Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Knajpianych wspomnień wielki czar

Ryszard Makowski 17-10-2008, ostatnia aktualizacja 20-10-2008 10:29

Atrakcyjne menu przyciągnęło nas do restauracji Porto Praga. Wraz z Tomaszem Szwedem zaczytywaliśmy się w daniach o wyrafinowanych nazwach i wspominaliśmy czasy, kiedy wszystko było po prostu „konsumpcją”.

autor: Gardziński Robert
źródło: Fotorzepa

Muzyka country jest przeważnie optymistyczna, radosna i sympatyczna – może dlatego nie cieszy się uznaniem krytyków i radiowców. Tomek Szwed, jedna z ikon Festiwalu Country w Mrągowie, nawet rozumie takie podejście speców od rodzimej rozrywki. Bo jakie reakcje może wywołać facet przebrany za kowboja czy Indianina, który wygląda, jakby się urwał z kinderbalu? Niestety, cierpią na tym wartościowe utwory.

Country nie jest jednak jedynym kierunkiem, w którym Tomek szuka natchnienia do pisania ballad. Fascynuje go folk amerykański, muzyka z Wysp Brytyjskich.

Sam śpiewa też ostatnio komentarze satyryczne prezentowane w piątkowych wydaniach „Szkła kontaktowego”. Eklektyzm artystyczny jest jednak pozorny. Są to piosenki autorskie, które bez względu na formę odzwierciedlają aktualny stan duszy Tomka Szweda.

Poezja z karty dań

Tomek zaproponował spotkanie w restauracji Porto Praga. Na ulicy Okrzei czekały na nas dwie niespodzianki. Pierwsza niemiła – restauracja w porze obiadowej była zamknięta z powodu przygotowań do eventu. Druga miła – obsługa, po krótkich pertraktacjach, zaproponowała nam stolik i do wyboru pełną, naprawdę atrakcyjną kartę dań.

Zdecydować się było trudno. Każda potrawa kusiła. Obecnie menu w liczących się lokalach są pisane tak, by oddziaływały na najbardziej wyrafinowaną wyobraźnię. Oto przykłady – „duo z kalmarów i krewetek, podduszonych w sosie imbirowo-sojowym, podawane z julienne z papryki i orientalnym ryżem rozmaitości”. Albo „gnocchi z du-szonymi kasztanami, z podgrzybkami i gałązką rozmarynu, zakropione brandy”. Robi wrażenie. Żeby zachować jakąś równowagę, zamówiliśmy także kurki na maśle ze śmietaną i paluszkami filo oraz, by poczuć się swojsko na Pradze, tatara wołowego. Prawdziwe delikatesy...

Kultowe zamawianie jajecznicy

I zaczęliśmy wspominać. Gastronomia za czasów jedynie słusznego systemu naprawdę wyglądała tak jak na komediach Stanisława Barei. Zamawianie jajecznicy mogło stać się kultową sceną. Wystarczyło uruchomić kamerę. Tomek wprowadził w 70. latach poważny ferment w sennej atmosferze pewnej restauracji. Zapragnął jajecznicy z trzech jaj. Kelnerka tłumaczyła mu, że mają kalkulacje na jajecznicę z dwóch jaj i może ubiegać się o potrawę składającą się wyłącznie z parzystej liczby jaj. Trzy nie wchodzą w rachubę. Przekonywania, że można przecież zrobić jajecznicę z trzech jaj i jakoś to obliczyć, zaczęły powoli docierać do umysłu pani kelnerki. Jednak pozostała nieugięta: „Nie ma o czym gadać i tak kucharz się nie zgodzi!”.

Innym razem późno po koncercie głodny Tomek wszedł do lokalu i grzecznie zapytał, czy można jeszcze coś zjeść? – Wódki już nie podajemy! – odburknięto. Knajpa PRL-owska nie była miejscem, gdzie delektowano się tak jak my w Porto Praga. Gość miał obowiązek się nawalić, a to, co znalazło się na talerzu, było traktowane jako zakąska.

Ówczesna prasa opisywała historyjkę idealnie odzwierciedlającą stosunek kelner – konsument. Kelner, przyjmując zamówienie, po każdej z potraw: śledzik, pomidorowa, schabowy, z naciskiem pytał: i co do tego? Jeszcze namolniej: i co do tego? Mało obyty klient dorzucił: to jeszcze może kompot. W tym momencie kelner nie wytrzymał: co będziesz pan tak jadł jak ten pies bez wódki?

Walc po karaibsku

Tomek z sentymentem wspomina Światowy Festiwal Trubadurów na Curacao na Antylach Holenderskich. W tym egzotycznym miejscu spotkali się artyści z bardzo odległych krajów. Wszystkim akompaniował zespół miejscowych muzyków, świetnie czujących wszelkie „połamane” rytmy: samby, bossa novy, cza-czy. Czarowali swoimi umiejętnościami do chwili, gdy Słowak – Pawel Hamel, autor słynnej „Uczitelki tanca”, położył przed nimi nuty utworu utrzymanego w metrum trzy czwarte. Zagranie walca wymagało od nich zdecydowanie większej koncentracji, bo do tego typu muzyki nie byli zupełnie przyzwyczajeni.

Z kolei najśmieszniejszą sytuacją w rodzimej branży estradowej był przypadek bardzo znanej w latach 80. piosenkarki. Na koncercie w Kędzierzynie-Koźlu, żeby jakoś profesjonalnie wprowadzić słuchaczy w nastrój, artystka łamiącym się z przejęcia głosem zapowiedziała: a teraz zaśpiewam państwu mój najstarszy przebój. – „Bogurodzicę!” – zakrzyknął jakiś wesołek na widowni, a sala zaczęła pokładać się ze śmiechu. A nie był to występ kabaretowy.

Herbata z imbirem

Powrót do rzeczywistości w Porto Praga był niezwykle przyjemny. Po obfitych daniach wypadało się napić. W naszym przypadku była to kawa i herbata. Kawa jak kawa, ale o herbatę Tomek poprosił imbirową. Nie było z tym najmniejszego problemu, a ku naszemu zdumieniu sympatyczna pani przyniosła dodatkowo pokrojony na talerzyku imbir. Dodany do wrzątku wzmagał działanie saszetki.

A w nas wzmagał się podziw dla gospodarzy tego miejsca. Chociaż trochę żal kolorytu z przeszłości, gdy kelner wypytywał, chcąc zabrać talerz z niedojedzonym daniem: czy będzie pan jadł te konsumpcje?

Życie Warszawy