Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Miejsca są, ale w innej dzielnicy

Katarzyna Wójcik 09-08-2017, ostatnia aktualizacja 09-08-2017 00:00

Prawo nie określa, jak daleko ma być placówka, w której gmina zapewnia przedszkolakowi miejsce. W rezultacie może być dowożony nawet 30 km.

Dzieci w przedszkolu
autor: Sławomir Mielnik
źródło: Fotorzepa
Dzieci w przedszkolu

katarzyna wójcik

W tym roku, zgodnie z prawem, do przedszkoli miały zostać przyjęte wszystkie chętne dzieci. Tylko w Gdańsku niemal pół tysiąca dzieci w dalszym ciągu czeka na miejsce. Tymczasem miasto zapewnia, że do dyspozycji rodziców wciąż jest ich 230, a rekrutacja trwa. Oferowane przez miasto placówki są jednak daleko od domu. Źle z miejscami jest m.in. w dzielnicy Osowa, Matarnia i Kokoszki. Prawo nie określa jednak, jak daleko od domu ma być przedszkole.

Bez rejonizacji

– Nigdy nie było rejonizacji przedszkoli. Obecne przepisy oświatowe również nakazują spełnienie tego obowiązku na terenie gminy – tłumaczy Grzegorz Szczuka, dyrektor wydziału rozwoju społecznego gdańskiego magistratu. I dodaje, że są wolne miejsca w przedszkolach usytuowanych w centralnej części miasta, w niedalekiej odległości od zbiorowisk firm, czyli miejsc zatrudnienia rodziców.

Rodzice przekonują jednak, że nie wszyscy pracują w centrum.

– W śródmieściu są ogromne korki. Żeby dowieźć dziecko do przedszkola i pojechać do pracy, musiałabym przejeżdżać przez nie dwukrotnie. W ten sposób nie miałabym szans dotrzeć do pracy na czas – żali się matka na forum internetowym.

Dlatego rodzice chcieliby, żeby miasto wykupiło miejsca w placówkach prywatnych. Tego władze zrobić nie chcą. Twierdzą, że naraziłyby się na zarzut niegospodarności.

Problem w dużych miastach

W podobnej sytuacji są rodzice w innych dużych miastach, jak Kraków czy Wrocław.

W stolicy Małopolski miejsc brakuje w Mistrzejowicach, na Podgórzu i Woli Duchackiej.

– Istotnie, w tych dzielnicach nie wszystkie dzieci dostają się do przedszkoli pierwszego wyboru. Rodzice wybierają również te położone blisko miejsca pracy. W rekrutacji elektronicznej była możliwość wskazania wielu przedszkoli, do których rodzic chciał zapisać dziecko. Jeśli ktoś wybrał tylko jedno, zmniejszył szanse na przyjęcie dziecka – zauważa Jan Machowski z krakowskiego magistratu.

I dodaje, że miasto może jeszcze ogłosić konkurs na miejsca przedszkolne po zakończeniu rekrutacji. Wtedy będzie wiadomo, dla ilu dzieci nie starczyło miejsc.

Wyzwanie dla samorządów

Samorządy podkreślają też, że trudno im reagować na tyle zmian w systemie oświaty. Jeszcze dwa lata temu szykowali miejsca dla sześciolatków w szkołach, teraz muszą je znaleźć w przedszkolach.

– W ciągu zaledwie roku przedszkola z trzyletnich stały się czteroletnie, szkoły z sześcioletnich ośmioletnie. I choć wciąż budujemy nowe placówki i rozbudowujemy już istniejące, a w ciągu ostatnich lat gmina przeznaczyła na inwestycje oświatowe blisko pół miliarda złotych, nie jesteśmy w stanie zareagować na tak szybko wprowadzane zmiany – tłumaczy Beata Turska z wrocławskiego urzędu miasta.

Trudną sytuację potęguje fakt, że rodzice nie chcą posyłać sześciolatków do pierwszej klasy. We Wrocławiu zapisano 424 dzieci w tym wieku. To bardzo mało, bo łącznie we Wrocławiu sześciolatków jest 6460. W ubiegłym roku do klasy pierwszej poszło 1566 z 6642. W Gdańsku do klas pierwszych pójdzie zaledwie 428 sześciolatków. W zeszłym roku było ich 2326.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: k.wojcik@rp.pl

"Rzeczpospolita"