Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Hinduski sen nad Wisłą

Jędrzej Bielecki 27-06-2017, ostatnia aktualizacja 27-06-2017 00:00

Na uczelniach uczy się już kilka tysięcy hinduskich studentów, wielu otwiera nad Wisłą biznes czy forsuje świat korporacji, najbardziej rzucają się w oczy na rowerach.

W Warszawie czuję się bezpieczniej niż w Londynie – mówi nam Ajay Pipalia.
autor: Robert Gardziński
źródło: Rzeczpospolita
W Warszawie czuję się bezpieczniej niż w Londynie – mówi nam Ajay Pipalia.

Do przyjazdu do Polski Ajaya Pipalię namówił Parth Khissiya, znajomy z Malad West, jednej z dzielnic Mumbaju. Przez Facebooka. – Napisał, że jest łatwo o pracę, szkoła jest tania, nie ma problemu z wizą – mówi Ajay.

Stoimy na rogu ul. Pańskiej i Miedzianej w Warszawie, chłopak o ciemnej karnacji ma chwilę przerwy między kolejnymi kursami. Rozwozi jedzenie z knajp zamawiane z dostawą przez aplikację UberEATS. Specjalny plecak utrzymujący temperaturę potraw odłożył na ziemię, rower oparł o latarnię.

– To był listopad, w Indiach było 30 stopni, a tu mróz, ciemno, śnieg na dwie stopy. Zamieszkałem z Parthem i jego kolegą w pokoju w hostelu w Wawrze – wspomina pierwsze chwile w naszym kraju. – Wiesz, jesteśmy z innych kast, ale tu, w Europie, to nie ma znaczenia – śmieje się. – Każdy płaci po 450 zł czynszu.

„Mam nadzieję, że jest gorące"

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu w Polsce prawie nie było studentów z Indii, a dziś warszawiacy co chwila spotykają na ulicach młodych Hindusów rozwożących rowerami jedzenie do biur i mieszkań z restauracji, które przyłączyły się do programu Ubera. Dyplomaci z indyjskiej ambasady w Warszawie przyznają, że w stolicy, ale także Krakowie i Poznaniu, uczy się już kilka tysięcy hinduskich studentów, a liczba ta szybko rośnie. Dlaczego, aby zarobić na czesne i wikt, tak wielu z nich wybrało właśnie rowerowego Ubera?

– Hindusi stanowią około połowy naszych pracowników, reszta to Ukraińcy czy Białorusi. Polaków nie jest więcej niż 15–20 proc. Nie chcą tak ciężko pracować – mówi Ramz Ruzmatow, mieszkający od kilku lat w Polsce Uzbek, dziś menedżer pracujący dla tej firmy.

Pracując sumiennie, przy rozwożeniu jedzenia można zarobić nawet 4 tys. zł miesięcznie. Wszystko jest znakomicie zorganizowane. Chłopcy nie jeżdżą na zwykłych rowerach, tylko elektrycznych, produkowanych przez należącego do Mercedesa Smarta. Każdy wgrywa do smartfona aplikację, która pokazuje na mapie, gdzie znajduje się restauracja, a gdzie klient, i którędy wiedzie najszybsza droga między tymi punktami. Jest też podana stawka kursu, no i ile sobie odlicza Uber.

– Uczymy ich topografii Warszawy, a także podstawowych zwrotów po polsku, jak „smacznego", „mam nadzieję, że jest gorące", „do zobaczenia" – mówi Ramz. W mieście, w którym praktycznie nie ma bezrobocia, a średnia pensja przekracza 6 tys. zł brutto, od pracowników, którym płaci się 15 zł na godzinę nie można wymagać zbyt dużo. Tym bardziej że studenci z Indii są solidni, uprzejmi i uśmiechnięci.

– To wcale nie była moja pierwsza praca. Dwa tygodnie po przylocie do Warszawy znalazłem zajęcie w firmie produkującej części samochodowe, a potem w takiej, która wytwarza zabawki. Atutem Ubera jest jednak to, że pracujesz, ile chcesz i kiedy chcesz, co jest bardzo ważne, kiedy się studiuje – mówi Ajay.

Dyplom europejskiej uczelni

Po upadku komunizmu w Warszawie, podobnie jak w innych dużych miastach Polski, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe, prywatne szkoły wyższe. Choć nie zawsze trzymały poziom, to dzięki nim liczba magistrów gwałtownie poszybowała w górę. Ale wraz z nadejściem niżu demograficznego przed wieloma uczelniami stanęło widmo bankructwa. Ratunkiem dla nich okazują się właśnie studenci z Indii.

– Jeździmy tam trzy, cztery razy do roku, aby zaprezentować nasz program nauczania po angielsku, szczególnie do Gudżaratu, 60-milionowego stanu w zachodniej części Indii, który jest dobrze uprzemysłowiony – mówi Marta Bojarowicz, odpowiedzialna za rekrutację w Wyższej Szkole Gospodarki Euroregionalnej (WSGE) w podwarszawskim Józefowie. – Dziś młodzież z Indii stanowi 60 proc. naszych studentów, mamy też trochę uczniów z Nepalu, Ukrainy i Sri Lanki.

Jakub Staszelis, prezydent ośrodka Hare Kryszna, studiujących w Polsce Hindusów zna bardzo dobrze, bo w każdy weekend wielu z nich przyjeżdża pomodlić się do świątyni w podwarszawskim Mysiadle. – W Indiach ludzie są chorzy na amerykańską chorobę. Ich największym marzeniem jest wyjazd do Stanów Zjednoczonych. To chorobliwe do tego stopnia, że ci, których na wyjazd nie stać, wyrabiają sobie choć wizę amerykańską, mimo że wiedzą, że z niej nigdy nie skorzystają. Przyjazd do Polski to taka namiastka, możliwość spełnienia tego amerykańskiego snu w nieco większym stopniu niż samo wyrobienie wizy – mówi Staszelis.

Nauka na amerykańskim uniwersytecie z pierwszej ligi, jak Georgetown czy Princeton, to wydatek 50 tys. dol. rocznie, a na uczelni z drugiego sortu – 18 tys. dol. A Wyższa Szkoła Gospodarki Euroregionalnej oferuje rok nauki za równowartość 3 tys. euro. To czesne na podobnym poziomie, jakiego oczekują szkoły wyższe w Indiach. Z tym że WSGE daje prestiż dyplomu uczelni europejskiej. Przy czym wiza studencka wydawana przez konsulaty RP w Delhi i Mumbaju daje prawo do podjęcia pracy. Wybór uczelni, które nad Wisłą organizują studia licencjackie lub magisterskie z myślą m.in. o Hindusach szybko rośnie. Taką ofertę poza WSGE w Warszawie ma też Akademia Finansów i Biznesu Vistula czy Uczelnia Łazarskiego.

Selekcja studentów, którzy podejmą pracę

W naszej kulturze dzieci powinny same dać sobie radę, nie żyć na garnuszku rodziców. Mój ojciec specjalizuje się w handlu diamentami, ale ja nie chcę od niego pomocy. Wolę samemu zarobić na swoje utrzymanie. Polska mi to umożliwia – mówi 27-letni Ajay. Ma porównanie, bo przez sześć lat mieszkał w Wielkiej Brytanii, gdzie zdobył licencjat z księgowości na London School of Business and Finance i miał już stałą pracę w liniach lotniczych Virgin Atlantic. Ale kiedy matka poważnie zachorowała, wrócił do Mumbaju, a po dwóch lat ponowny wyjazd na Wyspy okazał się niemożliwy. W rozmowie z „Plusem Minusem" opowiada, że po decyzji o brexicie premier Theresa May bardzo zaostrzyła wydawanie wiz studentom, nawet obywatelom krajów Commonwealthu. W Europie Marine Le Pen, Ruchu Pięciu Gwiazd czy Alternatywy dla Niemiec niespodziewanie rządzona przez PiS Polska okazała się, przynajmniej dla Hindusów, krajem bardzo tolerancyjnym.

– W ostatnim roku czy dwóch latach warunki wydawania wiz zostały u nas wyraźnie poluzowane – przyznaje Jakub Staszalis. – Kiedyś mieliśmy nawet problemy z otrzymaniem prawa wjazdu dla odwiedzających nas mistrzów. Dziś to już przeszłość.

W znacznym stopniu to zasługa ambasadora Indii w Warszawie Ajaya Bisarii, który przekonał nasze władze, że poprawa stosunków gospodarczych między oboma krajami przyniesie Polsce bardzo wymierne korzyści. Indie, kojarzone u nas przede wszystkim z biedą, są tak naprawdę trzecią po Chinach i USA gospodarką świata. Do tego indyjski rynek w ostatnich latach rozwija się szybciej niż chiński. A handel między Indiami i Polską z obrotami w granicach 3 mld dol. rocznie to jedynie kropla w morzu możliwości.

Wymiana studencka, dość jednostronna, rozwija się o wiele szybciej. Dziś procedura rekrutacyjna stała się bardzo prosta: młodzi Hindusi składają wniosek do polskich uczelni i po pozytywnym jego rozpatrzeniu otrzymują oficjalne „zaproszenie". Na jego podstawie dostają roczną wizę (z możliwością wielokrotnego przedłużenia). A wcześniej muszą jeszcze odbyć rozmowę z konsulem.

– Nie było pytań o moją religię – zastrzega Brijesz Patel, kolega Ajaya z UberEATS, który do Polski przyjechał z miasta Ahmedabad w Gudżaracie. – Musiałem natomiast wykazać się pewną wiedzą o Polsce. Ale najważniejsze było to, że mam już ukończoną średnią szkołę handlową i prowadzę biznes – mówi i wyciąga smartfona, na którego ekranie pokazuje film, jaki parę miesięcy wcześniej puścił polskiemu konsulowi w Mumbaju. Widać na nim zestaw imprez firmowych, urodzin, ślubów, a wszystko z oprawą dźwiękową i balonami, girlandami, kwiatami. Całość organizowana przez Happy Events, firmę Brijesza. Polskim władzom najwyraźniej chodzi o wyselekcjonowanie takich studentów, którzy, jeśli nawet zostaną w naszym kraju, to sami podejmą pracę, staną na nogi, wykażą się inicjatywą. To wielka różnica w stosunku do fali uchodźców, która napłynęła do Niemiec w 2015 r. Po dwóch latach władze federalne przyznają, że tylko bardzo niewielka część przyjezdnych pracuje, a reszta żyje z zasiłków, ewentualnie uczy się języka niemieckiego.

Aishwariya była w jednej z pierwszych grup Hindusów, którzy przyjechali studiować do Polski. Dostała się na nie byle jaką uczelnię – Uniwersytet Jagielloński. Trzy lata po uzyskaniu dyplomu, wciąż nie wróciła do Gudżaratu. Dziś mieszka już nie w Krakowie, lecz w Warszawie, znalazła pracę w Oracle, czołowej firmie informatycznej świata, wynajmuje samodzielne mieszkanie w centrum stolicy. Mówi, że wiele koncernów przenosi teraz swoje zaplecza informatyczne czy księgowe do Polski. – To stwarza duże możliwości zatrudnienia. Tym bardziej że dla nas angielski jest niejako rodzimym językiem.

Sukces odniósł też Sagar, znajomy Ajaya, który w oddziale Volvo w Krakowie zarabia już 5–7 tys. zł brutto. Ale równie wielu Hindusów, którzy jakiś czas temu pojawili się w Polsce, postanowiło otworzyć własny biznes zamiast forsować świat korporacji. OM, Buddha, Curry Leaves, Bombay Masala, Mandala – w Warszawie jedna po drugiej powstają hinduskie restauracje. Podobnie jest w innych dużych miastach kraju. Hindusi zakładają też agencje turystyczne, które oferują coraz więcej wycieczek do Indii, a LOT być może uruchomi w niedługim czasie bezpośrednie połączenie z Warszawy do Delhi. – Czy zostanę w Polsce? To zależy od sytuacji ekonomicznej. Ale na pewno chcę pracować na swoim, może w restauracji, może w hotelu – zastanawia się Brijesz Patel.

Bezpieczniej niż w Londynie

Choć polscy konsulowie przed wydaniem wizy nie zadają pytania bezpośrednio o religię, to w Indiach nie jest trudno rozpoznać, kto należy do 180-milionowej mniejszości wyznawców Allaha w tym kraju. Dlatego trudno mówić o przypadku, gdy się okazuje, że przytłaczająca większość studentów z Indii, którzy przyjeżdżają do Polski, to wyznawcy hinduizmu. Polskim władzom może chodzić o etykę pracy, ale także zdolność asymilacji.

Ajay opowiada, że w Indiach od urodzenia ludzie są przyzwyczajeni do życia w wielokulturowym społeczeństwie. – Ja sam znam sześć języków: poza angielskim także gudżarati, hindi, marathi, pendżabi, marwadi i sanskryt – dodaje.

Jakub Staszelis twierdzi, że podobnie jak na Zachodzie, sekularyzacja dotyka także Indii. Ogromny wpływ na młodzież mają filmy Bollywood z ich kultem sukcesu materialnego, markowych produktów i konsumpcjonizmu. Ale i tak w Warszawie i okolicznych miejscowościach rozwijają się hinduistyczne świątynie, które w czasie modlitwy odwiedza każdorazowo nawet po kilkaset osób. Organizowane są też – i to na wielką skalę – różne festiwale, na których oddawana jest cześć najważniejszym bogom hinduizmu. – Hinduscy studenci z powodu przekonań religijnych są nastawieni bardzo pokojowo, nie chcą wdawać się w żadne konflikty. To też często weganie – mówi Marta Bojanowicz.

Jednak w hostelu Prawie Hotel w Józefowie, gdzie mieszka wielu studentów z Indii, doszło niedawno do drastycznej sytuacji. Dwóch Polaków przyszło tu z kijami bejsbolowymi. – Szukali jednego ze studentów, twierdzili, że „nie potrafił się zachować w sklepie". I choć Hindusi mieli w hostelu wielką przewagę liczebną, nikt z nich nie uderzył Polaków, bo oni bardzo obawiają się wejść w konflikt z prawem. Na szczęści jakoś udało się rozładować sytuację – opowiada Bojanowicz.

Pytam Ajaya, czy spotyka się w Polsce z rasizmem. – Oczywiście, widzę go w spojrzeniach ludzi, kiedy na przykład jedziemy kolejką podmiejską do centrum Warszawy. Czasem ktoś w naszym kierunku coś mówi, ale ja niewiele z tego rozumiem. Tylko k...a i k...a – odpowiada. Student jest jednak wyrozumiały. – Z Anglikami mamy styczność od wieków, Polacy nas dopiero poznają. To wymaga czasu. Ale i tak w Warszawie czuję się bezpieczniej niż w Londynie – przyznaje.

To zaufanie do Polski ma jednak swoje granice. Nad Wisłę na studia przyjeżdżają niemal wyłącznie chłopcy. Dziewczyny stanowią może jakieś 10 proc. studentów z Indii. – Rodziny uważają, że pozostaną tu bez opieki, że taki wyjazd jest dla nich po prostu niebezpieczny – mówi Marta Bojanowicz, której uczelnia próbuje przecież przyciągnąć także studentki. Ale narzeczona Ajaya zamiast wyjechać z ukochanym, wolała studiować pielęgniarstwo w Gudżaracie. – Nawet nie przyjedzie mnie odwiedzić w Polsce – żali się. Ale nie przejdzie mu przez myśl, że mógłby związać się z Polką, nawet gdyby miał pozostać w naszym kraju wiele lat. – Żyjemy w wielopokoleniowych rodzinach, zgodnie ze zwyczajem żona wprowadzi się do mojego domu. Ale tu, w Europie, biali ludzie nie traktują nas jak sobie równych. Nie wyobrażam więc sobie, że Polka chciałaby u mnie mieszkać – mówi Ajay.

Prochy w Gangesie

Polska będzie dla Hindusów kilkuletnią przygodą czy drugą ojczyzną na całe życie? Upłynął zbyt krótki czas pobytu w Polsce pierwszej grupy w tak znaczącej liczbie, aby można było odpowiedzieć na to pytanie. Czy zdołają zintegrować się z polskim społeczeństwem, odnieść sukces jak Sagar i Aishwariya, czy raczej będą tworzyć getta, jak w Londynie i innych dużych miastach w Wielkiej Brytanii? Tego też nie możemy być pewni. Wiemy jedynie, że oskarżany o nietolerancję wobec obcych kultur i sprzeciwiający się przyjęciu z Włoch i Grecji uchodźców rząd PiS zdaje się prowadzić w Indiach pierwszy pilotażowy program przemyślanej polityki imigracyjnej. Program niezbędny, skoro z powodu załamania demograficznego, ale także rosnącego dobrobytu, polska gospodarka, podobnie jak wcześniej gospodarki krajów zachodniej Europy, po prostu skazana jest na przyjmowanie przyjezdnych.

Ajay, podobnie jak jego koledzy z Prawie Hotelu w Józefowie i UberEATS, w tej całej dynamicznie rozwijającej się sytuacji na obczyźnie na razie jest pewien jednego. – Chcę umrzeć w Indiach – mówi. – A przynajmniej chciałbym, aby moje prochy zostały do Indii sprowadzone i rozsypane do Gangesu. Wierzymy w reinkarnację i trzeba zrobić wszystko, aby odrodzić się w lepszej postaci.

Plus Minus