Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Rodowody naszych wieszczów

Agnieszka Niemojewska 25-12-2017, ostatnia aktualizacja 25-12-2017 00:00

Rodzina i miejsce urodzenia mają ogromny i oczywisty wpływ na twórczość ludzi sztuki. Nie inaczej było w przypadku Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego.

Obraz Walentego Wańkowicza „Mickiewicz na Judahu Skale” (ok. 1828 r.).
źródło: AFP
Obraz Walentego Wańkowicza „Mickiewicz na Judahu Skale” (ok. 1828 r.).

Polacy odnoszą się do literatury i jej twórców ze szczególną atencją. Wielka w tym zasługa polskich poetów romantycznych, którzy w mrocznych czasach niewoli wynieśli sztukę pisarską do rangi skarbnicy narodowej pamięci, źródła tożsamości i orędownika idei polskości. A sami doczekali się miana wieszczów, natchnionych przewodników dusz i serc. Ale wielkość to udręka. Już za swojego życia najwięksi z romantyków odczuwali niszczycielską moc permanentnego zainteresowania publiczności kulturalnej, która chciała wiedzieć o nich wszystko i rościła sobie prawo do oceniania każdego aspektu ich egzystencji. Nie oszczędzili ich tym bardziej potomni. Usiłując zgłębić tajemnice ich geniuszu, sięgnęli do biografii, dokonali wiwisekcji relacji rodzinnych i spuścizny dziedziczonej po przodkach. Ich bezwzględność w przeglądaniu genealogicznych zakamarków może czasem budzić nawet odrazę, ale rezultaty przyniosła fascynujące.

Adamowe brzemię

„My z niego wszyscy" – rzekł o Mickiewiczu Zygmunt Krasiński na wieść o jego śmierci. A skoro autor „Pana Tadeusza" był pierwszym wśród najlepszych, to właśnie jego przypadki biograficzne fascynowały i niezmiennie fascynują czytelników, badaczy oraz poszukiwaczy osobliwości i sensacyjnych tajemnic. Tych ostatnich długo rozgrzewała dość jałowa z naukowego punktu widzenia debata na temat rzekomego żydowskiego pochodzenia matki wieszcza, Barbary z Majewskich Mickiewiczowej. Rzecz budziła emocje już w XIX stuleciu, wypowiadał się w tej kwestii przywołany wyżej Krasiński, notabene plotkarz zawołany, a wyrosła najprawdopodobniej z nieporozumienia.

Otóż wieść głosiła, że Barbara Mickiewicz wywodziła się z rodziny frankistów, czyli grupy żydowskich buntowników religijnych, skupionych wokół charyzmatycznego przywódcy o proroczych aspiracjach Jakuba Franka. Wielu zwolenników Franka, wyznających synkretyzm w sprawach wiary, przyjęło katolicyzm i związało się z polskimi rodami, ze znakomitym często skutkiem dla tych rodów i kultury polskiej. Uczeni potwierdzają, że takie korzenie miała Celina Szymanowska, żona Adama Mickiewicza, postać tragiczna i wymagająca osobnego artykułu, nie ma jednak żadnych przekonujących dowodów na to, że podobnym rodowodem mogła się legitymować rodzicielka wieszcza. Faktem jest, że zaskakująco mało – biorąc pod uwagę jej status w dziejach rodzimej literatury – o niej wiadomo, a że brak wiedzy otwiera pole dla spekulacji, zapewne ktoś gdzieś pomylił, nieświadomie albo wprost przeciwnie, matkę z małżonką, pogłoska zaś zmieniła się w powracający do dziś pretekst do modelowych polskich dyskusji.

Mickiewiczowie od kilku pokoleń żyli na ziemi nowogródzkiej. Była to szlachta niezbyt zamożna, ale dumna, uparta i niepokorna, jak przystało na ludzi Kresów. A także pełna fantazji oraz krewka w iście literackim stylu. Jan Mickiewicz, pradziad poety, miał pięciu, a według niektórych źródeł nawet sześciu synów. Przynajmniej część z nich malowniczo zapisała się w historii. Stryjeczny dziadek wieszcza, Bazyli, był w okolicy znany jako awanturnik, lichwiarz i inicjator szlacheckich zajazdów, której to formie egzekwowania swoich praw – należnych lub niekoniecznie – ufał bardziej niż sądom. Przed sądem zresztą stawał niejednokrotnie w charakterze oskarżonego, na ogół o rozbój. Bywało też i tak, że sądzony był wraz z którymś ze swoich kompanów. W jednym z procesów jego współtowarzyszem był inny osławiony pieniacz, niejaki... Jan Saplica. Ta zbójecka kooperacja zakończyła się tragicznie, bo Bazyli Mickiewicz i Saplica nie mogli się porozumieć w jakiejś sprawie i doszło między nimi do bijatyki. Obaj mieli doświadczenie w rozwiązywaniu sporów w ten sposób, ale tym razem sprawa nie zakończyła się na obrażeniach i zniewadze – Saplica zabił Bazylego. Mickiewiczowie ścigali go za pośrednictwem sądów, ale bezskutecznie: nie dość, że wyroki miał za nic, to groził jeszcze rodzinie kolejnym rozlewem krwi.

Innym na liście godnych odnotowania przodków był Adam, imiennik poety, kolejny z braci Mickiewiczów w pokoleniu dziadka. Ten wdawał się w karczemne bitwy, kiedy tylko nadarzyła się okazja. Jedna z nich, szczególnie zacięta i z licznym udziałem walczących, miała miejsce w lutym 1802 r., w trzy lata po śmierci Bazylego. Brali w niej udział żołnierze pułku tatarskiego, służba jednego z generałów oraz panowie szlachta z miejscowego zaścianka. Adam stawał mężnie, ale wrogom nie sprostał. Zmarł od ran odniesionych na tym karczemnym polu walki.

Czas zatem na Jakuba, który interesuje nas szczególnie, bo to dziadek wieszcza w linii prostej. Niewiele zachowało się o nim wieści. Sam żadnych dokumentów nie pozostawił, bo podobno przodek twórcy naszych lektur szkolnych był niepiśmienny. Za to ojczyźnie gotów był służyć, co było u Mickiewiczów tradycją. Jego ojciec – a pradziad Adama – walczył w obronie Stanisława Leszczyńskiego, krzywdząco zapomnianego króla Polski, którego wiele złego spotkało ze strony rodaków. Przyłączył się do konfederacji barskiej, nazywanej czasem pierwszym powstaniem niepodległościowym, ale też zagubionej gdzieś w niepamięci historycznej, natomiast jego syn, Mikołaj, ojciec Adama, miał uczestniczyć w insurekcji kościuszkowskiej, chociaż pewnych danych na ten temat brakuje. I tylko mistrz pióra, co jest faktem powszechnie znanym, nie zdążył wziąć udziału w powstaniu listopadowym.

Jakuba historycy przedstawiają na ogół jako najspokojniejszego z braci. Dlatego pewnego wysiłku wymaga dotarcie do informacji o sprawie prowadzonej przed Sądem Grodzkim w Nowogródku w połowie XVIII w., której podstawą była skarga prawowitych właścicieli majątku Horbatowicze na Mariannę z domu Leszczyłowską Mickiewiczową (prababkę) i jej synów, zarządzających częścią tegoż majątku na prawach zastawu za pożyczkę. W pozwie można przeczytać o licznych przykrościach i krzywdach, które wyrządzili bracia swoim sąsiadom, a prowodyrem tych czynów miał być właśnie Jakub, który, wśród innych przewin, uderzył kamieniem w głowę córkę Horbatowskich (tak nazywali się skarżący), a poza tym przechwalał się, że wkrótce przyłączy się do hajdamaków, czyli kozackich rozbójników, którzy w XVIII stuleciu na zachodnim brzegu Dniepru byli postrachem wszystkich praworządnych obywateli. Pozostaje wierzyć, że było to tylko pomówienie.

I w końcu Mikołaj Mickiewicz, ojciec wieszcza. Wiemy już, że prawdopodobnie dosłużył się stopnia rotmistrza w szeregach armii naczelnika Kościuszki, powtórzyć jednak warto, że pamięć o tym zachowała się przede wszystkim w rodzinie. Ponoć w nim także płynęła gorąca krew, co w jego przypadku było dość niefortunne, bo po ukończeniu szkoły dominikańskiej został adwokatem. Sprawował funkcję rejenta przy sądach niższych ziemi nowogródzkiej, co oznacza, że zajmował się pomniejszymi sprawami i reprezentował drobniejszą szlachtę, jak również mieszczan i Żydów. Wiele procesów ciągnęło się latami, w praktyce Mickiewicza wymieniany jest przez badaczy jeden proces, Abłamowiczów przeciw Kiersnowskim, który trwał lat 15 i nie znalazł zakończenia. To istotne, bo dochody z takich prac były marne. Z zachowanych ksiąg wynika, że tego skromniejszego z dwóch nowogródzkich adwokatów nie stać było nawet na jednego aplikanta.

Poeta wychowywał się więc bez zbytku i wygód. Ale jego ojciec zajmował się też problemami o pierwszorzędnym znaczeniu. Służył bowiem pomocą w uzyskiwaniu i księgowaniu „dowodów rodowitości szlacheckiej". Po trzecim rozbiorze administracja carska uderzyła w biedniejszą i na ogół bardzo uwrażliwioną patriotycznie część szlachty kresowej najmocniej jak mogła – władze domagały się dokumentacji potwierdzającej przynależność do stanu szlacheckiego. A większość niższej warstwy szlacheckiej dysponowała jedynie przekazem rodzinnym i świadectwem okolicznych mieszkańców. Pozbawienie szlachectwa w wymiarze indywidualnym oznaczało coś gorszego niż śmierć – odbierało godność i honor. W wymiarze społecznym zaś skutecznie eliminowało najsolidniejsze zaplecze wszelkich ruchów narodowych. Dlatego udział w przygotowaniu odpowiednich dokumentów, które trafiały później do Heroldii (urzędu centralnego zarządzającego tytułami i przywilejami szlacheckimi) w Petersburgu, miał charakter działalności niepodległościowej.

Życiorys Mikołaja Mickiewicza, chociaż o wiele „stateczniejszy" niż biografie jego stryjów, nie był wolny od przygód. Jednej zdecydowanie groźnej: adwokat prowadzący sprawę rozwodową małżeństwa Daneyków został poważnie pobity przez krewnych niezadowolonej z jego usług pani Daneykowej. Krajan z Nowogródczyzny, notabene rotmistrz jak on sam, zarzucił mu brak szlacheckiego rodowodu. Jankiel Jasielewicz natomiast, w imieniu grupy dłużników, domagał się od niego spłaty długów zaciągniętych na rzecz wojsk generała kościuszkowskiego Jakuba Jasińskiego. Zarówno przygody, jak i zasługi złożone na ołtarzu ojczyzny nie powiększały jednak majątku. Jak już powiedziano wyżej, gdy w 1812 r. Mikołaj zmarł, zostawił żonę z czterema małymi chłopcami i niemałą sumą długów do spłacenia.

Tak pokrótce wygląda wywód genealogiczny Adama Mickiewicza. Jeśli ktoś się pogubił w nazwiskach i wydarzeniach, ważne jest, by zapamiętał, że wieszcz naprawdę nie musiał wysilać wyobraźni, by stworzyć cudowny obraz pięknego i strasznego zarazem świata szlacheckiego w „Panu Tadeuszu". Wystarczyło sięgnąć do rodzinnych opowieści.

Syn Salomei

„Posiadł język polski tak, jak się posiada kochankę" – ponownie oddajmy głos Krasińskiemu, który tak miał się wyrazić o talencie poetyckim Juliusza Słowackiego. Interesujące porównanie, choć trudno zdecydować, o którym z naszych romantyków mówi nam więcej. Nie trzeba jednak tej kwestii tutaj rozstrzygać, bo w odniesieniu do Słowackiego była to refleksja całkiem zasadnie opisująca nie tylko dar twórczy, ale i osobowość. Autor „Kordiana" bowiem, przynajmniej we wczesnym okresie swej dorosłości (nie mylić z dojrzałością) chętnie ulegał namiętnościom, łapczywie brał w posiadanie. W dążeniu do spełnienia, zaspokojenia głodu wyrafinowania i ogromnych ambicji, w poszukiwaniu wiedzy dobrej i niedobrej, doświadczeń prawdziwych i skrajnych, wybierał drogi najrozmaitsze: szaleństwa i błazenady, podróże i odosobnienia, narkotyki i grę na giełdzie, satanizm, druidyzm i chrześcijański mistycyzm; wikłał się w związki z kobietami znacznie starszymi od siebie i nieletnimi (według kryteriów dzisiejszych). Jedna z pań nieco dojrzalszych od niego, Eglantyna Pattey, rywalizująca o jego względy z nastoletnia Marią Wodzińską, pisała o poecie „il est diabolique au superlatif". Miano „szatana poezji", a zapewne nie tylko o poezję chodziło, nadał mu sam Mickiewicz. Wyznawcy mądrości ludowych i objaśnień stereotypowych mogliby w tym miejscu stwierdzić z przekonaniem, że nic w tym dziwnego, skoro mówimy o synu nauczyciela – tacy, jak wiadomo, są najgorzej wychowani. Życie jednak nie poddaje się tak prostym odpowiedziom.

Ojciec poety Euzebiusz Słowacki przebiegiem kariery zawodowej mógłby imponować w każdej epoce. Szlachcic, ale bez wysokich godności i bez majątku, którego brak nie pozwolił mu na zdobycie wyższego wykształcenia, zaczynał tę drogę jako geometra z patentem królewskim zatrudniany przez zamożnych posiadaczy ziemskich. Wkrótce jednak awansował do roli nauczyciela domowego w dobrach Józefa Poniatowskiego (syna Ignacego Poniatowskiego) w Tahańczy. Był to krok bardzo szczęśliwy, głównie z powodu nowych znajomości, a przede wszystkim ze względu na świetnie zaopatrzoną bibliotekę gospodarza. Tam, częściowo w ramach obowiązków, a po części dla przyjemności, mógł się poświęcić swojej prawdziwej pasji – literaturze. Pierwsze przekłady z autorów antycznych i nowożytnych, nawet tak kontrowersyjnych w owym czasie jak Wolter, zaprowadziły go w mury prestiżowego Liceum Krzemienieckiego, gdzie objął funkcję nauczyciela wymowy, literatury i języka. Tutaj też była biblioteka, większa jeszcze i bogatsza niż u Poniatowskich. Samodzielne studia, które przeprowadził, okazały się niezwykle owocne – niespełna 40-letni rodzic wieszcza przystąpił do konkursu ogłoszonego przez Cesarski Uniwersytet Wileński, zwany wtedy też Imperatorskim, i wygrał go. Nagrodą było objęcie katedry wymowy i poezji. Młody profesor najlepszej już wtedy uczelni nie tylko pod zaborami, ale w całym Imperium Rosyjskim, nie poprzestał na tym eminentnym zajęciu i został redaktorem „Kuriera Litewskiego" ukazującego się w Wilnie, a równocześnie oddawał się z zapałem twórczości literackiej i przekładowej. Sukces ma jednak swoją cenę. W 1814 r. Euzebiusz Słowacki, zmęczony, zmizerowany, niedbający należycie o zdrowie, zmarł na gruźlicę. Pozostawił 23-letnią wdowę i 5-letniego synka, jedynaka. Chłopcu przekazał w spadku, oprócz satysfakcjonującego zabezpieczenia finansowego i wielkiej miłości do pisarstwa, podatność na śmiertelną chorobę. Ale to nie koniec tej historii. Właściwie dopiero tutaj akcja się zawiązuje.

Matka Słowackiego Salomea z Januszewskich, owa młodziutka wdowa, była przeciwieństwem męża, sumiennego, wytrwałego i konsekwentnego w działaniu tytana pracy. Jej żywiołem było wielkomiejskie życie i salony. W Krzemieńcu się nudziła, niechętnie potem do niego wracała. W Wilnie za to, gdzie rodzina towarzyszyła świeżo upieczonemu profesorowi, odnalazła się w pełni. Zatonęła w towarzyskim tyglu wyższych sfer, czytywała z upodobaniem romanse, by następnie zaczerpnięte z nich wzory przenosić do własnej codzienności. Z pewnością zajmowały jej uwagę także myśli najistotniejsze, te o dziecku i zniewolonej ojczyźnie, ale najwyraźniej w stopniu niezadowalającym małżonka, skoro w testamencie pozwolił sobie na wyrażoną z wielkim taktem sugestię, by nie zapomniała o wychowaniu syna.

Julkowi na salonach raczej się podobało. Przyjął też ze spokojem, a może i z nadzieją na powrót radosnej beztroski, wiadomość o tym, że „maman" ponownie wychodzi za mąż. Tym razem wybrańcem był August Ludwik Bécu. Profesor Uniwersytetu Wileńskiego, praktykujący lekarz, człowiek majętny i wpływowy, był starszy niż Euzebiusz, zdecydowanie bardziej posępny, uparty i w pewien sposób wyniosły. Był znany i liczono się z nim, ale nie cieszył się przesadną sympatią. Jego postawa pod zaborami nie przynosiła mu chluby w oczach społeczeństwa wileńskiego. Choć z pochodzenia był Francuzem, z rodziny już zasymilowanej, w czasie kampanii napoleońskiej na armię cesarza spoglądał z niechęcią – bez porównania bliższa mu była władza carska. To on wydał polecenie ułożenia w stosach i palenia zwłok zmarłych od ran francuskich żołnierzy podczas tragicznego odwrotu spod Moskwy. On też podczas wileńskich procesów młodzieży akademickiej, skupionej w tajnych związkach niepodległościowych, zajął stanowisko, dla którego młodzi mieli tylko jedno określenie – zdrada. W tym samym roku, gdy odbywał się sąd nad spiskowcami, doktor Bécu zmarł nagle w okolicznościach niebywałych, przez wielu odczytanych jako znak. Zginął mianowicie w swoim mieszkaniu przy jednej z głównych ulic starego Wilna od uderzenia pioruna – niewykluczone, że był to rzadki piorun kulisty. Uwiecznił to zdarzenie Adam Mickiewicz w III części „Dziadów", przedstawiając je w kategoriach kary boskiej (w jego wersji: „piorun go w ostatnim pokoju wytropił/ Nic nie zepsuł i tylko ruble srebrne stopił" – śmierć na miarę Judasza) i w ogóle opisując doktora w czarnych barwach.

Słowacki wystąpił w obronie dobrego imienia ojczyma i wyzwał Mickiewicza na pojedynek, do którego nie doszło, ale stosunki obu panów były od tej pory w najlepszym razie chłodne. A matka poety Salomea, nie mając lat 30, została po raz wtóry majętną wdową i przeprowadziła się niebawem do apartamentów opuszczonych właśnie przez senatora Nowosilcowa, kata młodzieży wileńskiej, czym chwaliła się w listach do znajomych. Biedny Słowacki.

Boski Zygmunt

„Twój syn poetą! Czegóż żądasz więcej?" – uważny czytelnik zapewne domyślił się już, że są to słowa Zygmunta Krasińskiego. Trzeci z wieszczów kazał je wypowiedzieć bohaterowi swego najbardziej znanego dzieła, „Nie-Boskiej komedii", ale mógłby sam wykrzyczeć ten wers, bo miał ku temu powody. Ale rzecz trzeba przedstawić po kolei.

Ród Krasińskich należał do arystokracji polskiej i wywodził się od Sławomira, wymienianego w dokumentach z XIV w., pochodzącego z Krasnego, miejscowości na Mazowszu (stąd nazwisko). Drzewa genealogicznego tak zakorzenionej familii odtworzyć tutaj nie sposób. Dość powiedzieć, że przodek wieszcza, Felicjan Krasiński, podkomorzy ciechanowski w XVII w., był założycielem „opinogórskiego" odgałęzienia... czwartej odnogi młodszej gałęzi rodu. Teraz już czytelnicy wybaczą chyba powściągliwość w przytaczaniu całej listy antenatów. Tym bardziej że interesują nas pokolenia późniejsze, związane już bezpośrednio z trzecim z wieszczów, bo to one miały największy wpływ na jego usposobienie, a tym samym na kształt jego twórczości. Chodzi konkretnie o jego babkę ze strony ojca oraz rodziców.

Do Antoniny z Czackich Krasińskiej, wspomnianej babci, pieszczotliwe brzmienie tego słowa zupełnie nie pasowało. Była osobą despotyczną, surową i wymagającą. Ale jej trudny sposób bycia miał zapewne głębsze podstawy. Dziedziczka jednego wspaniałego nazwiska, przez zamążpójście obdarzona kolejnym równie zasłużonym, nie potrafiła się chyba pogodzić z gasnącą w XIX stuleciu świetnością wielkich linii magnackich. Wiek rewolucji i zmian niepokoił ją, jeśli nie przerażał. Swoje lęki, zgorszenie i odrazę do nowej rzeczywistości przelewała na syna, którego twardą ręką wychowywała samotnie po przedwczesnej śmierci męża. Z tego powodu Wincenty Krasiński, przyszły ojciec Zygmunta, od dzieciństwa czuł się przez matkę odepchnięty, buntował się i podejmował decyzje nieprzemyślane, byleby tylko były dla niej przykre. Rozpoczął służbę wojskową, bo czuł się do niej stworzony, ale pod rozkazy Napoleona oddawał się, wiedząc przypuszczalnie, jak złą opinię ma jego matka o tym „wywrotowcu, prostaku i uzurpatorze nędznego pochodzenia".

Z równie dwuznacznym nastawieniem wybrał sobie ułan, a niebawem generał Krasiński, żonę. Księżniczka Maria Radziwiłłówna miała wiele zalet, ale nie szła z nimi w parze uroda. Świadomość własnych niedoskonałości pogłębiała jej izolację towarzyską, w rezultacie obdarzona wielką inteligencją i pokaźnym majątkiem kobieta w wieku lat 24 pozostawała panną. Krasiński, któremu fizycznie nic nie brakowało, co w połączeniu z jego umiarkowanym potencjałem intelektualnym oraz bezgraniczną próżnością stało się przyczyną licznych romansów i równie częstych kłopotów finansowych, zgodził się na ślub nawet nie dla pieniędzy, ale na przekór matce, która, jak wiedział, nie będzie w stanie zaakceptować wyboru syna. Rezultatem było małżeństwo poprawne, na zewnątrz przykładne, a i w życiu codziennym ułożone, spokojne, ale pozbawione uczuć i złudzeń.

Szczęśliwie pojawił się na świecie Zygmunt. Szczęśliwie, bo w 1812 r., gdy czas Napoleona przemijał, jego zaufany oficer miał wkrótce skończyć swoją wojskową tułaczkę po całej Europie – to jego szwoleżerowie szarżowali w wąwozie Somosierra – i powrócić na stałe do domu, do żony, do rodzinnego życia. Dziecko było spoiwem łączącym rodzinę. Ale dziecko pragnie być dzieckiem, a nie zaprawą w chwiejącym się gmachu. Zygmunt Krasiński wspominał swoje dzieciństwo jako smutne.

Tak krytycznego wizerunku doczekał się Wincenty Krasiński jeszcze w opisach historiografów XIX-wiecznych, których obiektywizm zakłócać mogły jego dalsze uczynki. Niełatwo dziś pojąć ich genezę. W 1822 r. księżniczka Maria zmarła po długiej chorobie i dziesięcioletni dziedzic Opinogóry pozostał sam z ojcem. Ich wzajemne relacje układały się z pozoru dobrze; ojciec, zgodnie z tym, co przekazywali świadkowie, zajmował się synem troskliwie i rzetelnie, a syn odwdzięczał się oddaniem. Młodzieńcowi, bardzo zdolnemu i pracowitemu uczniowi, a później studentowi, dorastającemu jednak w dekadzie przedpowstaniowej, w latach gorączki romantycznej, zahartowany we wszelkich bojach żołnierz wybaczyć mógłby zapewne miłostki, hazard i inne wszeteczne rozrywki. Dwóch rzeczy zrozumieć jednak nie potrafił: poetyckiego, abstrakcyjnego, jakby histerycznego po trosze rozmarzenia oraz zaniedbania powinności płynących z urodzenia i statusu społecznego. Sam tych zasad, mimo wcześniejszych konfliktów z matką, przestrzegał w sposób zasadniczy i domagał się tego od potomka. Może w innych okolicznościach nie miałoby to poważniejszych niż czysto prywatne konsekwencji, ale okoliczności nie były zwyczajne. Rosło napięcie i nastroje konfrontacyjne, młodzież chciała walczyć o wolną Polskę, romantycy zagrzewali do czynu.

Ale generał Krasiński kroczył własną drogą. W 1828 r., podczas obrad sądu sejmowego, zwołanego w trybie nadzwyczajnym w celu wydania wyroku na aresztowanych członków Towarzystwa Patriotycznego, jako jedyny opowiedział się za uznaniem ich działań za zdradę stanu i ukarania ich bardzo surowo. Gdy sąd zdecydował inaczej, generał złożył votum separatum. Później, konsekwentnie, odmówił udziału w powstaniu listopadowym w jakiejkolwiek formie. Gdy niegdyś stracił cesarza Francuzów, przysiągł wierność carowi Wszechrusi i tej przysiędze pozostał wierny. Po śmierci Iwana Paskiewicza pełnił nawet przez krótki czas obowiązki namiestnika Królestwa Polskiego. Tego wszystkiego naród nie mógł mu wybaczyć. A część niesławy spadła na syna. Zygmunt Krasiński, pozostający pod wyraźną presją ojca, unikał wszelkich organizacji patriotycznych, nie podpisywał petycji, nie uczestniczył w demonstracjach i nie wziął udziału w powstaniu listopadowym. Nie zgadzał się z rodzicem w większości spraw podstawowych, ale przeciwstawić się nie umiał, co zaważyło na jego życiu i twórczości aż do końca.

"Rzeczpospolita"