DRUKUJ

Mydlana legenda

02-01-2004, ostatnia aktualizacja 02-01-2004 05:21

Do naszej redakcji trafiły niedawno dziwne "cegiełki". Wraz z nimi nasz czytelnik przyniósł informację, że są to niemieckie mydełka z czasów wojny. Wieść niosła, że Niemcy wytwarzali je z ludzkich szczątków.

Czeremcha to duża wieś w powiecie Hajnówka, niedaleko granicy państwa. Krzyżuje się tu kilka linii kolejowych, miejscowość ma więc dużą, nie przystającą do jej rozmiarów, stację. Jest tu także wybudowany tuż przed wojną zakład zajmujący się impregnacją podkładów kolejowych. Interesujące nas pozostałości znajdują się w sąsiadującym z tą fabryką lesie i częściowo na jej terenie. - Wśród drzew widnieją resztki betonowych fundamentów i liczne wykopy. Nieco dalej znajdują się dwa wysokie, równoległe nasypy. Obok nich leżą przysypane cienką warstwą ziemi sterty dziwnych kostek z wytłoczonym numerem RIF i trzy- lub czterocyfrowym numerem. To właśnie te słynne mydełka, choć na pierwszy rzut oka zupełnie mydełek nie przypominają. Można je wziąć raczej za kostki gipsu lub zeskorupiałej gliny. - Między tymi nasypami kończyła się bocznica kolejowa. A w tych rowach biegły kiedyś rury wodociągowe. Stała tu również wieża ciśnień - opowiada Tomek Mazurek, pochodzący z Czeremchy student białostockiej AWF. On i jego koledzy spenetrowali ten las tego lata. Zainspirowały go opowiadania dziadków o tajemniczym ogrodzeniu, strzeżonym pilnie przez wartowników, za które w czasie wojny doprowadzono bocznicę kolejową. Według jego relacji, niektórzy starsi mieszkańcy Czeremchy widzieli również transporty ludzi w wagonach towarowych. W połączeniu ze znalezionymi mydełkami dało to podstawę do domysłów, że Niemcy robili tu za okupacji rzeczy opisane przez Zofię Nałkowską w słynnych "Medalionach". Tylko przystanek Czy do Czeremchy faktycznie przychodziły transporty ludzi? W informatorze o hitlerowskich obozach pod hasłem "Czeremcha" znajduje się tylko wzmianka o areszcie żandarmerii i kilku egzekucjach w pobliskim lesie. O tym, żeby miały tam miejsce jakieś masowe mordy nie słyszał również białostocki oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Czyżby więc była to tylko plotka? W poszukiwaniu odpowiedzi dotarliśmy do mieszkającego w Czeremsze emerytowanego kolejarza. Wacław Rydel w czasie wojny był pomocnikiem maszynisty. Z niemieckiej okupacji pamięta mnóstwo wojskowych eszelonów idących na front wschodni. A cywile w wagonach towarowych? - Były i takie transporty, ale dosłownie kilka. W Czeremsze tylko się zatrzymywały, a potem jechały dalej. Nie wiem dokąd - mówi. Świece dla frontu Co w takim razie kryło się w lesie za nasycalnią podkładów? Napotkani funkcjonariusze Straży Granicznej uważają wykopy za pozostałości po przejściu frontu w 1944 roku. Trudno jednak przyjąć takie tłumaczenie - okopy raczej nie powinny być proste jak drut i krzyżować się pod kątem prostym, a stanowisk dział przeciwpancernych nie umieszcza się jedno przy drugim, w sposób ułatwiający ich szybkie zniszczenie. A tak właśnie wyglądają odnalezione ślady. Mieszkająca nieopodal lasu siedemdziesięciosześcioletnia Janina Markowska mówi, że Niemcy ogrodzili cały teren drutem kolczastym i starannie go pilnowali. - Mieli tam chyba jakieś magazyny. Wiem, że pracowali tam również Polacy - wspomina. Wersję o wojskowych magazynach potwierdza zastępca dyrektora nasycalni podkładów. - Między 1939 a 1941 rokiem rządzili tu Rosjanie. Przedłużyli do lasu bocznicę kolejową z zakładu, wykopali tam duże ziemianki i zrobili swoje składy. W 1941 przejęli je i rozbudowali Niemcy. Rozebrano je jakoś na początku lat pięćdziesiątych - opowiada Jan Szokało. Co było w tych magazynach? Udało się nam trafić do jednego z ich polskich pracowników. Pan Anuszkiewicz miał zaledwie 14 lat, kiedy zatrudnił się tam jako robotnik. - Nosiliśmy paczki ze sztućcami, miskami, świecami. Były tam też koce i bielizna, a także mydło - relacjonuje. Jednym słowem, było to zwykłe frontowe zaplecze. Ciekawostką jest fakt, że wspomniane mydło było częścią zapłaty dla polskich pracowników. Anuszkiewicz wspomina, że było wyjątkowo podłej jakości i z trudem dawało się w nim coś uprać. Może stąd wzięły się plotki o jego "ludzkim" pochodzeniu" Naukowcy zbadali Wieści o mydle z Czeremchy dotarły również do białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Jego pracownicy przeprowadzili tam wiosną 2002 roku wizję lokalną. - Znaleźliśmy resztki niemieckich magazynów wojskowych - powiedział ŻS Piotr Łapiński z Biura Edukacji Publicznej białostockiego IPN. Aby jednak wykluczyć wszelkie wątpliwości, pobrano próbki mydełek i przekazano je wraz z zebranymi informacjami do Głównej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu. Ta zaś zleciła dalsze badania swemu gdańskiemu oddziałowi. Dlaczego próbki z białostocczyzny trzeba badać aż w Gdańsku? - Bo to na ich terenie działał Insytut Anatomii kierowany przez prof. Spannera, mają więc najwięcej informacji na temat mydła z ludzkiego tłuszczu - powiedziano nam w Komisji. Powracająca legenda Co robił wspomniany instytut, wie każdy licealista. Działalność podległej Rudolfowi Spannerowi placówki opisała bowiem Zofia Nałkowska w stanowiących szkolną lekturę "Medalionach". Prowadzone tam badania nad wykorzystywaniem ludzkiego tłuszczu do produkcji mydła były jednym z wątków procesu hitlerowskich zbrodniarzy w Norymberdze. Kierownik Oddziałowej Komisji w Gdańsku potwierdził, że w ramach postępowania w sprawie zbrodni w Insytutcie Anatomii sprawdzano również materiały z Białegostoku. - Badania chemiczne nic podejrzanego nie wykazały. Na podstawie próbek i zebranego materiału archiwalnego mogę powiedzieć, że RIF to typowe oznaczenie niemieckiego mydła z czasów wojny, a numer oznaczał konkretną fabrykę - powiedział prokurator Maciej Szulz. Według niemieckich dokumentów, produkcja mydełek RIF szła w miliony sztuk. Receptury bywały bardzo różne, podobnie jak używane do produkcji surowce. W każdym razie nie był to tłuszcz ludzki. Podobne zdanie prezentowali pracownicy muzeum w Stutthofie - obozie koncentracyjnym, z którego Rudolf Sppanner miał pozyskiwać "materiał" do swoich badań. Piotr Łapiński zwraca uwagę na jeszcze jeden fakt: - Spanner robił swoje badania w marcu-kwietniu 1944 roku. A Czeremchę Rosjanie zajęli w lipcu tego samego roku. Niemożliwe, żeby przez tak krótki czas opracowano technologię przemysłową. Zresztą, Spanner nie wyszedł poza fazę doświadczeń laboratoryjnych. Pogłoska o mydle z ludzi co jakiś czas powraca, a przypadek Czeremchy nie jest wcale jedyny. - Zdarzały się już przypadki, że ktoś znalazł w szpargałach takie mydełko i przysyłał je nam, "bo jak niemieckie i z czasów wojny, to pewnie robione z ludzi" - mówi prokurator Szulz. Skąd takie automatyczne skojarzenie - Sprawa mydeł Spannera była bardzo głośna tuż po wojnie i zapadła w pamięć ludzi - uważa Piotr Łapiński. Jak widać, tkwi tam mocno do dziś. Data: 2004-01-02
__Archiwum__