Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Nieznane polskie powstania

Krzysztof Jóźwiak 11-02-2018, ostatnia aktualizacja 11-02-2018 00:00

Powstania, bunty, rewolucje – było ich w dziejach Polski bardzo wiele. W zbiorowej świadomości funkcjonują jednak tylko te największe.

Pamięć o powstaniu chochołowskim długo była żywa wśród górali na Podhalu (na zdjęciu obchody rocznicy powstania w 1934 r.)
źródło: nac
Pamięć o powstaniu chochołowskim długo była żywa wśród górali na Podhalu (na zdjęciu obchody rocznicy powstania w 1934 r.)

Jeśli uważamy, że seria powstańczych zrywów rozpoczyna się dopiero z upadkiem Rzeczypospolitej Obojga Narodów, to oczywiście jesteśmy w błędzie. Niewątpliwie na długiej liście polskich powstań te, które wybuchły w ciągu dwóch ostatnich stuleci, zdecydowanie dominują, ale zbrojne wystąpienia zdarzały się już dużo wcześniej. Nieco inny był jednak ich charakter i specyfika. O ile po trzecim rozbiorze powstania miały najczęściej charakter narodowowyzwoleńczy, o tyle wcześniej na czoło wysuwała się przede wszystkim walka z uciskiem społecznym lub religijnym.

Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że już w okresie kształtowania się naszej państwowości, czyli za czasów Mieszka I, zdarzały się bunty na ziemiach podbijanych przez niego plemion, dodatkowo podsycane wrogością prostego ludu wobec chrześcijaństwa – nowej religii, którą pierwsi Piastowie nierzadko narzucali poddanym siłą. Są to jednak wyłącznie przypuszczenia, bo źródła historyczne na ten temat milczą. Numerem jeden na liście polskich powstań (choć jest to nieco nieprecyzyjne określenie, ponieważ w czasach tak zamierzchłych nie można jeszcze mówić o narodzie polskim) jest jednak wydarzenie niewiele późniejsze – powstanie ludowe połączone z reakcją pogańską, które wybuchło około 1038 r.

Przeciwko możnym i Kościołowi

Był to okres upadku państwa pierwszych Piastów. W połowie lat 30. XI w. możnowładcy (nazywani później przez kronikarza Wincentego Kadłubka „poronionymi książętami") zbuntowali się przeciwko następcy Mieszka II, Kazimierzowi. Władca musiał uciekać na Węgry, a kraj rozpadł się na dzielnice rządzone przez buntowników. Upadek władzy centralnej spowodował wzmożony ucisk chłopów, którzy dodatkowo musieli łożyć coraz większe sumy na rozbudowującą się strukturę Kościoła. To przelało czarę goryczy. W 1038 r. na terenie niemal całego kraju (poza Mazowszem) wybuchło powstanie ludowe przeciwko ciemiężycielom i chrześcijaństwu. Nowa wiara nie zdążyła się bowiem jeszcze zakorzenić – ochrzczono w zasadzie jedynie władcę i jego dwór, aparat państwowy oraz mieszkańców grodów i podgrodzi. Pod cienką warstwą chrześcijańskiego pokostu wciąż kwitła religia pogańska, szczególnie na wsi, we wspólnocie rodowej. Zwykli ludzie nie mogli zrozumieć, dlaczego nagle, niemal z dnia na dzień, muszą odrzucić prastarą rodzimą wiarę i przyjąć nowego boga. Na dodatek wiązało się to z mocniejszym uciskiem fiskalnym. Pierwsze tego typu bunty zdarzały się już pod koniec panowania Bolesława Chrobrego i w pierwszych latach rządów Mieszka II, ale najpotężniejszy wybuch nastąpił dopiero w chwili rozpadu struktur państwowych.

Ruski kronikarz Nestor zanotował zwięźle: „I było poruszenie wielkie na ziemiach Polski i powstawszy ludzie pozabijali biskupów i kapłanów, i panów swoich, i było u nich zaburzenie". Wymowniejszy był Gall Anonim: „I gdy tak wielkie krzywdy i klęski znosiła Polska od obcych, nie rozsądniej wszakże i sromotniej dręczona była przez własnych mieszkańców. Albowiem niewolnicy powstali na panów, wyzwoleńcy przeciwko szlachetnie urodzonym, sami się do rządów wynosząc, a jednych z nich na odwrót w służbie dla siebie zatrzymawszy, innych pozabijawszy, pobrali ich żony w sprośny sposób i zbrodniczo rozdrapali dostojeństwa. Nadto jeszcze, porzucając wiarę katolicką – czego wypowiedzieć nie możemy bez płaczu i lamentu – rozpoczęli bunt przeciw biskupom i księżom Boga; niektórych z nich, jakoby godniejszą śmiercią, mieczem zgładzili, innych, jakoby godniejszych lichszej śmierci, ukamienowali".

Bunt wykorzystał czeski książę Brzetysław I i zorganizował łupieżczą wyprawę do Polski, która spowodowała ogromne zniszczenia. Państwo pierwszych Piastów legło w gruzach. Na szczęście wspomniany już Kazimierz nieprzypadkowo zasłużył sobie w dziejach na przydomek Odnowiciel – okazał się władcą z głową na karku i w ciągu niespełna dwóch dekad zdołał odbudować swoje dziedzictwo.

Powstania górali w 1651 i 1669 r.

W okresie I Rzeczypospolitej najwięcej powstań zorganizowali Kozacy zaporoscy (m.in. powstania Kosińskiego, Nalewajki, Żmajły, Sulimy, Pawluka i najsłynniejsze – Chmielnickiego), ale to nieco odrębny temat. Z powstaniem Chmielnickiego wiąże się jednak kolejny bunt chłopski, który wybuchł tym razem w Małopolsce, a dokładniej na Podhalu, w czerwcu 1651 r. Związek ten nie jest przypadkowy, ponieważ górali umiejętnie podburzali agitatorzy wysłani przez Chmielnickiego. W swoją pracę nie musieli jednak wkładać dużo wysiłku, bo grunt był już wcześniej przygotowany. Głównie przez głupotę i brutalność dziedzica okolicznych ziem Mikołaja Komorowskiego, który brutalnie uciskał i poniżał mieszkańców Podhala (np. nagminnie korzystał z wprowadzonego przez siebie nielegalnie prawa pierwszej nocy). Górale, lud dumny i wojowniczy, do takiego traktowania nie nawykli. Poza tym na tym terenie żyło wielu uciekinierów z majątków szlacheckich i kościelnych, którzy nad wyraz cenili sobie wolność osobistą, a i w wojaczce byli wprawieni, ponieważ na co dzień często trudnili się zbójectwem.

Powstanie wzniecił jednak nie chłop, ale szlachcic Aleksander Kostka-Napierski, który na przełomie kwietnia i maja 1651 r. przybył na Podhale ze sfałszowanym listem przypowiednim, który umożliwiał mu werbunek żołnierzy. Towarzyszył mu jego bliski współpracownik, nauczyciel z Pcimia Marcin Radocki. Wspólnie sformowali niewielki oddział zbrojny, który poprowadzili na zamek w Czorsztynie. Malowniczo położonej twierdzy broniło dwóch ludzi – żydowski arendarz i uzbrojony hajduk – dlatego też błyskawicznie i bez jednego wystrzału wpadła ona w ręce powstańców. Napierski zaczął słać do górali swoich agitatorów, dzięki czemu powstanie rosło w siłę; silny oddział zorganizował m.in. sołtys z Czarnego Dunajca Stanisław Łętowski, który miał osobiste porachunki z Komorowskim. Pierwszy szturm na zamek udało się odeprzeć, głównie dzięki góralskiej dywersji na wiodących do niego szlakach, kolejny, znacznie lepiej przygotowany, zakończył się jednak kapitulacją powstańców. Przywódców doprowadzono do Krakowa i po krótkim procesie stracono. Napierskiego nabito na pal, Łętowskiego ścięto, a zwłoki poćwiartowano, Radockiego również pozbawiono głowy, którą następnie przybito do szubienicy.

Ten krwawy spektakl, który miał zastraszyć buntowniczych górali, wystarczył ledwie na 18 lat. W 1669 r. iskrą, która spowodowała wybuch nieustannie tlącego się konfliktu, było niefrasobliwe zachowanie żołnierzy z chorągwi pancernej Jana Wielopolskiego, którą zakwaterowano na tzw. leżach zimowych w Nowym Targu. Według ówczesnego prawa obowiązek utrzymania takich „gości" ciążył na okolicznej ludności. Do chat górali zapukali więc wysłannicy wojska koronnego w celu ściągnięcia hiberny, czyli podatku na przebywające w okolicy wojsko. Przy okazji dopuszczali się wielu nadużyć. Gniew mieszkańców Podhala rósł, aż w końcu późną jesienią żołnierskich deputatów napadli w Czarnym Dunajcu i Dzianiszu uzbrojeni mieszkańcy tych wsi. Związanych i poturbowanych odstawiono pod eskortą do Nowego Targu, domagając się królewskiej sprawiedliwości. Żołnierze zareagowali zgoła inaczej – przedstawicieli górali wtrącili do lochów. Tego było już za wiele. Zorganizowany naprędce kilkusetosobowy odział miejscowych wyruszył do Nowego Targu i z marszu przepędził stamtąd chorągiew pancerną. Aż do wiosny 1670 r. na Podhalu nie pojawił się ani jeden przedstawiciel władzy centralnej. Górale rządzili się sami, organizując coś na kształt niezależnego państewka, które w przyszłości przez niektórych historyków zostanie ochrzczone mianem Rzeczypospolitej Podhalańskiej. Przez cały ten czas buntownicy nie zasypiali gruszek w popiele – dozbrajali się, sformowali regularne oddziały wojskowe i ściągnęli posiłki: zbójników z Węgier i oddział mieszkańców nieodległego starostwa lanckorońskiego, którzy w tym samym czasie wystąpili zbrojnie przeciwko uciskającej ich wdowie po Michale Zebrzydowskim, Mariannie.

Powstańcza armia musiała liczyć co najmniej kilka tysięcy ludzi, co potwierdza fakt, że władze potraktowały przeciwnika poważnie, wysyłając przeciwko nim ponad 1000 dobrze uzbrojonych żołnierzy cudzoziemskiego autoramentu. Do decydującego starcia doszło na początku maja 1670 r. na równinie pod Nowym Targiem. Oddajmy głos naocznemu świadkowi, towarzyszowi pancernemu spod chorągwi Wielopolskiego, Mikołajowi Rzadkowskiemu: „Jawni ci buntownicy, nie wzdrygając się przed żadnym bezprawiem, posunęli się do takiego zuchwalstwa, że kiedy kilka chorągwi pieszych i konnych z rozkazami JKMci, pana naszego miłościwego, oraz JW Hetmana W.K. przybyło na stłumienie tychże zamieszek i otwartego buntu, sporządziwszy sobie drewniane armaty ze świeżych buków, żelaznymi obręczami obciągnięte, do strzelania sposobne, opatrzywszy się w rozmaitą broń, jako to: rusznice, kosy, siekiery i zaostrzone koły, a w taki sposób do stoczenia bitwy się przygotowawszy, po nieprzyjacielsku się postawili, w szyku bojowym na sposób wojskowy pod gęstym lasem się ustawiwszy, jako buntownicy i nieprzyjaciele z wojskiem koronnem bitwę zwiedli; przecie jednak siłą wojskową pokonani, rozgromieni i do ucieczki w gęste lasy przymuszeni i tam ocalenia szukali". Żołnierze nie odważyli się ich tam ścigać.

Kończąc wątek powstań chłopskich w czasach I Rzeczypospolitej, wróćmy raz jeszcze do roku 1651. Wspomniani już agitatorzy Chmielnickiego, których ataman kozacki rozesłał po całym kraju, dotarli także do Wielkopolski, gdzie udało im się wzniecić zbrojny bunt włościan w dobrach zakonu cystersów z Lądu. Podobnie jak na Podhalu, także tutaj decydującą rolę grały czynniki ekonomiczne. Chociaż w owym czasie Wielkopolski dotknął poważny kryzys ekonomiczny, który najbardziej odbił się na najniższych warstwach społeczeństwa, zakonnicy z Lądu stale zwiększali ciężary i daniny nakładane na chłopów. Pieniądze były im bowiem potrzebne na budowę nowego barokowego kościoła, którą zainicjował ówczesny opat klasztorny Jan Zapolski.

W wyniku tych działań zawiązał się spisek, którego celem było wywołanie powstania. Początkowo planowano rozpocząć je we wsiach położonych na prawym brzegu Warty, należących do klasztoru w Lądzie – w Ciążeniu, Kowalewie, Jaroszynie, Lądku i Woli Lądzkiej, ale aresztowanie jednego z buntowników, niejakiego Kułakowskiego, który poddany torturom wyjawił ze szczegółami plan powstania, sprawiło, że ostatecznie na miejsce koncentracji buntowników wyznaczono umocniony obóz koło Królikowa. Niektórzy badacze szacują, że w obrębie szańców schroniło się blisko 2 tys. ludzi. Proste fortyfikacje na niewiele się jednak zdały. Zaalarmowany opat Zapolski sformował silny oddział wojskowy, składający się z 200 żołnierzy biskupa poznańskiego Floriana Czartoryskiego oraz 300 dragonów przysłanych przez brata króla, Karola Ferdynanda Wazę. Decydująca bitwa rozegrała się 24 czerwca 1651 r. i zakończyła całkowitą klęską buntowników. Obóz wzięto z zaskoczenia, a przywódcy powstania zawiśli na szubienicy.

Rajd Deniski

Co mają wspólnego insurekcja kościuszkowska i ewakuacja rządu II RP do Rumunii we wrześniu 1939 r.? Te dwa zupełnie odmienne i odległe w czasie wydarzenia w pewien sposób łączy osoba Joachima Mokosieja Deniski. Był to wołyński szlachcic, oficer, polski jakobin, który podczas zrywu kościuszkowskiego dowodził jednym z oddziałów powstańczych w powiecie krzemienieckim, a w 1797 r. stanął na czele pierwszego po insurekcji kościuszkowskiej zbrojnego zrywu Polaków w walce o niepodległość. Bunt ten, zwany również insurekcją, rozpoczął się od przekroczenia przez Deniskę i jego 200-osobowy oddział granicy turecko-austriackiej w Zaleszczykach, czyli dokładnie w tym samym miejscu, w którym zrobił to rząd Sławoja-Składkowskiego 142 lata później. Tyle że Denisko wybrał kierunek dokładnie przeciwny.

Kim byli uczestnicy owego niewielkiego powstania? Już u schyłku insurekcji kościuszkowskiej na Podolu, Bukowinie i Wołoszczyźnie organizowały się polskie obozy wojskowe, w których Polacy, korzystając z poparcia Turcji, przygotowywali się na rychłą w ich mniemaniu wojnę z Rosją. Jednym z takich związków wojskowych była grupa stworzona przez Deniskę, który nie mógł pogodzić się z klęską insurekcji kościuszkowskiej. Grupa ta na początku marca 1797 r. ułożyła akt powstania narodowego, który zapowiadał rewolucyjne zmiany społeczne w odnowionej Rzeczypospolitej. Miały zniknąć podziały stanowe, a wszyscy obywatele mieli być sobie równi. Polityczną reprezentacją insurekcji miało się stać Zgromadzenie Narodowe, na którego czele miał stanąć Walerian Dzieduszycki, przywódca Centralizacji Lwowskiej, polskiej organizacji niepodległościowej mającej duże wpływy na tym terenie.

W maju 1797 r. nastąpił konspiracyjny kryzys – jak się okazało, Centralizacja była mocno zinfiltrowana przez wywiad rosyjski, który przekazał zebrane informacje swoim austriackim kolegom, a ci aresztowali Dzieduszyckiego i jego wspólników. Na dodatek wskutek konfliktu personalnego Denisko został zmuszony do złożenia dowództwa. Nie poddawał się jednak łatwo. Postanowił zagrać va banque i 26 maja z grupą około 200 wiernych żołnierzy wkroczył do Galicji, rozwieszając wszędzie manifest Zgromadzenia Narodowego, zapowiadający m.in. zniesienie pańszczyzny. Niestety, pierwsza powstańcza bitwa była zarazem ostatnim aktem insurekcji. Doszło do niej 30 czerwca 1797 r. pod Dobroniewicami. Powstańcy zostali rozbici przez wojsko austriackie. Jeńców stracono 11 lipca w pobliżu Czerniowiec. Części uczestników powstania udało się szczęśliwie zbiec do Turcji. Wśród nich był Denisko. Całkowita klęska wyprawy skutecznie wygasiła w nim rewolucyjny i niepodległościowy zapał. Odrzucił więc propozycję służby w Legionach Polskich, a po uzyskaniu carskiej amnestii i zwrocie skonfiskowanego mienia osiadł w Petersburgu i aż do śmierci w 1812 r. wiernie służył Rosjanom.

Poruseństwo chochołowskie

Tak w gwarze góralskiej nazywa się lokalne powstanie, które wybuchło w 1846 r. w kilku małych wsiach położonych mniej więcej w połowie drogi między Czarnym Dunajcem a Zakopanem. Powstanie rozpoczęło się w Chochołowie (stąd nazwa) i miało być częścią ogólnonarodowego zrywu niepodległościowego, przygotowywanego przez Towarzystwo Demokratyczne z Ludwikiem Mierosławskim na czele. Jak wiadomo, nie doszedł on do skutku, a walki wybuchły jedynie w Rzeczypospolitej Krakowskiej. Na pozostałym obszarze Galicji wystąpienia powstańcze zostały sparaliżowane przez rabację chłopską, którą sprowokowali Austriacy. Na tym tle powstanie chochołowskie wyróżnia się in plus, ponieważ tylko tutaj chłopi nie mordowali ziemian, ale wzięli udział we wspólnej walce o niepodległość. Był to także pierwszy (i ostatni) ruch zbrojny ludności wiejskiej przeciwko zaborcy austriackiemu.

Kierowali nim ksiądz Józef Kmietowicz oraz Jan Andrusikiewicz, nauczyciel i organista z Chochołowa. Górali z Chochołowa nietrudno było nakłonić do buntu. Od lat byli w konflikcie z Kajetanem Borowskim, właścicielem dóbr chochołowskich, który nieustannie nasyłał na nich urzędników austriackich. 21 lutego 1846 r. chłopi z Chochołowa i okolicznych wsi pod wodzą Kmietowicza, Andrusikiewicza i weterana powstania listopadowego Wojciecha Lebiockiego zdobyli posterunek straży finansowej w Chochołowie, gdzie znaleźli broń. Była to niezwykle cenna zdobycz, ponieważ początkowo powstańcy byli kiepsko uzbrojeni; ks. Kmietowicz przekazał im nawet dziesięć pik używanych przez straże honorowe przy wielkanocnym grobie Chrystusa. Kolejnym celem ataku górali były koszary straży skarbowej w Suchej Górze, gdzie powstańcy skonfiskowali broń i 600 guldenów, zrzucili z budynku godło cesarskie i zniszczyli słup graniczny. Następnie zdobyli podstępem posterunek straży skarbowej w Witowie oraz jeszcze tej samej nocy zarekwirowali broń z nadleśnictw w Witowie i Kościelisku. Następnego dnia, w niedzielę, ks. Kmietowicz wygłosił płomienne kazanie do górali przybyłych z okolicznych wsi, dzięki czemu siły powstańców wzrosły do 300–400 ludzi. Przywódcy insurekcji wyznaczyli sobie teraz bardziej dalekosiężne i ambitne cele – zamierzano zdobyć Nowy Targ, a potem skoncentrować siły pod Myślenicami i pomaszerować na pomoc walczącemu Krakowowi. Plany te jednak szybko pokrzyżowali Austriacy, którzy z powodzeniem zastosowali metodę wykorzystaną w tym samym czasie w innych rejonach Galicji, a mianowicie sprowokowali bratobójcze walki. Dość skutecznie udało im się podburzyć chłopów z sąsiedniego Czarnego Dunajca, wmawiając im, że będą następnym celem zbójeckiej wyprawy chochołowian.

W nocy z 22 na 23 lutego komisarz straży granicznej Romuald Fiutowski poprowadził na powstańców oddział około 20 strażników i 150 chłopów czarnodunajeckich. W ciemnościach rozgorzała chaotyczna walka na kosy i bagnety. Atak ten powstańcy co prawda odparli, ale ranni zostali obaj przywódcy buntu. Zdezorganizowało to szeregi obrońców i obniżyło ich morale. Następnego dnia austriaccy strażnicy lepiej przygotowali się do ataku, który ponownie przeprowadzono wspólnie z chłopami czarnodunajeckimi (niektóre źródła twierdzą jednak, że wielu z nich uczestniczyło w walkach pod groźbą ciężkich represji). Tym razem insurgenci, widząc zdecydowaną przewagę wroga, skapitulowali. Aresztowano rannych Kmietowicza i Andrusikiewicza oraz blisko 150 uczestników powstania. Wolność przyniosła im dopiero Wiosna Ludów.

Jeszcze mniej znany niż poruseństwo chochołowskie jest zryw, do którego w tym samym czasie doszło 200 km na wschód od Chochołowa – we wsi Polana. Również tam spiritus movens wydarzeń był miejscowy ksiądz Franciszek Łacheta. Pod krzyżem i sztandarem „Za naszą i waszą wolność" poprowadził chłopów na Sanok. Oddział rozproszyli żołnierze austriaccy, a ksiądz został aresztowany, osądzony i skazany na śmierć. W ostatniej chwili karę śmierci zamieniono mu na 20 lat twierdzy. Także on opuścił więzienie podczas Wiosny Ludów.

Syberyjski Legion Wolnych Polaków

Zdarzyło się i tak, że polskie powstanie wybuchło na terenach bardzo odległych od Polski. Tak było w przypadku powstania zabajkalskiego, które można potraktować jako ostatni akord powstania styczniowego, gdyż jego uczestnicy to w większości zesłańcy, którzy trafili na Syberię po klęsce zrywu z 1863 r. Pierwotnie organizatorzy buntu zakładali, zupełnie nierealnie zresztą, że wspólnie z rosyjską organizacją konspiracyjną Ziemia i Wolność wywołają ogólnosyberyjskie powstanie. Podstawowym celem miało być wyzwolenie więźniów, a być może w dalszej perspektywie oderwanie Syberii od Rosji lub nawet obalenie samego cara. Liczono na udział niemal wszystkich polskich zesłańców, których przebywało wtedy za Uralem około 20 tys. Ostatecznie bunt ograniczył się do grupy kilkuset więźniów, pracujących katorżniczo przy budowie tzw. drogi krugobajkalskiej niedaleko granicy z Chinami, na południowym brzegu jeziora Bajkał. Stało się tak, ponieważ najpierw tajne służby carskie rozbiły ruch Ziemia i Wolność, a później ogłoszono amnestię, która objęła także polskich zesłańców. W rezultacie wielu katorżników odstąpiło od spisku.

Przypadek sprawił, że ci najbardziej zdeterminowani znaleźli się w kontyngencie wysłanym do budowy wspomnianej drogi. Już dwa dni po zakończeniu transportu, 6 lipca 1866 r., doszło do buntu w osadzie Kułtuk. 48 polskich katorżników pod wodzą Kazimierza Arcimowicza napadło i rozbroiło pilnujących ich Kozaków. Podobne wydarzenia rozegrały się w pozostałych miejscowościach, w których przebywali polscy zesłańcy budujący drogę krugobajkalską. Powstańcy zabajkalscy kazali się odtąd nazywać Syberyjskim Legionem Wolnych Polaków. Na czele insurekcji obok Arcimowicza stanęli Narcyz Celiński, Leopold Eliaszewicz, Władysław Kotkowski, Jakub Reiner i Gustaw Szaramowicz.

Nie wszyscy polscy katorżnicy rwali się do walki. Wielu z nich podeszło do sprawy racjonalnie i mimo gróźb ze strony powstańców nie przyłączyło się do buntu, z góry skazanego na klęskę z powodu braku broni, pieniędzy i miażdżącej przewagi wroga. Już 8 lipca przeciwko zesłańcom skierowano kilka sotni Kozaków z Irkucka, wspartych pospolitym ruszeniem miejscowej ludności. Co ciekawe, dowódcą sił został Polak, gen. mjr Bolesław Kukiel, generał-gubernator Zabajkala. Doszło do kilku potyczek i jednej walnej bitwy, która rozegrała się 10 lipca w miejscowości Miszycha. Powstańczy oddział kosynierów odważnie zaatakował forpocztę rosyjskich sił, ale wiadomość o nadciągnięciu sotni kozackich wywołała zamęt w polskich szeregach i doprowadziła do klęski.

Powstańcy rozproszyli się po okolicy, próbując przedostać się do Chin. Utrudniała to fatalna pogoda, brak dokładnych map, zmęczenie, głód i wrogość miejscowych Buriatów, którzy wyłapywali Polaków i przekazywali władzom carskim. Kazimierz Arcimowicz tak wspominał te dni: „Rankiem zebrało się nas około 40. Mając za przewodnika włóczęgę, ruszyliśmy w kierunku granicy. Nie mieliśmy ze sobą prawie nic zdatnego do jedzenia. (...) Jedliśmy trawę, korzenie i jagody. (...) W 24 dniu po potyczce, ledwie żywi, natrafiliśmy na zimowisko Buriatów, obok którego pasło się stado krów. Jedną z nich zabiliśmy natychmiast i zjedliśmy prawie surową. Chcieliśmy tu zostać jakiś czas, aby odpocząć i odzyskać siły, to się jednak nie udało. Następnego dnia napadli na nas Kozacy".

Do 25 lipca wszystkie polskie oddziały zostały zlikwidowane, a uciekinierzy wyłapani. W powstaniu zabajkalskim zginęło w sumie ok. 50 powstańców. Rozstrzelano także przywódców buntu. Rosjanie stracili sześciu poległych, a gen. Kukiel za stłumienie polskiego powstania został odznaczony przez cara Aleksandra II Orderem św. Stanisława I stopnia.

To oczywiście tylko kilka wybranych powstań, o których przeciętny Polak wie bardzo mało albo zupełnie nic. Lista takich wydarzeń jest zdecydowanie dłuższa. Warto wspomnieć choćby o chłopskim buncie w dobrach szawelskich w 1769 r., rewolucji łódzkiej, podczas której w 22–24 czerwca 1905 r. ulice tego robotniczego miasta przegrodziło ponad 100 barykad, antybolszewickim powstaniu nieświeskim z 1919 r., zwycięskim powstaniu sejneńskim z sierpnia tego samego roku czy dramatycznym powstaniu czortkowskim, które wybuchło w styczniu 1940 r. w okupowanym przez Armię Czerwoną miasteczku na Kresach.

"Rzeczpospolita"