r e k l a m a

Co na ścianę? Pokaż, co powiesiłeś, a powiem ci, kim jesteś

Igor Seider,ak 08-02-2008, ostatnia aktualizacja 10-02-2008 23:10

Sztuka w Polsce to wciąż dobro luksusowe. Wolimy dać bliskim zestaw garnków lub noży niż obraz. Są jednak tacy, którzy wydają na sztukę wielkie pieniądze. Nie zawsze swoje. Bywa, że nasze.

autor: Ostałowski Jakub
źródło: Fotorzepa

Dla zwykłego Kowalskiego, bogatego biznesmena i trzymającego władzę polityka sztuka jest czymś zupełnie różnym. Ten pierwszy raczej jej nie potrzebuje, drugi traktuje przeważnie jako lokatę kapitału, a trzeci ma ważniejsze sprawy na głowie niż chodzenie po galeriach. Czasami jednak coś kupujemy. Co? Można to sprawdzić tylko w jeden sposób – pukając do drzwi nabywców i namawiając ich, by pokazali, jakie obrazy powiesili na ścianach.

Betonowe dziedzictwo

W lecie 2007 r. w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej odbyła się pierwsza wystawa pokazująca sztukę inspirowaną życiem polskich blokowisk. Między przestrzennymi modelami osiedli, budynkami utkanymi z włóczki i przy dźwiękach hip-hopu – można było zobaczyć, jak konstrukcje z betonowej płyty działają na artystów i odwrotnie. Jedną z ciekawszych prac na tej wystawie była ścienna instalacja Ryszarda Góreckiego.

Artysta zapukał do drzwi mieszkańców znanego warszawiakom „jamnika”, czyli bloku na Przyczółku Grochowskin, i poprosił lokatorów o wypożyczenie mu na czas wystawy obrazów i innych rzeczy, które wiszą na ścianach mieszkań.

Powstała w ten sposób osobliwa galeria. Na dwóch wielkich ścianach zawisły koło siebie dziecięce laurki i bohomazy, przedstawienia dewocyjne rodem z Lichenia, reprodukcje pejzaży Van Gogha i kolekcje poroży. Tak powstał oryginalny Polaków portret własny. Bo nie ulega wątpliwości, że podobny artystyczny anturaż Górecki skompletowałby na większości polskich osiedli. Niby o gustach się nie dyskutuje, ale nie sposób nie zauważyć, że z artystycznym smakiem Polaków nie jest dobrze.

Wartościowe malarstwo funkcjonuje w naszych wnętrzach przeważnie pod postacią reprodukcji. Dzięki temu każdy może pochwalić się własnym Malczewskim, „Bitwą pod Grunwaldem” czy Picassem. Ale to i tak mniejsze zło w porównaniu z artystycznymi tworami, które kupujemy normalnie.Rynek zaspokaja potrzeby klienta.

Wystarczy spojrzeć na ofertę sztuki na Allegro, żeby dowiedzieć się, czego chce tłum. Kiczowate, olejne słoneczniki za 199 zł, figurka porcelanowa z Brucem Lee za 35 zł czy portret „Żyd na szczęście” za 185 zł – oto przykłady „dzieł” sztuki cieszących się największym powodzeniem i smutny standart. Czy tak musi wyglądać polska ściana?

– To praca długofalowa, praca nad zmianą mentalności ludzkiej – mówi o konieczności zmian w artystycznej świadomości społecznej Małgorzata Niedźwiecka-Małecka, założycielka prestiżowej Fundacji Galerii Foksal. Tej samej, która stoi za światowym sukcesem Wilhelma Sasnala. – Droga przed nami jeszcze daleka, a zacząć powinna się pogłębieniem wrażliwości estetycznej już od najmłodszych lat – dodaje Niedźwiecka-Małecka.

Jest chyba światło w tunelu, bo całkiem niedawno minister Zdrojewski zapowiedział zwiększenie wymiaru godzin nauczania przedmiotów artystycznych w szkołach. Warto zauważyć, że takie rozwiązanie chociażby w krajach skandynawskich funkcjonuje od dziesięcioleci i przynosi świetne rezultaty.

U nas wciąż chętniej na prezent ofiarowujemy komuś komplet garnków niż obraz lub artystyczne rzemiosło. W Norwegii taki polski prezent uznany byłby za brak wyrafinowania, zaś trafnie wybrany obraz oznaczałby dobry smak.

Swojego zażenowania nie kryją również sami artyści. „Kwiatek”, młody twórca zajmujący się sztuką ulicy, mówi otwarcie: – Niewiele zmieni się, dopóki Polacy wciąż będą woleli kupić nowy telewizor niż jakąkolwiek młodą sztukę. A ta, według ludzi, wciąż jest w cieniu Kossaka.

Zazdroszczą im muzea

– Kupowanie obrazów Kossaka to często inwestycja finansowa – tłumaczy fenomen popularności malarza Katarzyna Włodarska, redaktor naczelna Art & Bussines.

Traktowanie jego prac jako lokaty sprawiło, że dziś są one naprawdę ciężko dostępne i stać na nie tylko najbogatszych. Jedni kupują je, bo kochają sztukę, drudzy chcą podnieść swój prestiż, a jeszcze inni wiedzą, że za kilka lat będzie można sprzedać te obrazy z dużym zyskiem. Pewne nazwiska idą na rynku lepiej niż złoto i platyna. Taki obraz warto kupić – jeśli nie na ścianę, to do sejfu.

Im starsze obrazy, im mniej podobnych na rynku i tym więcej można na nich zarobić. Z drugiej strony, są również nazwiska młodych twórców, które elektryzują środowisko kolekcjonerów i nie dają im spać po nocach. Odkąd młodzi Polacy, z Sasnalem na czele, zaczęli odnosić sukcesy za granicą, stali się łakomym kąskiem. Zwłaszcza dla nowej generacji 35-, 50-letnich kolekcjonerów, którzy mają odwagę, by kupować zgodnie z własnym gustem, a nie obowiązującą modą.

Na nową sztukę są w stanie przeznaczyć nawet 10 tys. złotych miesięcznie. – Oni nie poddają się presji środowiska. Mają swoje wybory i kupują to, co im się naprawdę podoba – mówi Włodarska. – Biznesmeni mają coraz bogatsze i ciekawsze kolekcje.

Ponieważ nie jest czymś powszechnym, aby w Polsce chwalić się swym bogactwem, kupujący rzadko decydują się na ujawnianie zbiorów. Jednym z wyjątków jest Krzysztof Musiał. Otworzył nawet w Warszawie własną galerię o nazwie aTak. – Kolekcji prac Olgi Boznańskiej zazdrości mu niejedno muzeum – zauważa Włodarska.

Alternatywą dla ludzi biznesu, którzy nie wiedzą, co zbierać lub nie mają pieniędzy na drogie dzieła sztuki, są firmy wypożyczające obrazy za pieniądze. Ta popularna na świecie usługa u nas obecna jest od kilku lat. Firma Art Office oferuje doradztwo i bogatą listę nazwisk artystów z kraju i zagranicy.

Jak mówi nam przedstawicielka firmy Krystyna Stańczyk: – Największą popularnością cieszy się malarstwo w żywych kolorach. Musi być optymistycznie. Taka usługa nie jest tania.

Wynajęcie kilku obrazów to miesięczny koszt kilkuset złotych. Jednak firmy, które są klientami Art Office, dobrze wiedzą, że w ten sposób budują swój prestiż i pozytywny wizerunek. Rządzi tu zasada: pokaż mi co masz na ścianie, a powiem, ci kim jesteś.

Prezent od podatników

Politycy, z małymi wyjątkami, sztuką się nie interesują. A szkoda, bo wnętrza, w których sprawują władzę, mają często wielką, artystyczną wartość i tradycję.

– Przykładowo, gmach Ministerstwa Edukacji ma wystrój z międzywojnia, którym mogłoby się szczycić wiele muzeów – mówi Włodarska. Jak zauważyła ostatnio w jednym z telewizyjnych wywiadów znana historyk sztuki prof. Maria Poprzęcka, z wystroju naszego Pałacu Prezydenckiego zionie nudą. Nikt, z wyjątkiem historyków, nie pamięta już czasów, kiedy za kadencji Ignacego Mościckiego w gabinecie prezydenta stały awangardowe meble Presensu.

Fantazją wykazał się natomiast w kwestii dekoracji wnętrz Ludwik Dorn. Będąc wicepremierem i szefem MSWiA, wypożyczył w styczniu 2007 r. z Muzeum Narodowego 18 płócien. Za ich wiszenie na ścianie ministerstwa podatnicy płacili co miesiąc 1,8 tys. złotych. Wśród wypożyczonych dzieł znalazły się dwa obrazy Tadeusza Makowskiego, co świadczy o dobrym guście polityka.

– To praktyka stosowana od wielu lat – tłumaczy Włodarska. – Muzealne piwnice są pełne dzieł sztuki, których nie wystawiają. To dobrze, że pokazuje się je w reprezentacyjnych wnętrzach. Najważniejsze jednak, że wracają, skąd zostały pożyczone. Zdarzało się w przeszłości, że obiekty, które powinny być na stanie muzeum, pojawiały się na aukcjach.

Bywa też, że to sztuka sama przychodzi do rządzących. Wystarczy spojrzeć na wykaz prezentów, jakie otrzymali premierzy – garnków i noży tam nie ma. Dotychczasowa kolekcja sztuki z darów Donalda Tuska jest skromna. To obraz „Bytom Panoramiczny” pędzla Pavela Hlavaty, pamiątkowa szabla od Kompani Węglowej SA i ozdobny talerz. Jarosław Kaczyński dostał odlew przedstawiający Marszałka Józefa Piłsudskiego, kilka obrazów, zegar z dwoma pozłacanymi końmi.

Rozmowa z Krzysztofem Masiewiczem, kolekcjonerem sztuki najnowszej i autorem wpływowego blogu ArtBazaar

SZTUKA I RYNEK

Nazwisko Sasnal działa na polskich kolekcjonerów sztuki jak magnes

Co Pan sądzi o artystycznym guście Polaków?

Krzysztof Masiewicz: Na pewno kształtuje się on pokoleniowo. Sztukę odbieramy w zależności od tego, do jakiego pokolenia przynależymy. Mamy naszych dziadków, którzy są zauroczeni sztuką międzywojenną i patriotyczną, np. ułanami Kossaka. Jest pokolenie 50- i 60-latków, którzy dorastali w czasie PRL-u, i ich gust jest odbiciem reprodukcji, które można było wtedy kupić w ówczesnych empikach. No i w końcu najmłodsza generacja, która lubi sztukę robioną przez ich rówieśników. Według tego klucza możemy porządkować to, co wisi u nas na ścianach.

A co zbierają biznesmeni? Czy rzeczywiście najważniejsza jest dla nich wartość nominalna, a nie artystyczna dzieła?

W grupach biznesowych kupuje się sztukę, która jest modna towarzysko. Tu wszystko zależy od kręgów, w których się obracamy. Przykładowo środowisko związane z reklamą czy nowymi mediami interesuje się przeważnie sztuką najnowszą. Biznesmeni i ludzie związani ze starszymi branżami, a także finansowi magnaci, bardziej interesują się sztuką starszą. To jest też zależne od tego, gdzie mieszkają. Jeżeli mamy do czynienia ze starym biznesem, to są to domy przypominające dworki. Tam raczej obrazów nowoczesnych nie znajdziemy. Natomiast młodzi ludzie, kupujący lofty czy nowoczesne mieszkania w miastach, szukają czegoś świeżego.

Politycy też zbierają sztukę?

Osobiście nigdy na żadnej aukcji nie spotkałem żadnego polityka. Nie słyszałem też, aby polityk jakiejkolwiek opcji coś na aukcji kupił. Co prawda przez media przedzierają się komentarze, że oni często są obdarowywani obrazami. Wtedy to są przeważnie prace o charakterze patriotycznym, czyli jakieś wojsko na koniach, a w najlepszym wypadku pejzaż ze staropolskim motywem.

Czy, w porównaniu do Europy, nasz rynek sztuki jest bardzo zacofany?

Mówiąc o sztuce najnowszej, trzeba zauważyć, że polscy artyści nie mają się czego wstydzić, gdy porównuje się ich z zachodnimi kolegami. Robią rzeczy bardzo świeże, poszukiwane i cenione na Zachodzie. Natomiast rynki polski i zachodni – rozumiane jako sam obrót dziełami sztuki – dzieli prawdziwa przepaść. U nas obrót sztuki odbywa się między kilkudziesięcioma osobami. Rynek jest przez to bardzo płytki. Mamy artystów, ale rynek transakcji jest jeszcze niezbyt rozwinięty.

A ile lat zajmie nam osiągnięcie tych zachodnich standardów? Ostatnio zorganizowano w Londynie aukcję sztuki ulicznej, która u nas – według domów aukcyjnych – będzie możliwa za 10 lat.

To trudne pytanie. Aby nasz rynek funkcjonował w ten sam sposób co zachodni, nawet 10 lat może nie wystarczyć. Choć aukcje streetartowe byłyby możliwe już wcześniej. Co prawda nie ma zbyt wielu znanych artystów, ale na przykład takie Twożywo bardzo dobrze radzi sobie na aukcjach od dwóch czy trzech lat. Co bardziej świadomi kolekcjonerzy są czuli na to, co dzieje się na Zachodzie. Czytają o sukcesach, jakie na aukcjach osiaga np. Banksy. Gdyby dostali dobrą ofertę z Polski, to nie widzę problemu. Kupiliby taką pracę.

U nas na aukcjach wciąż jednak rządzą klasycy pokroju Malczeskiego czy Kossaka. Czy to nas różni od Europy?

Wszędzie na świecie są osoby, które interesują się sztuką dawną. W USA czy w Anglii ma ona szeroki krąg odbiorców. Odpowiednicy naszego Malczewskiego czy Kossaka świetnie sobie radzą tam na aukcjach. Są też osoby, które interesują się sztuką najnowszą. Nie widzę więc zbytniej różnicy.

Problemem było do niedawna to, że tu na aukcjach pojawiała się tylko stara sztuka. Teraz się to zmienia. Organizowane są przecież aukcje rzeczy zupełnie nowych. Na tych aukcjach jest pełnoprawna, świetna oferta prac młodego pokolenia.

W jakim kierunku rozwinie się polski rynek?

Widocznie poprawiła się oferta domów aukcyjnych. Dostrzegły one, jaka siła jest w sztuce nowoczesnej, i bardzo szybko uczą się wraz z rozwojem rynku i kolekcjonerów. Pojawiają się też coraz lepsze prace i zwiększa się krąg zainteresowanych. Tak samo jak wysokość obrotu w transakcjach.

Takim magnesem ściągającym ludzi na aukcje są sukcesy aukcyjne Polaków za granicą. Ceny, jakie osiągają prace Sasnala w USA czy w Londynie, nie pozwalają być obojętnym. Zwiększył się też w ciągu ostatnich dwóch lat obrót w naszych galeriach. Co prawda powoli, ale rozwijamy się.

Nasza wrażliwość estetyczna też się rozwija?

Oczywiście. Wraz z wyjazdami Polaków do Anglii i Stanów wszystko będzie ulegało zmianie. Tam funkcjonują w zupełnie innej estetycznej rzeczywistości. Bywają w domach rówieśników i inaczej żyją. Widzą, że nie ma na ścianach reprodukcji, tylko prawdziwe obrazy żyjących artystów. To musi z czasem wpłynąć na to, co dzieje się w Polsce. W końcu będą wracać i interesować się sztuka tutaj. Jestem pewny, że to wpłynie na jej rozwój.

Życie Warszawy