Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Ostatnia statystka z „Zapomnianej melodii”

Grzegorz Rogowski 13-08-2017, ostatnia aktualizacja 13-08-2017 00:00

Są takie filmy, które nigdy się nie zestarzeją.

Helena Grossówna i Aleksander Żabczyński w „Zapomnianej melodii”.
źródło: Rzeczpospolita
Helena Grossówna i Aleksander Żabczyński w „Zapomnianej melodii”.
W roli statystek wystąpiły w filmie młode warszawianki, specjalnie wybierane przez wytwórnię Omnia-Film.
źródło: Rzeczpospolita
W roli statystek wystąpiły w filmie młode warszawianki, specjalnie wybierane przez wytwórnię Omnia-Film.

Dziś może zaledwie garstka pasjonatów i wiernych widzów słynnego programu „W starym kinie" Stanisława Janickiego pamięta film „Zapomniana melodia" z 1938 r. Wystarczy jednak zanucić krótki fragment piosenki przewodniej, by każdy się zorientował, że... doskonale zna jej tekst! „Ach jak przyjemnie kołysać się wśród fal" to z pewnością niezapomniany przebój, który stał się trzonem tej sympatycznej komedii omyłek.

Wszystko zaczęło się latem 1938 r. w biurach nowo powstałej wytwórni Omnia-Film, zajmującej kilka dużych pomieszczeń w kamienicy przy Alejach Jerozolimskich 27. Niewielki dwupiętrowy budynek dopiero co został nadbudowany o kolejne dwa piętra. W przedwojennym spisie abonentów sieci telefonicznej z łatwością znajdujemy numer do wytwórni: 9-70-35. Był on podany także w czołówce filmu. „Wiadomości Filmowe" pisały o genezie przedsiębiorstwa: „Omnia-Film jednoczy pracowników kinematografii polskiej na zasadach spółdzielczych. Należą tu scenarzyści oraz reżyserowie, operatorzy i kierownicy produkcji, charakteryzatorzy i kompozytorzy. Są zaś wśród nich takie nazwiska, jak Napoleon Sądek, Jan Fethke, inż. Seweryn Steinwurzel, Henryk Wars, Jan Breit, Jan Dobracki i innni. Pracuje się tu »dla siebie«, więc pracuje się dobrze".

W międzywojennej Polsce filmy produkowano w zupełnie inny sposób niż obecnie. Po pierwsze, na nowy projekt potrzebny był kapitał. Zakładano więc wytwórnię filmową, która sama nie dysponowała żadnymi środkami na produkcję. Miała być jedynie ciałem umożliwiającym pozyskanie pieniędzy od potencjalnych inwestorów. To właśnie dlatego wiele wytwórni filmowych nad Wisłą produkowało jeden czy dwa obrazy i znikało z mapy przedwojennej stolicy. Inwestycje w polski przemysł filmowy były obarczone olbrzymim ryzykiem. Wszystko było bowiem w rękach publiczności, której film mógł się przecież nie spodobać i niemałe środki zainwestowane w produkcję przepadały. Do tego prasa i recenzenci wyjątkowo ostro krytykowali rodzimą kinematografię za jej błahość i chęć schlebiania najszerszym rzeszom widzów. Nie pomagała także bardzo wolna kinofikacja kraju, czyli dostęp mieszkańców do kin. Tuż przed wybuchem wojny było ich na terenie Polski zaledwie 807. Dla porównania sąsiednia Czechosłowacja wybudowała niemal o 1000 więcej! Znacznie ograniczało to zasięg wprowadzanego tytułu i przychód z jego wyświetlania. Dlatego producentom zależało przede wszystkim na jednym – na niskich kosztach. Im szybciej obraz powstał, im prostsze miał dekoracje, im mniej kosztowały kontrakty aktorskie, tym więcej zostawało z i tak skromnego przychodu.

Tytuł na razie nieustalony

Kto więc wykładał pieniądze na tak ryzykowne produkcje? Otóż głownie właściciele kin, którzy dzięki temu zyskiwali wyłączność na obsługę premierowych pokazów. To pierwszeństwo miało olbrzymie znaczenie, ponieważ dawna dystrybucja odbywała się na zupełnie innych zasadach. W każdym większym mieście istniały tak zwane zeroekrany – luksusowe sale kinowe obliczone nieraz na kilka tysięcy widzów, które prezentowały najnowsze produkcje krajowe i zagraniczne. Takie kina miały wyłączność na pokazywanie najświeższych tytułów i zarabiały na nich najwięcej. Dopiero później kopie trafiały do mniejszych sal i w końcu do tanich kin wyspecjalizowanych w powtórkach.

Aby zachęcić właścicieli kin do inwestycji w nowy obraz, producent musiał mieć przygotowany zarys fabuły, a także kilka podpisanych kontraktów z liczącymi się w branży członkami ekipy filmowej i aktorskiej. Dopiero z takim orężem można było starać się o finansowanie produkcji. Poszukiwania inwestorów zaczynało się zawsze od stosownej zapowiedzi w jednym z fachowych czasopism. „Niniejszym podajemy do wiadomości P.T. właścicieli kinoteatrów w Polsce, że przystąpiliśmy do produkcji pierwszego filmu polskiego. Tytuł na razie nieustalony, podamy w najbliższym numerze. Romans muzyczny, reżyseria Konrad Tom, zdjęcia Seweryn Steinwurzel" – brzmiał pierwszy, oszczędny zwiastun nowej produkcji Omnia-Film w „Wiadomościach Filmowych".

Gdy tylko sytuacja nieco się wyklarowała, a wytwórnia zdobyła niezbędne zaplecze finansowe, rozpoczęto intensywną organizację produkcji. Film zyskał w końcu swój finalny tytuł – „Zapomniana melodia". Do wcześniej ogłoszonego skromnego zespołu dołączyli także inni członkowie. Drugim reżyserem został Jan Fethke. Udało mu się zająć to stanowisko głównie dlatego, że Konrad Tom potrzebował sprawdzonego scenarzysty, który przekułby jego pomysł w wartki obraz, zarówno w zakresie tekstu, jak i reżyserii. Fethke pracował już jako scenarzysta, a na swoim koncie miał nawet kilka powieści. Dla Omnia-Film jeden scenarzysta nie był jednak wystarczający. Film miał być debiutem wytwórni, więc musiał być naprawdę dobry. Do pomocy zatrudniono więc Napoleona Sądka z kilkunastoma scenariuszami na koncie oraz Ludwika Starskiego, który miał talent do pisania niezapomnianych szlagierów. Ten ostatni czuwał, by powstał film muzyczny z prawdziwego zdarzenia. do ekipy dołączył znakomity Henryk Wars, który napisał muzykę.

Akcja filmu miała być wesoła i zagmatwana. Tytułowa zapomniana melodia to dla bogatego przemysłowca Rolicza receptura na rewelacyjne mydło, ale dla jego córki Helenki to wyznanie miłosne jej ukochanego. Rolicz, słysząc przez okno melodię zakochanych, śpiewa w jej rytm skomplikowaną formułę swojego najnowszego produktu. Jego konkurent z branży, Roxy, tylko czeka, by wykraść recepturę mydła. Tymczasem Stefan, ukochany Helenki, przez swoje niewinne kłamstwo nieświadomie uruchamia lawinę pomyłek, co doprowadza do całej masy zabawnych nieporozumień i szczęśliwego finału.

Znani aktorzy i piękne warszawianki

Gdy znana była już cała ekipa filmowa, a rysy postaci zostały naszkicowane przez scenarzystów, należało zająć się pozyskaniem aktorów. Zrywanie kontraktu jeszcze przed pierwszymi zdjęciami w atelier było w polskim przemyśle filmowym na porządku dziennym. W tym wypadku producenci mogli jednak mówić o sporym szczęściu. Żaden z zaangażowanych aktorów nie zerwał kontraktu i wkrótce gazety obiegało coraz więcej niedyskrecji na temat obsady. „Helena Grossówna, Michał Znicz i Jadzia Andrzejewska grają w filmie pt. »Zapomniana melodia«" – donosił „Srebrny Ekran" w lipcu 1938 r. „Popularny komik, Stanisław Sielański, jeździł po prowincji przez całe dwa miesiące. Może i miał rację, robiąc to, bo polscy potentaci filmowi uwzięli się kręcić tylko dramaty i na Sielańskiego nie było »zapotrzebowania«. Teraz dopiero ujrzymy go w »Zapomnianej melodii«" – dodawał chwilę później tygodnik „Kino". Oprócz wymienionych nazwisk zaangażowano również „demona komizmu" Antoniego Fertnera, specjalistę od ról charakterystycznych Michała Znicza, najpopularniejszego ówczesnego amanta Aleksandra Żabczyńskiego i gwiazdkę lansowaną na „nową twarz filmu" Renatę Radojewską. Jak zapewniały całostronicowe reklamy wykupione przez wytwórnię w branżowych „Wiadomościach Filmowych", w filmie miało wystąpić także 30 najpiękniejszych warszawianek w charakterze statystek. Były one olbrzymim magnesem dla publiczności, dlatego ich obecność na ekranie podkreślano przy każdej możliwej okazji. „Film da zdrowy śmiech i szczery humor, da atmosferę beztroskiej wesołości wśród młodych, ślicznych dziewczątek, ponieważ rzecz się dzieje przeważnie na terenie Instytutu Dokształcającego dla dziewcząt. Owymi dziewczętami są najpiękniejsze młode warszawianki, specjalnie dobierane przez wytwórnię Omnia-Film" – zachwalał w sponsorowanym artykule „Nasz Przegląd". Widząc olbrzymie zainteresowanie ślicznymi statystkami w Warszawie, właściciele kin w innych miastach, wykupując reklamy, niekiedy celowo przesadzali, pisząc, że w filmie widzowie zobaczą prawdziwą rewię – nie 30, a aż 100 pięknych dziewcząt!

Dziś w Gdańsku nadal mieszka ostatnia z owych najpiękniejszych „warszawianek" – 99-letnia Stanisława Sobiech z domu Peżanowska. „Od najmłodszych lat marzyłam, żeby tańczyć – opowiada. – Dawniej tancerka to była prawie jak taka spod latarni. Ojciec nie chciał się zgodzić, ale przeczytał w gazecie ogłoszenie i powiedział mi: O! Jak tam pójdziesz i cię zaangażują, to wtedy się zgodzę. To było ogłoszenie szkoły należącej do słynnej Tacjanny Wysockiej. Ona zorganizowała taki konkurs, w którym miała wybrać dziesięć dziewcząt ze 100 kandydatek na bezpłatną naukę. Miałam szczęście i w tych dziesięciu ostatecznie zostałam. Gdy podrosłam, trzeba było pomyśleć jednak o pracy. Był przed wojną taki generał Leopold Okulicki. Ja go poznałam jeszcze jako pułkownika. Ojciec mnie do niego posłał. Powiedział: idź do kawiarni, tam będzie siedział pułkownik, przedstaw się, a on pomoże ci zdobyć posadę. Poszłam więc. Przy stoliku siedział on i ówczesny ambasador Japonii, z którym się przyjaźnił. Pamiętam, że kupili mi czekoladę. Z Warszawy miałam wyjechać na wschód do Wołkowyska, gdzie miałam pracować w biurze. Ale na zwolnienie posady trzeba było trochę poczekać. Ponieważ było przez to sporo wolnego czasu, wraz z koleżankami ze szkoły Wysockiej zmówiłyśmy się na to statystowanie. Płacili nieźle i przez parę dni jeździłyśmy pod Warszawę, gdzie byłyśmy świadkami kręcenia wszystkich scen głównych".

Na planie w Zegrzynku

„Zapomnianą melodię", jak zresztą wszystkie filmy przedwojenne, zaczynano kręcić od scen plenerowych. Miało to, rzecz jasna, swoje uzasadnienie. W Warszawie działały wówczas jedynie trzy atelier filmowe. Powodowało to olbrzymie kolejki i pośpiech w produkcji. Aby nie płacić za nieużywaną halę, podczas kręcenia scen na świeżym powietrzu armia robotników w studiu ustawiała już dekoracje potrzebne do kolejnych ujęć.

Z dość zaskakującego miejsca dowiadujemy się o lokalizacji scen plenerowych. Pan Julian z Pruszkowa w popularnym kąciku „Między nami" magazynu „Kino", gdzie odpowiadano na pytania czytelników, dopytywał redakcję właśnie o ten szczegół produkcji. „Zdjęcia do »Zapomnianej melodii« były robione w Zegrzynku pod Warszawą" – napisano w odpowiedzi. Dodać jednak należy, że kilka niewielkich ujęć nakręcono także w Warszawie, m.in. na ul. Traugutta.

Codziennie rano do Zegrzynka dojeżdżał autobus z ekipą filmową, aktorami i statystami. To właśnie tam kręcono słynną scenę z dziewczętami płynącymi na kajakach i śpiewającymi piosenkę Warsa „Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal" oraz ważny moment zawiązania akcji filmu, czyli ratowanie z wody Stefana, granego przez Aleksandra Żabczyńskiego. „To było pod Warszawą – wspomina pani Stasia. – Jeździłyśmy na zdjęcia przez kilka dni. Pamiętam, że dostałyśmy piękne stroje pensjonarek. W zdjęciach brali udział naprawdę wybitni aktorzy. Razem z koleżankami śpiewałyśmy na kajakach. W pamięci utkwiła mi szczególnie jedna scena, w której Żabczyński wpadał do wody. To była jesień i nie było już za ciepło. Zanim więc Żabczyński skoczył, to ktoś z ekipy nalał mu takiego solidnego kielicha, żeby się nie zaziębił. Pech chciał, że ujęcie nie wyszło za dobrze i trzeba było wszystko raz jeszcze powtarzać. On się po tym wszystkim zresztą rzeczywiście rozchorował".

Po zakończeniu zdjęć plenerowych ekipa zjawiła się w atelier filmowym przy ul. Trębackiej w Warszawie. Właśnie tam miały powstać kameralne sceny, które toczyły się we wnętrzach, a także inscenizowane sceny plenerowe. Reporter „Kina" donosił z planu: „Czarna tablica u wejścia głosi, iż dziś odbywają się zdjęcia do filmu »Zapomniana melodia«. Białe koślawe litery oznajmiają, iż na planie znajdują się dziś Jadzia Andrzejewska, Helena Grossówna, Aleksander Żabczyński, Stanisław Sielański, Antoni Fertner. Nieźle – pomyślałem i przyciskając czule do piersi aparat fotograficzny, wkroczyłem na halę. Było aż biało od jupiterów oblewających mlecznymi promieniami jakiś gabinet. Za stołem trząsł się z oburzenia Fertner (wytłumaczono mi, że wszystko jest w porządku i tego wymaga scenariusz). Blady i zmieszany Sielański tłumaczył się bezładnie, mówił o jakiejś konkurencji, która »nie śpi« i że »trzeba koniecznie chować do safesu«. Pani Grossówna, która czekała swojej kolejki, kazała mi się tym wszystkim nie przejmować i podała mi trochę szczegółów o filmie »Zapomniana melodia«. Otóż ma to być romans muzyczny o temacie, nad którego wypracowaniem biedziło aż trzech scenarzystów: Starski, Sądek i Fethke. Ten ostatni jest nawet współreżyserem filmu i właśnie słucham, jak razem z drugą »reżyserską połową«, czyli Konradem Tomem, udziela ostatnich instrukcji Żabczyńskiemu. Przemiłemu »Żabie« należy poświęcić więcej miejsca. Otóż spieszę zapewnić jego wielbicielki, że wygląda znakomicie i po urlopie jeszcze wyprzystojniał, o ile to było w ogóle możliwe. Syt chwały i triumfu na teatralnych deskach, gdzie gra rolę Wilhelma Powella w sztuce »Jean«, z uwagą słucha wyjaśnień Toma i Fethkego. Sielański skończył swą kwestię. Jupitery pod takt gwizdka pogasły jeden za drugim, my zaś zdążyliśmy się chyłkiem wymknąć, unosząc cenną błonę ze zdjęciami do czekającej »pod garażem« taksówki".

Przeboje, które śpiewała cała Polska

Trzon filmu miały stanowić wesołe piosenki. Znalazły się w nim trzy utwory, które powtarzano w różnych momentach akcji. Najbardziej efektowną była skoczna, swingująca przeróbka znanej pieśni „Panie Janie". W filmie wykonała ją Helena Grossówna, otoczona wiankiem ślicznych statystek grających uczennice. „Wszystko działo się w zaaranżowanej w studiu sali lekcyjnej. Zsunęłyśmy ławki i zaczęłyśmy na nich tańczyć – wspomina pani Stasia. – To było kręcone z biegu. Nie było żadnych prób ani nawet ćwiczenia kroków. Miałyśmy wykonać coś w rodzaju stepowania. Byłyśmy zawodowymi tancerkami, więc miałyśmy odpowiednie przygotowanie. Wyszło nam to bardzo dobrze i nie trzeba było kręcić tej sceny ponownie. Potem zrobiono nam jeszcze kilka ujęć i zbliżeń, gdy siedziałyśmy w ławkach. Ja siedziałam z samego brzegu. Byłam uczesana tak do góry, bez przedziałka".

Nie było przesady w późniejszych sloganach reklamowych, krzyczących w gazetach, że „będziemy mieli możność wysłuchania najnowszych i najmelodyjniejszych przebojów muzyczno-tanecznych Warsa, które wkrótce zaśpiewa cała Polska". Filmowe piosenki spodobały się publiczności tak bardzo, że zaraz po premierze nagrano je ponownie na płytach. Wytwórnia Syrena-Record wypuściła nagrania tych utworów w wykonaniu popularnego pieśniarza Adama Astona przy akompaniamencie orkiestry Henryka Warsa. Konkurencyjne wydania były śpiewane przez Alberta Harissa na zlecenie wytwórni Odeon, a akompaniowała mu orkiestra Jerzego Gerta. Wyjątkową ciekawostką były jednak piosenki „Już nie zapomnisz mnie" i „Ach, jak przyjemnie", zaśpiewane przez najpopularniejszego przedwojennego piosenkarza Mieczysława Fogga. W jego wykonaniu nie byłoby może niczego niezwykłego, gdyby nie miejsce nagrania. Fogg 8 października 1938 r. wyjechał na tournée po Stanach Zjednoczonych i to właśnie tam na początku 1939 r. nagrał obie piosenki dla znanej wytwórni Victor.

Zdjęcia do filmu ukończono na początku listopada 1938 r. Gdy na planie zapadł finalny klaps, a ostatni aktor zamknął za sobą drzwi garderoby, do atelier przy ul. Trębackiej wszedł mały chłopiec zafascynowany filmowym światem. Był to znany dziś akompaniator Zbigniew Rymarz. „Tam znajdowało się studio filmowe Falanga, z tym, że to była tzw. mała Falanga, a duże studio filmowe było na Wolskiej. Dzięki sympatii mojego starszego brata ciotecznego, która musiała w tym studiu widocznie pracować, miałem szansę obejrzenia hali w momencie, gdy akurat rozbierano dekoracje do »Zapomnianej melodii«".

Sukces kasowy i krytyczne recenzje

Film miał premierę 25 listopada 1938 r. w warszawskim kinie Pan przy Nowym Świecie 40. Polskie premiery w niczym nie przypominały tych hollywoodzkich. Czasem na projekcjach pojawiali się aktorzy. Tak było właśnie w przypadku „Zapomnianej melodii". Oprócz znanych z filmowego świata twarzy na widowni zasiadły wtedy także liczne statystki, które były ciekawe swojego ekranowego debiutu. „Wyglądało to bardzo uroczyście – wspomina pani Stasia. – Tamtego wieczoru dostałam nawet propozycję udziału w kolejnym filmie. Pan, od którego zależało angażowanie, zaproponował, żebym przyszła do niego na kolację w celu ustalenia szczegółów. Od razu było jednak wiadomo, że o co innego chodzi. Na kolację więc nie poszłam i nigdy już w żadnym filmie nie wystąpiłam".

Chwilę po premierze jedno było pewne – film będzie sukcesem. Już niebawem „Wiadomości Filmowe" donosiły: „Codziennie nadkomplety w kinie. Niebywały od lat ogromny sukces artystyczny i kasowy zdobył w triumfalnym pochodzie po całej Polsce, od pierwszej chwili zjawienia się na ekranach, prześliczny, ujmujący, słoneczny, wesoły filmowy hymn radości życia »Zapomniana melodia«, wspaniały debiut wytwórni Omnia-Film". Styl tego tekstu wskazuje, że był on z pewnością reklamą, ale fakt, że podczas każdego pokazu widownia rzeczywiście była pełna, daje pewność, że nie był to tylko pusty slogan.

Dużo gorzej obeszła się z „Zapomnianą melodią" prasa literacka i fachowa, pełna kąśliwych uwag recenzentów. Film, chociaż przyjemny, powtarzał bowiem całą serię starych grzechów. „Błahostki, amoralizmy, exhibicje niższości ludzkiej, niesłychanie niski poziom osób działających, lichy klimat każdego scenariusza, pomieszanie szkoły z dancingiem zawsze charakteryzuje filmy realizowane w Polsce. Poza tym ma ta komedia niektóre momenty naprawdę zabawne i dowcipne. Uderza jeden fakt, że muzyka w filmie postawiona jest najczęściej na poziomie rewiowym, rzadko koncertowym" – pisała Anna Zahorska w tygodniku literackim „Kultura". Recenzentka „Bluszczu" o pseudonimie Stef. H. zwracała natomiast uwagę na inną ważną rzecz – ślepe naśladownictwo. „To, co irytuje nadprogramowo kulturalnego widza, to kłamliwe pozory, wynikające z przenoszenia na nasz grunt szczegółów amerykańskiego stylu życia i zwyczaju (pałacowy hall w willi przemysłowca, whiskey przy jego biurku itp.) przy jednoczesnym kompletnym zaniedbaniu istotnej charakterystyki danego środowiska. Tak więc ludzie i środowisko są nieprawdziwego zdarzenia i w ogóle nie wiadomo, gdzie ich umiejscowić. Typy uczennic zupełnie niezróżnicowane (jak inaczej wygląda to w zagranicznych filmach młodzieżowych!), przypominają raczej zespół girlsów, czym są istotnie. Szkoła, w której dziewczęta uczą się tylko śpiewać, gotować i wiosłować, jest też jedynie rekwizytem, dekoracją bez żadnego znaczenia. Główny filar akcji – fabrykant mydła – jest idiotą, a jego sekretarz półgłówkiem, co obaj wykonawcy (Fertner i Sielański) z lubością podkreślają. W sumie »Zapomniana melodia« to najwyżej farsa z kilkoma miłymi piosenkami i nie należy się łudzić, że jest to wzór dla polskiej komedii muzycznej". Jedynie magazyn „Kino" wysoko ocenił pierwszą produkcję Omnia-Film. Zaznaczyć jednak należy, że było to czasopismo żyjące z kontaktów z polskim światem filmowym, toteż zamieszczane w nim recenzje zawsze były bardzo wyważone i oszczędne w krytyce. Na łamach tygodnika pisano: „Nad podziw zgrabnie i przyjemnie wypadła ta komedia i – co najważniejsze – więcej w niej jest humoru niż śmieszności, co wyróżnia ją ogromnie od ogółu filmowych komedii polskich. Pomysł ukrycia w piosence przepisu na fabrykację mydła nie jest wprawdzie całkowicie oryginalny, ale ponieważ dostarcza wiele możliwości rozwiązania go, więc przyjmujemy go chętnie. Film ma dużo ładnych plenerów, nareszcie dużo powietrza – przeprowadzony jest lekko i zagrany z wdziękiem. (...) Reżyseria na ogół dobra i niepozbawiona smaku, ale chwilami jeszcze nieco niezaradna i naiwna".

Pomimo przytoczonych powyżej mało pochlebnych recenzji film okazał się kasowym sukcesem i wkrótce kolejne kopie wysłano do firm dystrybucyjnych na terenie całej Polski. Wytwórnia zarobiła w stolicy na „Zapomnianej melodii" dostatecznie dużo, by wspomóc jej dalszą promocję w dość niecodzienny sposób. „Helena Grossówna otrzymała propozycję (...), aby występowała osobiście »obok« każdej premiery filmu w większych miastach Polski. Jak słychać, Grossówna zdecydowała się przyjąć tę niecodzienną bądź co bądź ofertę" – donosił magazyn „Kino".

Po zakończeniu zdjęć do debiutanckiego obrazu Omnia-Film zniknęła z filmowego świata wzorem podobnych spółek. Zostali jednak ludzie – współtwórcy jej sukcesu. Przekształcili wytwórnię w nowe przedsiębiorstwo Tempo-Film i w niezmienionym niemal składzie przystąpili do pracy nad kolejną produkcją, tym razem melodramatem pod tytułem „Przez łzy do szczęścia", którego realizację przerwał wybuch wojny. Obraz udało się mimo wszystko ukończyć i wprowadzić na ekrany kin już w czasie okupacji niemieckiej.

Powojenne losy

Okres powojenny był bardzo trudnym czasem dla polskich filmowców i aktorów. Wielu z nich już nigdy nie wróciło do zawodu. Nigdy w filmie nie pojawiła się również śliczna statystka z „Zapomnianej melodii" – pani Stanisława Sobiech. „Po powstaniu warszawskim przyjechaliśmy z mężem do Gdańska, żeby odetchnąć. Spotkaliśmy tutaj wielu naszych znajomych, którzy namówili nas, abyśmy się przenieśli. Zaryzykowaliśmy, chociaż mieliśmy już kupiony plac pod Warszawą pod budowę domku letniskowego i eleganckie mieszkanie na Nowogrodzkiej. Jak tylko tu przyjechałam, zaczęłam pracę w Grand Hotelu. Tam były jednak nocne dyżury. Któregoś razu dyrektor tutejszego CPN-u, który był naszym przyjacielem jeszcze z Warszawy, zachęcił mnie, żebym się do niego przeniosła. Dałam się namówić i pracowałam tam jako instruktor ds. ubezpieczeń. Oczywiście musiałam się trochę douczyć, bo sama matura niewiele już wtedy znaczyła. Tak dotrwałam tam do emerytury".

A co się działo z „Zapomnianą melodią"? Po premierze na zeroekranie jej kopie trafiały do wielu mniejszych kin w całej Polsce. W czasie niemieckiej okupacji obraz uzyskał szczęśliwie zgodę na wyświetlanie. W krakowskim kinie Atlantic pokazano go już na początku wojny – 9 października 1939 r. Tuż po wycofaniu się Niemców z Polski w wielu kinach z powodu braku jakichkolwiek nowych produkcji wyświetlano ocalałe kopie eksploatacyjne przedwojennych polskich filmów. I tak na przykład „Zapomnianą melodię" przypomniano w gdańskim kinie Bajka w lutym 1947 r. Lata 50. były natomiast okresem wymazywania tej produkcji z pamięci społeczeństwa. O przedwojennych filmach pisano wtedy, że należałoby je wszystkie spalić, bo nie przedstawiają żadnej wartości. Nigdy jednak do tego nie dopuszczono. Dwie ocalałe kopie oraz zwiastun filmowy trafiły do powstałego w 1955 r. Centralnego Archiwum Filmowego. Obecnie stanowią cenną część zbiorów Filmoteki Narodowej – Instytutu Audiowizualnego (FINA), gdzie oczekują na digitalizację i restaurację cyfrową. Dzięki tym zabiegom film będzie mógł ponownie cieszyć rzesze publiczności lekkością dowcipu i melodyjnością piosenek.

"Rzeczpospolita"