mikkem ogłosił powstanie nowej partii pod nazwą KORWiN, której celem było wejście do Sejmu.

Starcia z Kukizem

Jego najnowsza polityczna historia to ciągła walka z Pawłem Kukizem i jego ruchem. To on brał udział w nieudanych negocjacjach z muzykiem przed wyborami do parlamentu. Również Wipler był obwiniany, razem z innym działaczem partii Piotrem Bryczkowskim, o zamach na sztandarowy postulat Kukiza – jednomandatowe okręgi wyborcze – który podczas telewizyjnej debaty kandydatów na prezydenta zaatakował Janusz Korwin-Mikke. Możliwe, że gdyby Kukiz'15 nie powstał, to KORWiN byłby w Sejmie. – Ułamki procentów i byłby posłem, a wtedy wszystko mogłoby wyglądać inaczej – usłyszeliśmy w konkurencyjnym ruchu Kukiz'15.

Już wtedy przeszło mu przez myśl, aby dać sobie spokój z polityką, ale doszedł do wniosku, że jeśli zabrakło tak niewiele bez pieniędzy, to z subwencją powinno być znacznie łatwiej. – Gdybyśmy wtedy weszli do Sejmu, to mógłbym być wicepremierem. PiS wtedy nie miałby większości, a my bylibyśmy bardziej przewidywalnym koalicjantem od Kukiz'15 – uważa Wipler.

W medialnych doniesieniach pojawiały się w tym czasie pogłoski o możliwym połączeniu sił obu ugrupowań, choćby tylko na wybory samorządowe. I plotki o tym, że na koalicję nie ma szans z winy Wiplera, który wszystko z premedytacją burzy. On sam uważa, że nie chciał partii KORWiN sprowadzać do elementu Kukiz'15 i walczył o jej podmiotowość. Po czasie przyznaje, że jedną z jego porażek jest fakt, że nie udało mu się stworzyć koła partii w Sejmie. Na łamach „Rzeczpospolitej" opisywaliśmy podchody Wiplera, który mamił posłów Kukiz'15 świetlaną przyszłością w swojej partii. Nie udało mu się jednak nikogo do swojej wizji przekonać.

Jeśli partii Wolność uda się przetrwać bez Wiplera, może to być dobra wiadomość dla innych antysystemowców, marzących o zjednoczeniu sił. On sam uważa, że ewentualne sojusze są mało prawdopodobne, a najwygodniej dla konkurencji byłoby, gdyby partia Korwin-Mikkego przestała w ogóle istnieć.

Co zrobi drapieżnik?

Czy jego obecne pożegnanie z polityką jest definitywne? Wipler ma już plany na przyszłość. – Nie stać mnie na bycie posłem – mówi, wskazując na zbyt niskie wynagrodzenie. – Od kwietnia poprzedniego roku z powodzeniem prowadzę firmę, która zajmuje się doradztwem prawnym. Mam coraz więcej zleceń – przekonuje Wipler.

Oprócz zajęcia się rodziną: żoną i dorastającą piątką dzieci, chce wydać też książkę. Ma to być jego autorskie spojrzenie na funkcjonowanie różnych obszarów państwa, swoiste kompendium wiedzy. – To, że nie będzie mnie w polityce, nie oznacza, że zniknę z życia publicznego – zapewnia Wipler. Wskazuje choćby na książkę, którą zamierza wydać własnym sumptem. – To będzie dobry pretekst, żeby spotykać się z ludźmi i przekonywać do swojej wizji.

Wraz z Wiplerem kurczy się grono młodych, zdolnych polityków PiS, na których partia ta liczyła dekadę temu. Do tej grupy zaliczano Dawida Jackiewicza, byłego już ministra skarbu obecnego rządu, Adama Hofmana, którego dalszą karierę przekreśliła afera madrycka, czy Marcina Mastalerka, rzecznika PiS w ostatniej kampanii wyborczej, który popadł w konflikt z prezesem Jarosławem Kaczyńskim, a obecnie jest dyrektorem ds. komunikacji korporacyjnej PKN Orlen. Teraz już w komplecie znajdują się poza polityką.

W rozmowie z „Plusem Minusem" Wipler wyklucza powrót do polityki, ale jednocześnie tajemniczo dodaje. – Drapieżniki na dłuższą metę nie dają rady wytrzymać bez jedzenia mięsa.

Plus Minus