Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

To Zientarski był kierowcą ferrari

ak, Paulina Głaczkowska, "Wprost", Bartosz Kwiatek 28-02-2008, ostatnia aktualizacja 29-02-2008 15:09

W środowym wypadku na Ursynowie kierowcą samochodu był Maciej Zientarski - dowiedziało się "Wprost". Znany dziennikarz motoryzacyjny walczy o życie. Jego kolega nie żyje. Mężczyźni rozbili się ferrari pod wiaduktem na ul. Puławskiej. Według świadków, jechali 200 km/h, choć w tym miejscu jest ograniczenie do 50 km. Stan zdrowia dziennikarza nadal jest ciężki.

Lekarze poinformowali, że stan zdrowia Maciej Zientarskiego wciąż jest bardzo poważny. W piątek dziennikarz przeszedł pomyślnie kolejną operację. Utrzymywany jest w stanie śpiączki, oddycha przy pomocy respiratora.

Również dziś tygodnik "Wprost" ujawnił kto był kierowcą w środowym wypadku. "Świadkowie kilka minut przed wypadkiem widzieli, jak dwaj dziennikarze wsiadają do samochodu. Tymczasem prokuratura jeszcze wczoraj twierdziła, że nie wiadomo, kto prowadził auto. - Z zeznań jednego ze świadków wynika, że kilka minut przed godz. 22.00 ferrari stało zaparkowane przy ul. Madalińskiego na Mokotowie. Osoba ta widziała, jak za kierownicą zasiadł Maciej Zientarski, a dziennikarz „Super Expressu", który zginął w wypadku - na fotelu pasażera – mówi nam funkcjonariusz pracujący przy sprawie". Informacji tych nie potwierdziła jednak policja.

Była środa, godzina 21.40, kiedy rozpędzone czerwone ferrari modena, jadące ul. Puławską w kierunku Piaseczna, uderzyło w betonowy filar wiaduktu na wysokości ulicy Rzymowskiego. Siła uderzenia była tak duża, że samochód rozpadł się na dwie części. Chwilę potem ferrari stanęło w płomieniach, które były widoczne z odległości kilkuset metrów.

Auto prowadził popularny dziennikarz motoryzacyjny Maciej Zientarski, który w stanie krytycznym trafił do szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Lindleya w Warszawie. Przeżył, bo siła uderzenia wyrzuciła go z płonącego ferrari.

Jego kolega, dziennikarz „SuperExpressu” Jarosław Zabiega, spłonął. Strażnicy miejscy, którzy jako pierwsi przyjechali na miejsce zdarzenia, znaleźli jego spalone ciało obok wraku samochodu.

Jechali za szybko?

Chwilę potem pod wiaduktem pojawiła się straż pożarna, policja i pogotowie ratunkowe. – Tylko dzięki szybkiej pomocy lekarzy pogotowia mój syn żyje. Będę im za to wdzięczny do końca życia – mówi ŻW Włodzimierz Zientarski, ojciec Macieja.

Według relacji świadków, dziennikarze ruszyli ze świateł na skrzyżowaniu ulic Puławskiej i Wałbrzyskiej bardzo gwałtownie. W ciągu kilku sekund rozpędzili samochód nawet do 200 km/h. Tuż przed wiaduktem pędzący samochód podskoczył na muldzie na jezdni i z ogromnym impetem uderzył w betonowy słup.

– Widziałem wiele wypadków samochodowych, ale ten był chyba najgorszy. Z samochodu nie zostało dosłownie nic – mówił jeden ze strażników miejskich na miejscu wypadku. Mężczyźni nie tylko jechali z nadmierną prędkością, ale mieli też niezapięte pasy.

Śledztwo w toku

Wyjaśnieniem przyczyn tragicznego wypadku zajmują się teraz stołeczni policjanci. Nadzór nad dochodzeniem objęła mokotowska prokuratura rejonowa. – Mamy czterech świadków zdarzenia, którzy zostaną przesłuchani – mówi ŻW Katarzyna Dobrzańska z prokuratury. – Zabezpieczymy również taśmy z monitoringu miasta. Chcemy w ten sposób ustalić dokładną trasę przejazdu samochodu – dodaje prok. Dobrzańska.

Tragedią mają zająć się również powołani biegli. Śledztwo może potrwać nawet kilka tygodni. – Samochód jest doszczętnie spalony. Dlatego nie będziemy mogli sprawdzić, czy jego instalacja elektryczna była sprawna w momencie wypadku – wyjaśnia prokurator Dobrzańska.

Nie będzie reklamy

W połowie stycznia ruszyła nowa kampania reklamowa ubezpieczeń komunikacyjnych PZU, w której występowali Maciej i Włodzimierz Zientarscy. Jak dowiedziało się ŻW, kampania skończy się zgodnie z planem.– Spoty telewizyjne przestały być emitowane już w czwartek, a kampania billboardowa kończy się z końcem miesiąca – mówi Michał Witkowski, rzecznik PZU.

W związku z wypadkiem samochodowym Macieja Zientarskiego PZU przekazało jego rodzinie i najbliższym najgłębsze wyrazy ubolewania i troski. – Wyrażamy nadzieję, że pan Maciej dzięki troskliwej opiece medycznej szybko powróci do zdrowia – dodaje Witkowski. Antyradio, w którym pracuje Maciej Zientarski, apeluje o oddawanie krwi A Rh+. Chętni dawcy powinni się zgłaszać do szpitala przy ulicy Lindleya.

[Opinia] doc. Andrzej Chmura, rzecznik Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie

TRUDNO MÓWIĆ O ROKOWANIACH

Maciej Zientarski trafił do naszego szpitala w środę w nocy. Obecnie jego stan jest ciężki, ale stabilny. Pacjent doznał wielonarządowego urazu: głowy, kręgosłupa, kończyn oraz organów wewnętrznych. Przeszedł już jedną operację jamy brzusznej, ale konieczne będzie wykonanie kolejnych zabiegów.

Na razie sprawa została opanowana jedynie sytuacyjnie i trudno mi mówić o dalszych rokowaniach. Pan Zientarski doznał ogromnego urazu i ma liczne, bardzo poważne obrażenia. Dlatego jego stan może się zmienić w każdej chwili – polepszyć lub pogorszyć.

Dopiero gdy opanujemy bezpośrednie zagrożenie życia, zajmiemy się całą resztą, m.in. ortopedycznymi urazami kręgosłupa i kończyn. Obecnie dziennikarz jest przygotowywany do kolejnej operacji jamy brzusznej.

POSZKODOWANI: DWAJ DZIENNIKARZE

Maciej Zientarski (ur. 1972) jest synem Włodzimierza Zientarskiego, jednego z najbardziej znanych dziennikarzy motoryzacyjnych. Sam poszedł w ślady ojca. Wspólnie prowadzą radiową audycję „Antymotolista” w Antyradiu i program „Pasjonaci” w telewizji Polsat.

Maciej jest także współautorem programu „V Max” w telewizji 4. Zientarski znany jest z zamiłowania do amerykańskich samochodów i szybkiej jazdy. Środowy wypadek nie był pierwszym w jego życiu. W 2007 r. spadł z motocykla, jednak wyszedł z tego bez poważniejszych obrażeń. Jest tatą 14-letniego Kuby i dziewięcioletniego Gustawa.

Jarosław Zabiega (ur. 1978) dziennikarzem był od 1998 roku. Od początku związany z „SuperExpressem”. Jako młody chłopak ścigał się w rajdach samochodowych i fascynował motoryzacją. W swojej pracy zajmował się przede wszystkim odkrywaniem motoryzacyjnych nowości. – Gdy rozmawialiśmy o strachu przed prędkością, przed wypadkami, których pełno na każdym kroku, wzruszał tylko ramionami – wspomina Tomasz Barański, kolega z Tenisowo-Narciarskiego Klubu Dziennikarzy. Tenis był jego ulubionym sportem. Zmarły w wypadku dziennikarz osierocił dwuletnią córeczkę.

FERRARI NIE NADAJE SIĘ NA NASZE DROGI

Samochody marki Ferrari to marzenie niejednego kierowcy. Niestety te uwielbiane przez miłośników motoryzacji i szybkiej jazdy cacka o zawrotnej cenie, to samochody zupełnie nieprzystosowane do poruszania się po polskich drogach.

Zostały zaprojektowane do jazdy po gładkiej nawierzchni autostrady lub wyścigowego toru, a nie do slalomu między dziurami i muldami. Samochody tej marki mają bardzo niskie zawieszenie. Wystarczy niewielka nierówność, drobny błąd kierowcy lub za mocne użycie pedału gazu, by samochód wypadł z toru jazdy.

Fachowcy tłumaczą, że kierowcą samochodów marki Ferrari nie można stać się od zaraz. Umiejętności nawet doświadczonego kierowcy nie wystarczą do bezpiecznego prowadzenia tych aut. Dlatego w trosce o bezpieczeństwo świeżo upieczonych właścicieli lub użytkowników firma Ferrari organizuje specjalne kursy doszkalające. Podczas nich kierowcy uczą się, jak racjonalnie wykorzystywać zasoby mocy samochodów tej marki (nierzadko 500 KM).

Skomentuj tekst

Życie Warszawy