Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Niegrzeczna marka z misją

Aneta Wawrzyńczak 11-11-2017, ostatnia aktualizacja 11-11-2017 10:23

„Jesteśmy stąd. Nie chcemy się wyrzec tradycji. Nie boimy się brać spraw w swoje ręce. Wierzymy w prywatną inicjatywę i ciężką pracę" – można przeczytać w manifeście Red is Bad. Niewiele spółek ma swój manifest.

autor: Filip Kowalkowski
źródło: Polska Press/East News
Paweł Szopa, współzałożyciel firmy, deklaruje, że ani muzułmanina w kefiji, ani pary panów trzymających się za rękę, ani sikha w turbanie nie wygoni ze sklepu.
autor: Jerzy Dudek
źródło: Rzeczpospolita
Paweł Szopa, współzałożyciel firmy, deklaruje, że ani muzułmanina w kefiji, ani pary panów trzymających się za rękę, ani sikha w turbanie nie wygoni ze sklepu.

Od Pawła Kukiza po prezydenta Andrzeja Dudę – politycy i celebryci, by podkreślić swój patriotyzm, noszą ubrania z logo Red is Bad. W ciągu zaledwie pięciu lat firma założona przez Pawła Szopę i Jakuba Iwańskiego stała się modowym fenomenem. Fenomenem, który starają się opisać media i socjologowie.

„Gość Niedzielny": „Młodzi ludzie nie kryją, że noszenie patriotycznych ciuchów jest z ich strony formą manifestacji poglądów, wręcz swoistym wyznaniem wiary".

On Interia: „Rośnie zainteresowanie odzieżą z symboliką patriotyczną. Noszą ją ludzie na ulicach, biegacze w parkach czy celebryci. To już nie jest chwilowa moda".

„Polska The Times Plus": „Jedni mówią przy tej okazji o renesansie patriotyzmu, inni o modzie bardzo powierzchownej, bo istotą patriotyzmu jest wnętrze człowieka".

Polonia Christiana: „Przez całe wakacje z lewicowych redakcji wydobywał się dźwięk gorzkiego jęku zawodu. Polacy mają czelność nosić się w odzieży patriotycznej! Lewica utraciła swój dotychczasowy oręż, przestrzeń w której nie miała sobie równych – młodzieżową modę".

– Ubiór informuje o rytuale, w którym człowiek bierze udział, a także jego przynależności grupowej. Jednocześnie pod koniec XX w., a zwłaszcza na początku XXI w. pojawia się nowy element: ubiór silnie wyraża tożsamość człowieka, a odzież patriotyczna jest przejawem tej tendencji. W Polsce tożsamość ta jest mocno podkreślana również przez przywiązanie do ojczyzny, czyli do jednego z wymiarów patriotyzmu – mówi „Plusowi Minusowi" dr hab. Piotr Wróblewski, socjolog kultury z Uniwersytetu Śląskiego.

Jego zdaniem nie jest to moda, która przeminie za sezon czy dwa. Jej korzeni można szukać kilka dekad wcześniej. – W stanie wojennym popularność zdobyło noszenie wpiętych w marynarkę czy sweter oporników albo symboli powstania styczniowego, które podkreślały sprzeciw wobec ówczesnej władzy. Zjawisko częstego nawiązywania do przeszłości określa się w socjologii mianem eksplozji pamięci. I chociaż możemy mówić o narastaniu i opadaniu fali patriotyzmu, mogą pojawiać się inne formy estetyczne, które Polacy będą wykorzystywali, by podkreślić swoją narodową tożsamość, tendencja noszenia odzieży patriotycznej utrzyma się jeszcze przez kilka dekad – podkreśla Wróblewski.

Potępić komunizm

Niewielki sklep na warszawskiej Pradze, czarne ściany, z głośników płynie muzyka popularnej stacji radiowej. Przy kasie gablota z książkami oraz gadżetami: paskami, portfelami, naklejkami, przypinkami, tuż obok wieszak z kilkoma koszulkami dla dzieci w wieku powyżej trzech lat i pajacykami dla niemowląt. Pośrodku drewniana ława z czapkami i innymi akcesoriami. Na wieszakach, jedna przy drugiej, koszulki męskie, zwykłe, to znaczy w stonowanych kolorach, z dyskretnymi nadrukami. Obok bluzy (z kapturem albo bez) i spodnie, też męskie. Dalej kolekcja damska, kilkanaście wzorów T-shirtów, kilka bluz, swetrów i sukienek, wreszcie – tegoroczna nowość i hit sezonu, czyli kombinezony.

Po sąsiedzku znów koszulki męskie, już bardziej niezwykłe, z kolekcją tak zwanych sublimacji, czyli dużych, bijących po oczach, dynamicznych nadruków. Przejrzeć je to jakby przekartkować 22 strony (tyle jest obecnie wersji) podręcznika do nauki historii Polski: bitwa pod Cedynią, bitwa pod Grunwaldem, hołd pruski, powstanie listopadowe, powstanie styczniowe, powstanie warszawskie.

Red is Bad, jeden z pierwszych i najbardziej znanych producentów odzieży patriotycznej w Polsce, sklepy stacjonarne ma jeszcze dwa: w centrum Warszawy, przy Chmielnej, i w samym sercu Krakowa, przy Szewskiej. Dla wszystkich, dla których to zbyt daleko, uruchomiono sklep internetowy. Zamówienia spływają z całej Polski i z zagranicy, głównie z Niemiec, Anglii, Francji i Japonii. Kupują nie tylko zamieszkali tam rodacy. Na przykład Japończycy szczególnie upodobali sobie motyw husarii. Sklep online stanowi tylko część strony internetowej. Można na niej przeczytać newsy na blogu, biogramy podopiecznych fundacji, listy z podziękowaniami za pomoc w akcjach społecznych oraz manifest, od którego prawie wszystko się zaczęło. Prawie, bo wcześniej był jeszcze fanpage na Facebooku, obecnie z ponad ćwierć miliona lajków.

Manifest zaczyna się tak: „RED IS BAD to marka dla ludzi ceniących wolność i dumnych z polskiej historii. Przypominamy zapomnianych bohaterów oraz niepodległościowe zrywy naszych przodków. Jesteśmy stąd. Nie chcemy wyrzec się tradycji. Nie boimy się brać spraw w swoje ręce. Wierzymy w prywatną inicjatywę i ciężką pracę. Najwyższa jakość i polska produkcja to dla nas sprawa kluczowa".

Samo słowo „manifest" brzmi dumnie. Paweł Szopa, który wraz z Jakubem Iwańskim założył w 2012 r. Red is Bad, sam przyznaje: – Zastanawialiśmy się, czy „manifest" nie jest na wyrost. Uznaliśmy, że zrobimy to przekornie, bo słowo to przylgnęło do komunizmu. A że Red is Bad jest dla nas także platformą wyrażania nas samych i naszych poglądów, stąd i manifest, i nazwa potępiająca komunizm, który nie został nigdy za swoje zbrodnie rozliczony.

Przekora to w zasadzie słowo klucz, do zrozumienia historii firmy. Paweł Szopa: – Gdy w Polsce było organizowane referendum akcesyjne, mieliśmy z Kubą po 17 lat, byliśmy w trzeciej klasie liceum. 95 proc. osób wokół nas było za przystąpieniem do Unii Europejskiej, a my nie. Od początku byliśmy bardzo sceptycznie nastawieni, nie wierzyliśmy w tę propagandę, że Polska dzięki Unii stanie się krajem mlekiem i miodem płynącym. Nigdy nie dostaje się niczego za darmo, zawsze jest coś za coś. Nie twierdzę, że wszystko, co się wydarzyło po wejściu do Unii, to była masakra, że Polska upadła. Ale musimy pamiętać, jaki ponieśliśmy koszt, ile gałęzi przemysłu zostało zniszczonych.

Pomiędzy kontrą z 2003 roku, kiedy Polacy decydowali o wstąpieniu do Unii, a tą z 2012 r., kiedy rodziło się Red is Bad, było normalne wkraczanie w dorosłość. Po maturze drogi Pawła i Kuby się rozeszły. Pierwszy poszedł na prawo – to znaczy na studia prawnicze, bo poglądy prawicowe miał od dziecka, zbudowane na opowieściach babci o Cudzie nad Wisłą i dziadku walczącym (i poległym) w powstaniu warszawskim. Drugi wybrał Akademię Sztuk Pięknych, ze specjalizacją z projektowania maszyn przemysłowych. Parę lat później połączyły ich media społecznościowe.

W wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej" Kuba Iwański wyjaśniał: „Paweł wrzucał na tablicę patriotyczne i mocno konserwatywne treści, bliskie mojemu światopoglądowi. Napisałem do niego, wymieniliśmy się telefonami i potem wszystko potoczyło się błyskawicznie". Błyskawiczne było spotkanie, błyskawiczny był i pomysł: stworzą fanpage, na którym będą publikować „grafiki patriotyczno-historyczne oraz wolnorynkowe i piętnujące absurdy obecnego ustroju". – Fanpage miał za zadanie komentować rzeczywistość, w której żyliśmy, kwestie polityczne, kulturowe, społeczne, historyczne, gospodarcze. Powstał na kanwie zdenerwowania sytuacją, która w Polsce panowała, szkalowania naszej historii, pisania jej od nowa. Przykład? Jedna gazeta nazwała powstańców styczniowych terrorystami. Do takich absurdów dochodziło w tym kraju. A że każda akcja budzi reakcję, to naszą było Red is Bad, znowu w kontrze – podkreśla Paweł Szopa.

Na pomoc Wyklętym

W ciągu roku zdobyli 15 tysięcy fanów, do skrzynek e-mailowych wpadały prośby od fanów: „zróbcie koszulki z waszymi grafikami!". – Nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia. Ale podjęliśmy ryzyko – wspomina Paweł. Z duszą na ramieniu i całymi oszczędnościami Pawła w kopercie (6 tysięcy złotych) pojechali rozklekotanym fiatem pandą do Aleksandrowa Łódzkiego. Kierowniczce produkcji w fabryce dziewiarskiej, z którą zdołali się umówić, swoją koncepcję wyłuszczali na stojąco, na podwórku. Ona sama doskonale pamięta dwóch chłopaków ze wzniosłymi hasłami na ustach (w planie: także na koszulkach). – Byli trochę zmartwieni, że nie mają budżetu na minimalne zamówienie. W trakcie rozmowy podkreślali, że zależy im na przypominaniu zasług Żołnierzy Wyklętych i produkcji wyrobów najwyższej jakości. Po kilku godzinach rozmowy przekonali właściciela firmy konfekcyjnej do współpracy oraz do obniżenia wymogów w pierwszym zamówieniu. Rzadko kiedy spotyka się młodych ludzi, którzy tak bardzo wierzą w swój pomysł i z pełnym zaangażowaniem realizują go dzień po dniu. Pierwszy rok współpracy z naszą firmą to niekończące się rozmowy z technologiem pod hasłem: czy można jeszcze lepiej – mówi kierowniczka.

Paweł dodaje, że szycie w rodzimych małych manufakturach, wyłącznie z materiałów produkowanych w Polsce, to był warunek sine qua non ich biznesu. – Produkcja w Chinach albo Turcji nie wchodziła w grę, ze względu na jakość oraz patriotyzm gospodarczy. Jako naród jesteśmy wyjątkowo elastyczni i pomysłowi, tylko w języku polskim istnieje słowo „kombinować". Na początku wszyscy mówili, że nie da się wszystkiego zrobić w Polsce. A w szwalni okazywało się, że jak się pokombinuje, spróbuje inaczej, to jesteśmy w stanie zrobić dosłownie wszystko – mówi Szopa. Kierowniczka: – Paweł konsekwentnie pilnował, by wszystkie półprodukty, czyli surowiec, wszywki, przywieszki, były w najwyższej jakości. A firma dbała o jak najwyższą jakość wykonania. Jak dotąd współpraca jest korzystna dla obu stron.

Pierwsza partia rozeszła się w kilkanaście tygodni, trzeba było zamówić kolejną, zrobić nowe projekty. W ciągu pięciu lat mały pokój Pawła, który początkowo robił za magazyn dla kilkuset koszulek, zamienili na olbrzymi magazyn, w którym piętrzą się dziś tysiące T-shirtów, bluz, spodni, sukienek i niemowlęcych body. – Gdy pojawił pomysł, by zrobić to na większą skalę i założyć firmę, ustaliliśmy: to będzie coś więcej niż tylko marka odzieżowa – mówi Paweł.

To „coś więcej" reprezentuje ponad 20 dyplomów i podziękowań, które można znaleźć na stronie internetowej. Od dyrektora Liceum Ogólnokształcącego im. Marii Skłodowskiej-Curie w Skawinie oraz całej społeczności liceum „za przekazanie nagród na konkurs Niezłomni-Wyklęci. Bohaterowie antykomunistycznego podziemia". Od ambasador domów dziecka Moniki Ślubowskiej „za bezinteresowną pomoc na rzecz podopiecznych". Od Koła Misyjnego Sulechów „za pomoc i hojność w przygotowaniu akcji charytatywnej wspierającej podopiecznych w Tanzanii". – Wraz ze stowarzyszeniem Młodzi dla Polski byliśmy inicjatorami budowy pomnika rotmistrza Pileckiego w Warszawie, uczestniczyliśmy też w stworzeniu „Prawdziwej księgi zasług Wojciecha Jaruzelskiego" – opowiada Paweł.

Jest wreszcie Fundacja Red is Bad, która ma obecnie pod opieką pięciu Żołnierzy Wyklętych: wypłaca im emerytury, opłaca opiekunki i pobyty w sanatoriach. Paweł tak wspomina początki: – Kiedyś przyjechał do nas nauczyciel historii z liceum pod Poznaniem i opowiedział o kombatancie, którym się opiekują, a który jest w ciężkiej sytuacji. Pojechałem do niego, pan major był obwieszony medalami, pokazywał mi listy z podziękowaniami i gratulacyjne od dygnitarzy, a w lodówce miał tylko maślankę. Nie prosił o pomoc, to jest stara szkoła II Rzeczypospolitej, ci ludzie mają swoją godność.

Oprócz pomocy materialnej Red is Bad gromadzi też wspomnienia Wyklętych. – Mamy świadomość, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może z tymi ludźmi porozmawiać. Zbieramy materiały, żeby przyszłe pokolenia miały po nich jakiś ślad – mówi Paweł. W kolejce na wsparcie fundacji czeka 15 następnych Wyklętych, brakuje jednak pieniędzy, bo w 90 proc. donatorem fundacji jest marka Red is Bad. Paweł: – Muszę zakładać, że przyjdzie miesiąc, gdy nie wpłynie żaden datek na fundację i będę musiał utrzymać tych pięć osób z własnych pieniędzy. Gdybyśmy mieli stałe wpływy od donatorów, moglibyśmy tę pomoc rozszerzyć.

Robimy swoje

O Red is Bad zrobiło się głośno w listopadzie 2015 roku, gdy Andrzej Duda poleciał do Chin w koszulce polo tej firmy. Bardzo dyskretnej, ale i wymownej, z kieszonką „celowo rozdartą na wysokości serca, dla wzmocnienia efektu wizualnego i symbolicznego" (opis ze strony internetowej sklepu). Twitter zareagował, jak zwykle, skrajnymi emocjami, od „Prezydent na luzie, a z klasą. RED IS BAD na topie" („Do Rzeczy") czy „Małe gesty, a jak cieszą!" (Krzysztof Bosak) po „Prezydent w drodze do komunistycznych Chin w Red is bad. A w programie podpisanie umowy z przedstawicielami państwa red" (Tomasz Kalita) czy „Pięknie w tej nacjonalistycznej bluzie. Proponuję jeszcze kominiarkę i kostkę brukową w łapę" (Jarosław Maliszewski). – Wiele środowisk prawicowych zawsze było bastionem i trzonem kultywowania wartości, które my prezentujemy. W naszych produktach chodzą wszyscy ci, którym prezentowane przez nas wartości są bliskie. Oprócz prezydenta całą kampanię przechodził w naszych koszulkach Paweł Kukiz i politycy związani z partią Wolność – podkreśla.

Jego zdaniem „patriotyzm nie jest poglądem politycznym, tylko postawą życiową". – Robimy swoje, zmiana rządu nic w nas ani w firmie nie zmieniła, mamy swoje wartości, których się trzymamy, jesteśmy apolityczni. Wiele osób próbuje nas zaszufladkować i włożyć nam jakikolwiek polityczny sztandar w ręce, ponieważ ludzie mają potrzebę identyfikowania czegoś z czymś. Nie mamy na to żadnego wpływu. Idziemy swoją drogą, a że przy okazji wbijamy kij w mrowisko? Ta marka nie jest i nigdy nie miała być grzeczna.

Kij udało się wbić jeszcze parę razy. Ostatnio wiosną br., kiedy na rynek weszła kolekcja Goodbye Mr. Marx, szeroko komentowana jako co najmniej kontrowersyjna. – Chcieliśmy rozprawić się z marksizmem kulturowym, więc zrobiliśmy kolekcję w stosunku do niego prześmiewczą – mówi Paweł. Lawinę krytycznych komentarzy mieli wkalkulowaną w koszty. – Zrobił się wielki hejt, że przekłamujemy historię, że jesteśmy idiotami, że Marks to był wielki filozof. Byliśmy przygotowani na dyskusję, mieliśmy gotowe argumenty, by wyjaśnić kwestie, o których ludzie nie wiedzieli, choćby że Marks to był nierób, całe życie na utrzymaniu swojego kumpla Engelsa, i że wprost wzywał do ludobójstwa narodów, które nie poddadzą się rewolucji komunistycznej. I wiesz, co się okazało? Że wiele osób, które zaatakowały tę kolekcję, po przytoczeniu konkretnych argumentów w postaci cytatów z konkretnym odnośnikiem, stroną i książką, nagle stwierdzało, że nie wiedzieli, że on głosił takie poglądy – i że nie chcą się z nim utożsamiać.

Głośno było też parę tygodni później, gdy 2 maja na rynek weszła limitowana edycja wody mineralnej Staropolanka, która wzbudziła skrajne deklaracje: od „Będę kupował!" po „I choćbym miał umrzeć z pragnienia, to Staropolanki do ust nie wezmę". Butelki wody miały etykiety inspirowane polską flagą.

Za współpracę z Red is Bad producentom tej drugiej mocno się oberwało także od niektórych ekspertów. – To właściciel marki Staropolanka zgłosił się do nas i jest bardzo z tej współpracy zadowolony. Analizy ekspertów? Mnie to śmieszy, wypowiadają się na ten temat ludzie, których jedynym osiągnięciem jest to, że pracują w dużej agencji. Zazdrość? Też. I niemoc. Bo pierwszy raz pojawiła się na rynku firma prezentująca wartości, które są im kompletnie obce, na które reagują jak diabeł na święconą wodę – uważa Szopa.

Firma odcina się od nadużywania symboli na niektórych przedmiotach. Skrajnym przykładem są kije baseballowe z motywem husarii, małego powstańca czy kotwicą Polski Walczącej, które latem ub.r. wypuściła na rynek firma sprzątająca. – Przychodzili do nas dziennikarze i pytali, jak to skomentuję. No jak? Idioci i ludzie zasługujący na potępienie zarówno zawodowe, jak i moralne. Sęk w tym, że sporo osób spoza środowiska wyczuło w tym biznes i to jest jedyne, czym się kierują, robiąc takie produkty. Pojawiło się kilkanaście marek, teraz jest ich już pewnie kilkadziesiąt, niektóre z nich wypuszczają na rynek produkty, których my nigdy nie zrobimy.

– Pościel i bielizna – wymienia Łukasz Szczubidło, dyrektor artystyczny. – Takie produkty nigdy nie pojawią się w naszym asortymencie. Każdy symbol musi mieć godne miejsce, kotwica Polski Walczącej na przykład zawsze pojawia się u nas na piersi – wyjaśnia.

Red is Bad nie dyskryminuje klientów. Paweł Szopa deklaruje, że ani muzułmanina w kefiji, ani pary panów trzymających się za rękę, ani sikha w turbanie nie wygoni ze sklepu. – Zwłaszcza w Krakowie mamy klientów z całego świata. Jeśli ktoś jest porządnym, normalnym człowiekiem – obojętne, czy muzułmaninem, chrześcijaninem, buddystą czy ateistą – niech kupuje nasze koszulki i niech mu się dobrze noszą – mówi. I podkreśla, że nie ma wpływu na to, co ktoś robi w koszulce ich marki.

Praca u podstaw

Większość klientów Red is Bad, ok. 75 proc to mężczyźni. Demograficznie trudno cokolwiek więcej powiedzieć, według danych z Facebooka statystyczny fan marki to rówieśnik jej założycieli, a więc około trzydziestki, choć kupują też młodsi i przedstawiciele pokolenia 60+. – Ale jeśli napiszesz, że kupują u nas młodzi, to ci tej wypowiedzi nie zautoryzuję – śmieje się Paweł Szopa. – Często jestem na sklepie i widzę wielu klientów w wieku naszych rodziców – dodaje. Trudno też znaleźć korelację między wiekiem klienta a rodzajem kupowanego asortymentu. – Można by powiedzieć, że osoby starsze częściej wybierają wzory dyskretne, a młodzi celują raczej we wzory bardziej okazałe – podkreśla Łukasz Szczubidło.

Paweł Szopa wspomina jednego z młodszych klientów. – Przed 1 sierpnia, jak co roku, mieliśmy zwiększony ruch w sklepie. Wśród klientów był mniej więcej ośmioletni chłopiec, strasznie rozentuzjazmowany oglądał wszystko, nagle dostrzegł koszulkę z mjr. Hieronimem Dekutowskim, wziął ją w ręce i zaczął wołać: „Mamo, mamo, zobacz, Zapora!". To nie jest jeszcze postać tak znana jak na przykład rotmistrz Pilecki, więc podpytałem go, czy wie, kim był Zapora. A on mi zaczął opowiadać, że to był cichociemny, że był pierwszym komandosem, protoplastą GROM-u czy FORMOZ-y i że on też kiedyś chciałby być taki jak on – opowiada. – O tym właśnie pisał Żeromski w „Syzyfowych pracach": o pracy u podstaw. My staramy się właśnie to robić tak, jak potrafimy i możemy: robimy koszulki i edukujemy ludzi. Tylko tyle. I aż tyle.

"Rzeczpospolita"