Pocztówki z Barcelony
Świecące nad Hiszpanią słońce nie jest tym samym, które znamy z innych szerokości geograficznych. Zupełnie jakby mieszkańcy tego kraju mieli je dla siebie na wyłączność. Jest większe, jaśniejsze, a jego ruch po niebie jakby spowolniony. Pośpiech to na Półwyspie Iberyjskim zjawisko zupełnie obce i słońce zdaje się doskonale o tym wiedzieć. Zajść zdąży zawsze, dlaczego więc nie miałoby jeszcze na kilka leniwych godzin opóźnić swój spoczynek?
1.
Na razie jednak świeci wysoko na niebie. Jest styczeń, godziny południowe, a my siedzimy na nagrzanym tarasie na wysokości szóstego lub siódmego piętra w jednej z północnych dzielnic Barcelony. Z dołu dochodzą przytłumione dźwięki ulicy. Mimo sennej atmosfery sobotniego południa, miasto żyje swoim życiem. Jego przejawami są najczęściej hałasujące silniki skuterów i stukające o chodnik obcasy. To jednak wszystko odgłosy ciche, niczym komórka z wyciszonym dzwonkiem, wibrująca jedynie na blacie biurka, lub muzyka sącząca się ze słuchawek sąsiada w wagonie metra.
Jest ciepło, podobno cieplej niż zwykle o tej porze roku. Wielki termometr wiszący na ścianie jednej z kamienic w centrum miasta poprzedniego wieczora wskazywał 16 stopni, teraz temperatura musi więc dochodzić nawet do 20. Pijemy poranną kawę z lodem i rozmawiamy o pierwszych wrażeniach z Barcelony.
– „Katalonia to nie Hiszpania” – tak, to jedna z pierwszych rzeczy, jakie tu słyszysz. Ludzie lubią o tym przypominać – zauważa Marina, Argentynka, która przyjechała do Barcelony do swojego chłopaka. Mówi powoli, ważąc słowa, co chwila spogląda na zastawiony śniadaniem stół. Bynajmniej nie z powodu problemów z angielskim, po prostu nigdzie jej się nie spieszy.
– Katalończycy mają problem ze swoją przynależnością terytorialną do Hiszpanii. Nie chcą pełnej niepodległości, a jedynie postępującej niezależności. Kiedy przebywa się z nimi trochę dłużej, człowiek zaczyna rozumieć ich punkt widzenia – dodaje, a z jej słów bije ogromna sympatia dla tego miasta. – Są przekonani, że zarobione przez nich pieniądze szerokim strumieniem płyną do biedniejszych regionów Hiszpanii, co nie jest dalekie od prawdy. Wierzą, że Katalonia byłaby jeszcze bogatsza i nowocześniejsza, gdyby pracowała tylko na siebie – tłumaczy.
Relację Mariny znajduje swoje odzwierciedlenie w słowach hymnu katalońskiego sprzed ponad stu lat: „Zwycięska Katalonia / Znów będzie bogata i szczęśliwa / Wyprzyjmy tylko owych ludzi / Tak butnych i pysznych”.
Dziewczyna mówi, że Katalończycy lubią podkreślać swoją odrębność nie tylko za pomocą mocnych stwierdzeń o „butnych i pysznych” intruzach czy graffiti na bramach Camp Nou, a także – a raczej przede wszystkim – przy użyciu języka katalońskiego. Opowiada o reklamach wiszących na stacjach metra, informujących – po angielsku, niemiecku, francusku, włosku i rosyjsku – o darmowych lekcjach podstaw katalońskiego. A ten znacznie różni się od hiszpańskiego. Dla kogoś, kto nie mówi w żadnym z tych języków, napisy na znakach drogowych czy tablicach mogą wydawać się bardzo podobne, jest to jednak podobieństwo złudne. – W wymowie oba języki są zupełnie różne – tłumaczy Marina. – Przez pierwsze miesiące pobytu było mi momentami bardzo trudno zrozumieć miejscowych. Pracowałam na recepcji w siłowni i często byłam zmuszona prosić klientów, by przechodzili na hiszpański. Nie byli tym zachwyceni i nieraz po przetłumaczeniu mi czegoś, w drugim zdaniu wracali do swojego rodzimego katalońskiego.
Kawa powoli się kończy, grube, popękane kostki lodu lekko stukają o dno pustego kubka. Minęło pół godziny leniwej, niezobowiązującej rozmowy. I tak jak my wstajemy od stołu, tak i słońce przypomina sobie, że ma jeszcze kawał drogi do pokonania. Na dwa kwadranse jakby zamarło, tkwiąc bezczynnie w najwyższym punkcie nieba.
2.
„Més que un club”, „Więcej niż tylko klub” – żółte krzesełka jednej z trybun Camp Nou na tle niebieskich układają się w motto drużyny z dzielnicy Les Corts. To słowa Narcisa De Carrerasa, prezydenta FC Barcelona z końca lat 60. XX wieku. Używane dziś głównie na gadżetach, szalikach i innych pamiątkach sportowych, starają się uświadomić gościom, że kataloński klub to nie tylko znane z telewizyjnych transmisji nazwiska za miliony euro przywdziewające granatowo-bordowe koszulki, ale przede wszystkim duma i wizytówka regionu, tak ceniącego swoją odrębność.
Stoimy nieopodal ławek rezerwowych, na wąskim fragmencie murawy przy linii bocznej. Od boiska odgradzają nas żółte barierki, jakich używa się przy robotach drogowych. Zwiedzamy jeden z najsłynniejszych stadionów na starym kontynencie wraz z kilkuosobowymi grupami Anglików, Szkotów, Niemców, Włochów, Japończyków, Polaków. W uszach dzwoni mieszanka wszystkich języków świata. Każdy z namaszczeniem obserwuje poszczególne sektory trybun, kierując obiektyw aparatu lub kamery co chwila w inną stronę. Mimo, iż pochodzimy z różnych miejsc na kuli ziemskiej, wszyscy czujemy magię tego stadionu. Jeśli futbol jest współczesną religią, to właśnie stoimy na placu Świętego Piotra.
Na co dzień Camp Nou to muzeum, jedna z dziesiątek atrakcji turystycznych Barcelony. Jak Sagrada Familia, Parc Güell i La Rambla z pomnikiem Krzysztofa Kolumba, przywołuje do siebie wielokolorowe morze turystów z różnych zakątków globu, tak jak wyżej wymienione zabytki figuruje w przewodnikach i jest przystankiem na trasie wielu wycieczek. Dopiero w dniu meczu przypomina sobie o swoim najważniejszym powołaniu, zrzuca futro niedźwiedzia z zakopiańskich Krupówek i zamienia się we współczesne koloseum.
Dziś do stolicy Katalonii przyjeżdżają piłkarze z niedalekiego Santander. Jest tuż po godzinie 20, gdy mijamy bramki biletowe i kierujemy się w stronę wejścia o numerze odpowiadającym temu na bilecie. Znajdujemy swoje miejsca na wysokości drugiego piętra trybun. Na godzinę przed pierwszym gwizdkiem sędziego dookoła jest jeszcze pusto. Stadion niewiele różni się od oglądanego w trakcie zwiedzania dzień wcześniej. A jednak dziś nie jesteśmy tu w roli turystów, a kibiców. Tym razem to nie Camp Nou jest celem naszej wizyty, obiektem westchnień i zachwytów, a piłkarze, którzy zapewne w umieszczonej gdzieś pod trybunami szatni dopiero przygotowują się do ligowej potyczki.
Na krzesełkach przed nami rozsiada się grupa około dziesięciu dwudziestoparoletnich dziewczyn. Rozmawiają po angielsku i sądząc po akcencie, pochodzą ze Stanów Zjednoczonych. Wszystkie podobnie ubrane, podobnie uczesane, w rękach trzymają kubki z bezalkoholowym piwem sprzedawanym w stadionowych budkach z gastronomią. Widać, że są tu ze zorganizowaną wycieczką i mecz na Camp Nou, marzenie każdego kibica piłki nożnej, dla wielu nieosiągalne, dla nich jest jedynie kolejnym przystankiem w zwiedzaniu Hiszpanii. Podsłuchana rozmowa dla kogoś, kto choć raz obejrzał mecz w telewizji, może wydawać się śmieszna. Tak jak Europejczyk w Australii z zachwytem ogląda kangury, jak Japończyk swą miniaturową kamerą szczegółowo rejestruje każdy detal mostu Golden Gate w San Francisco, tak one, poznając obcą kulturę, komentują to, co dla nich nowe. Równocześnie starają się dociec, ile trwać będzie jedna połowa dzisiejszego meczu. Zaaferowane dyskusją o planach na dalszą część wieczoru nie zauważają nawet momentu, gdy piłkarze obu drużyn wśród braw i gwizdów coraz większej publiczności wybiegają na rozgrzewkę.
Tymczasem serce kibica bije już znacznie szybciej. Jest na Camp Nou, stadionie, którego murawa tydzień po tygodniu współpracuje z butami największych futbolowego świata.
3.
Zbliża się wieczór. Styczniowe słońce powoli, niechętnie chowa się za wzgórze Montjuïc. Raz po raz migocze jeszcze między liśćmi palm stojących na nabrzeżu Małej Barcelony – Barcelonety. Na drodze promieni – oprócz drzew – stoi też inny las – zacumowanych w marinie jachtów. Wielka, pomarańczowa kula drażni się z setkami masztów i lin, zanim zniknie za poszarpaną sylwetką Wzgórza Żydów. Kończy się krótki, zimowy dzień. Leniwie spacerujemy Passeig de Joan Borbó w poszukiwaniu późnego obiadu. Jesteśmy idealnymi ofiarami dla naganiaczy z nabrzeżnych barów rybnych. A te nie różnią się od siebie – przynajmniej dla osoby je mijającej – niemalże niczym.
– Dzień dobry! – woła wyuczonym na pamięć polskim Arab w średnim wieku, po chwili przechodząc na trochę w jego wykonaniu lepszy angielski: – Może zerkniecie na nasze menu? Nie? A później? Do zobaczenia! – słyszymy za sobą. Tego pracującego na ulicy człowieka mijać, często też całkiem ignorować muszą codziennie tysiące takich jak my turystów, jednak w jego głosie nie ma ani krzty pretensji czy zrezygnowania.
W końcu zachodzimy do jednego z barów nieopodal Muzeum Historii Katalonii. Drzwi lokalu przystrojono podobizną wielkiego homara. Powoli, ospale do naszego stolika zbliża się kelner. Wygląda na sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat, jego biała, wymięta koszula przykryta jest czarną, trochę zbyt krótką i przybrudzoną pojedynczymi plamami tłuszczu kamizelką. Między palcami dłoni trzyma na wpół wypalonego papierosa. Nasza wizyta nie jest mu najwyraźniej na rękę. Jesteśmy intruzami, którzy przerwali jego trochę przedłużającą się sjestę i wcale nie zamierza tego ukrywać. Od niechcenia podaje kartę dań, równocześnie wprost w stronę stolika wydmuchując papierosowy dym. Zdaje się nam mówić, że owszem, może i jesteśmy turystami, chcącymi zostawić w jego przybytku kilka centów, ale to on jest tu gospodarzem, który łaskawie podzieli się z nami specjałami swojej kuchni. A w tej zasada „gość w dom, Bóg w dom” nie obowiązuje. Kelner ów nie pracuje w restauracji, ale jest jej integralną częścią, był nią od zawsze i ta sytuacja ta nie zmieni się także przy okazji naszej kolejnej wizyty w Barcelonie, niezależnie od tego, kiedy się ona nadarzy. Tak, jak częścią jego kuchni są wszystkie ryby, krewetki i kalmary, częścią portu – jachty, a miasta – palmy. My natomiast jesteśmy tylko klatką na długiej kliszy pełnej zdjęć, klatką może nawet niewartą wywołania. Musimy zaakceptować jego zasady.
Ta tylko z pozoru napięta atmosfera nie przeszkadza mu kilka chwil później żartować. Z szelmowskim uśmiechem pokerzysty, który dzięki blefowi wygrał przegraną partię, podaje rachunek, podstawiając mi go pod nos.
– Zjadłeś najwięcej, więc ty płacisz – mówi, kontynuując krótką zbitką katalońskiego. Trochę speszony brakiem zrozumienia odpowiadam jedynym przychodzącym mi w tej chwili do głowy słowem, podejmując grę: – Mañana.
– Mañana? – kelner udaje zdziwienie. – Mañana to ja rachunek wyślę na komisariat – dodaje i po chwili wszyscy śmiejemy się w scenerii śródziemnomorskiego zmierzchu.
4.
Zbliża się godzina 22, gdy Barcelona budzi się do nocnego życia. Wymęczeni całodziennymi spacerami i zwiedzaniem turyści kierują się do knajp i barów przy La Rambli, inni znikają w labiryncie wąskich uliczek dzielnicy Barri Gòtic. Siedzimy na murku okalającym fontannę w samym sercu Plaça Reial. Rozległy, prostokątny bulwar pełen posadzonych równomiernie palm otaczają wysokie na trzy, cztery piętra budynki, wspierające się na masywnych arkadach. To właśnie pod nimi bije serce nocnej Barcelony. My też wkrótce usiądziemy w ogródku jednej z wielu okolicznych cervezerii. Na razie jednak idziemy do pobliskiego klubu Tarantos, by zakosztować katalońskiego folkloru.
Dziś na afiszu recital – a może raczej pokaz – flamenco. W małej, zadymionej sali ze stolikami ustawionymi tuż pod niepozorną sceną zebrał się kilkudziesięcioosobowy tłum. Scenę zajmuje pięcioro muzyków i tancerka. Dają wspólny spektakl, a każda z tych osób wygląda jak wyjęta z innej bajki. Jest trzydziestolatek z gitarą akustyczną rodem z amerykańskiej kapeli rockowej, jest ubrany w dres i sportową bluzę mężczyzna z brodą, który siedząc na pudle rezonującym, imituje dźwięki perkusji. Środek sceny zajmuje książkowy wręcz przykład Latynosa, wyrwanego jakby z południowoamerykańskiej telenoweli. Ciemna karnacja, zaokrąglony brzuszek, niedbale zapięta koszula i złoty łańcuch na szyi dają jasno do zrozumienia, że to on jest wizytówką zespołu. Tuż obok niego na wysokim stołku barowym siedzi ubrana w długą, czerwoną sukienkę około czterdziestoletnia kobieta. Z jej twarzy nie znika uśmiech, a dłonie nie ustają w klaskaniu. Podobną do niej rolę odgrywa ostatni z muzyków, nie posiadający – tak jak jego sąsiadka – żadnego instrumentu, jeśli nie liczyć uderzających o siebie dłoni oraz niezbędnych we flamenco obcasów. Wszyscy oni są jednak tylko tłem dla podrygującej na środku sceny tancerki. Ma na sobie białą sukienkę w setki czarnych kropek, a jej stukające o skrzypiącą podłogę buty w połączeniu z rytmicznymi oklaskami całej szóstki dają efekt letniej nawałnicy. Ten, kto pierwszy użył określenia „burza oklasków”, musiał mieć w głowie flamenco.
Recital jest krótki. Nie mija więcej niż czterdzieści minut i sala pustoszeje. Przed nami długa, ciepła, choć zimowa noc w najbardziej chyba rozrywkowym mieście Europy. Bo na Półwyspie Iberyjskim wszystko może poczekać do jutra, ale nie zabawa. A co z resztą? Mañana. Jak słońce, które Hiszpanie mają tylko dla siebie.
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.




DRUKUJ
WYŚLIJ
Kup artykuł
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
