r e k l a m a

Stop! To protest

Maciej Miłosz , Piotr Szymaniak 28-08-2008, ostatnia aktualizacja 31-08-2008 14:59

Z jednej strony trąbki, gwizdki, syreny i 20 tysięcy demonstrantów. Z drugiej tysiące warszawiaków tkwiących w korkach i sparaliżowane centrum miasta. To bilans piątkowej manifestacji w stolicy.

autor zdjęcia: Jerzy Dudek
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Radosław Pasterski
źródło: Fotorzepa
autor zdjęcia: Radosław Pasterski
źródło: Fotorzepa

Skończyłem studia, mam 25 lat i zarabiam 1,5 tys. zł na rękę. Tak nie może być – mówi Krzysztof Jemioło, który pracuje w kopalni na Śląsku. Piątkowy protest odbywał się pod hasłem „Godna praca – godna emerytura” i ściągnął do stolicy związkowców NSZZ „Solidarność” z całej Polski. – To człowiek jest naszym bogactwem i w niego trzeba inwestować – przemawiał przewodniczący związku Janusz Śniadek.

W strugach deszczu obok siebie maszerowali górnicy, stoczniowcy, nauczyciele i ratownicy medyczni. Według organizatorów, było ich 50 tys., według policji – ok. 18 tys.

Chcemy lepszego życia

Protestujący już od godz. 10 zbierali się na placu Piłsudskiego. Przyjechało ok. 320 autokarów. Ponad tysiąc osób dojechało pociągami. Stosunkowo mało demonstrantów było z Warszawy – nieco ponad tysiąc.Nie zabrakło klasycznych atrybutów każdego protestu. Jednak obok tradycyjnych gwizdków i transparentów pojawiła się trumna, kukła premiera Donalda Tuska w charakterystycznej czapce z Peru oraz bohater kreskówek – Kaczor Donald. Na czele pochodu protestujący pchali trzy wózki z supermarketu z produktami, na które mogą sobie pozwolić emeryci i ci, którzy pracują za pensję minimalną. Zakupy ledwo przykrywały dno koszyka.

W samo południe rozpoczęły się przemówienia, a o godz. 13 związkowcy ruszyli Królewską w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Skończyli przed kancelarią premiera w Alejach Ujazdowskich. Kiedy czoło pochodu doszło już pod urząd, ostatni demonstranci dopiero ruszali z placu Piłsudskiego.

Było spokojnie, choć przed siedzibą szefa rządu stoczniowcy z Gdańska spalili jego kukłę. W stronę policjantów poleciały petardy, świece dymne i jajka. Jednemu z manifestantów petarda raniła rękę. Była to jedyna ofiara demonstracji.

W siedzibie premiera delegacja „Solidarności” złożyła petycję, w której domaga się „godnej pracy i godnych emerytur dla wszystkich grup zawodowych”. W tym czasie premier Tusk rozmawiał z mieszkańcami Redzikowa o tarczy antyrakietowej.

Na pytanie, po co przybyli do stolicy, wielu protestujących nie potrafiło odpowiedzieć. – Chcemy lepszego życia i więcej zarabiać – odpowiadali ogólnikami i odsyłali do ulotek.

Manifestanci na księżyc

Po części demonstrantów już po południu było widać, że przesadzili z ilością wypitego alkoholu. Dla niektórych była to okazja do darmowej i na dodatek zakrapianej wycieczki do stolicy.

Choć nie do końca wiadomo, ilu było protestujących, to jedno jest pewne: całe miasto stało przez nich w gigantycznych korkach. – Jeździ się fatalnie – opowiada Paweł Wawrzyński. – Z Politechniki na Nowolipie jechałem przez godzinę i 10 minut. Tych protestujących wysłałbym na księżyc. Tam przynajmniej nie mieliby komu utrudniać życia – dodaje.

Mimo że chaos był olbrzymi, to wielu warszawiaków zgadzało się z protestującymi. – Związkowcy mają rację, nie powinno się majstrować przy kodeksie pracy – wyjaśniał prawnik Piotr Wujec.

Z kolei ekspedientka ze sklepu obuwniczego w Alejach Ujazdowskich dodawała: – Ludzie ciężko pracują, a mało zarabiają. Płace powinny być większe – tłumaczyła. Nie potrafiła jednak odpowiedzieć na pytanie, kto powinien im więcej płacić.

Dodaj swoją opinię

Życie Warszawy