Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zwrot w sprawie Jaroszewiczów

Izabela Kacprzyk, Grazyna Zawadka 15-03-2018, ostatnia aktualizacja 15-03-2018 13:10

Gang karateków miał zabić byłego premiera. Ale odcisków ich palców nie znaleziono na miejscu zbrodni.

Brutalne zabójstwo małżeństwa Jaroszewiczów pozostaje tajemnicą od 26 lat
autor: Anna Brzezińska
źródło: Fotorzepa
Brutalne zabójstwo małżeństwa Jaroszewiczów pozostaje tajemnicą od 26 lat

Zabójstwa Piotra Jaroszewicza i jego żony mieli dokonać członkowie grupy, która w latach 90. dokonała 29 rozbojów na tle rabunkowym i jednego zabójstwa – twierdzi krakowska prokuratura, która wspólnie z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą ogłosiła w środę przełom w sprawie.

Kluczowym dowodem mają być zeznania dwóch recydywistów, którzy powiedzieli, że popełnili tę zbrodnię.

– Zarzuty postawiono trzem osobom. Dwóch sprawców przyznało się i opisało przebieg zabójstwa oraz rabunku – mówił na konferencji w Krakowie minister Ziobro, dodając, że prawdopodobieństwo, iż podejrzani popełnili zarzucony im czyn, jest „wysokie".

Weszli po drabinie

PRL-owski dygnitarz i jego żona Alicja Solska zostali zabici nocą z 31 sierpnia na 1 września 1992 r. w swoim domu w Warszawie. Jaroszewicz został uduszony paskiem od sztucera, jego żonie strzelono w głowę.

Prokuratura ogłosiła zwrot w sprawie: twierdzi, że zabójstwa dokonali Dariusz S., Marcin B. i Robert S. – w przeszłości działający w gangu karateków. Niektórzy są także podejrzani o porwania m.in. krakowskiego biznesmena (jego szczątki znaleziono kilka miesięcy temu pod Krakowem) i dziesięciolatka. Podczas zeznań w śledztwie dotyczącym porwań – za które grozi im 25 lat – zaczęli sypać, mówiąc, co wydarzyło się feralnej nocy ponad ćwierć wieku temu. Dwaj podejrzani, którzy się przyznali do udziału w zabójstwie – jak mówił Rafał Babiński, prokurator okręgowy w Krakowie – podali detale, których nie mogli znać z gazet, świadczące o tym, że nocą 1992 r. byli u Jaroszewiczów.

– Sprawcy wykorzystali znajdującą się na posesji drabinę i dostali się do środka przez jedyne otwarte okno, na piętrze – mówił prok. Babiński. Prowadzących pierwsze śledztwo zmyliło to, że okno było zamknięte od wewnątrz.

– Uzyskaliśmy dostęp do akt gangu karateków. Wiele rzeczy jest zgodnych z grupą od Jaroszewiczów – mówił Ziobro.

„Wiarygodność ich wyjaśnień potwierdziły przeprowadzone z udziałem jednego z podejrzanych czynności na miejscu zbrodni" – podała Prokuratura Krajowa.

– Zakładamy motyw rabunkowy, ale każda wersja jest przez nas badana – mówił Babiński. Nie chciał jednak powiedzieć czy śledczy dysponują dowodami materialnymi, a nie tylko zeznaniami recydywistów, którzy mogli chcieć ugrać złagodzenie kary za zabójstwo biznesmena.

Dariusz S., Marcin B. i Robert S. znali się z sekcji karate AZS, działającej przy dawnej Wyższej Szkole Inżynierskiej w Radomiu. Przez ponad rok (od czerwca 1993 r. do grudnia 1994 r.) dokonywali napadów na domy zamożnych osób w całym kraju, za co zostali skazani na długoletnie wyroki.

Dariusz S. na przesłuchanie do prokuratury został doprowadzony z aresztu śledczego, gdzie przebywa w związku z innym śledztwem, Robert S. – z zakładu karnego, gdzie odbywa wyrok. Z kolei Marcin B., został zatrzymany w miniony poniedziałek przez Centralne Biuro Śledcze Policji.

Z rezerwą do sensacji

Wstrzemięźliwy wobec „rewelacji" prokuratury jest Dariusz Janas, emerytowany policjant – oficer śledczy, który od początku pracował przy sprawie Jaroszewiczów.

– Jeśli powiedzieli o drabinie, to wartość ich zeznań jest niewielka – uważa Janas. Dlaczego? – Drabina musiałaby mieć 3 metry. Szukaliśmy jej, nie było jej nigdzie. Co więcej – nie było odciśniętych śladów od niej pod oknami – mówi Janas. Z poczynionych tuż po zabójstwie ustaleń wynika, że sprawcy weszli po kratce umocowanej na budynku dla pnączy. – Przez okno balkonowe, które było zawsze uchylone. To był zwyczaj Jaroszewiczowej – wskazuje Janas. Uważa, że obecni podejrzani mogą sypać, licząc na mniejszą karę. – Nie wierzę przestępcom. Jeśli prokuratura nie dysponuje innymi dowodami, to sprawy nie ma – ocenia Janas.

Śledztwo o zabójstwo Jaroszewiczów zostało ponownie wszczęte w 2017 r. – impulsem były uważane dotąd za zaginione ważne materiały. W tym, niezidentyfikowane od 1992 r. ślady kryminalistyczne – odciski palców z folii daktyloskopijnej. W ubiegłym roku odnalazł je i oddał prokuraturze dziennikarz Tomasz Sekielski.

Nie ich odciski palców

Jak ustaliła „Rzeczpospolita", odciski linii papilarnych znalezione na miejscu zbrodni nie pokrywają się z odciskami podejrzanych – także z tymi, które były w materiałach od dziennikarza.

Sprawdzano to już wiosną 2017 r. w podjętym na nowo śledztwie w prokuraturze w Warszawie. Tymczasem odciski palców wszystkich trzech podejrzanych – Dariusza S., Roberta S. i Marcina B. – są w policyjnej bazie od dawna (skazani za napady z lat 90.).

Prokuratura Krajowa zdementowała, że to dowody Siekielskiego pomogły w ustaleniu rzekomych sprawców. „Decydujące dla śledztwa były zeznania jednego z podejrzanych, który był przesłuchiwany przez prokuraturę w innej sprawie i który zdecydował się podjąć współpracę z prokuraturą" – przyznała w komunikacie Prokuratura Krajowa.

Wątpliwości jest więcej – gang karateków nastawiał się na rabunek. Tymczasem z domu Jaroszewiczów niewiele cennych rzeczy zniknęło. Inne pytanie: skąd startujący w bandyckiej profesji przestępcy (pierwszy skok grupy karateków miał miejsce w czerwcu 1993 r.) wiedzieli o ukrytym w zieleni, w spokojnej dzielnicy Warszawy PRL-owskim prominencie i czy wiedzieli, że włamują się o domu tak znaczącej osoby?

Dariusz Janas uważa, że żonę Jaroszewicza zastrzelono przez przypadek. – Z broni na kozice, która ma bardzo czuły spust. Wystarczyło go dotknąć, by broń wystrzeliła – mówi Janas. – Jaroszewicz był wielokrotnie podduszany i z racji wieku nie wytrzymał maltretowania – uważa. Deklaruje: – Mam doskonałą pamięć do szczegółów. Chętnie poddam konfrontacji zeznania podejrzanych.

Pierwsze śledztwo, wszczęte tuż po zabójstwie, skończyło się porażką. W 1994 roku oskarżono o nie recydywistów z Mińska Mazowieckiego – Wacława K. ps. Niuniek, Krzysztof R. – ps. Faszysta, a także Jana K. znanego jako „Krzaczek" oraz Henryka S. o ps. Sztywny. Oskarżenie się posypało tak dotkliwie, że już podczas procesu prokuratura sama wniosła o ich uniewinnienie. Za czas spędzony w areszcie wypłacono im odszkodowania.

"Rzeczpospolita"