Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Trzy zwrotki hymnu

Tomasz Lorek 17-01-2011, ostatnia aktualizacja 18-01-2011 22:59

Po zwycięstwie z Samem Querreyem w pierwszej rundzie Australian Open z Łukaszem Kubotem rozmawia Tomasz Lorek.

źródło: AFP

Czy to były najszczęśliwsze 3 godziny i 20 minut w pana zawodowym życiu?

Łukasz Kubot: Chyba nie najszczęśliwsze, miałem już dużo ciekawych momentów w swojej karierze. Ale nieskromnie mówiąc, mam nadzieję, że to będzie mój przełomowy mecz. Wiem, w jakiej jestem sytuacji, bronię tu wielu punktów, przed rokiem byłem przecież w czwartej rundzie. Zdawałem sobie sprawę, że z Querreyem muszę grać agresywnie, czyli dobry serwis, mocny i dokładny return, sporo akcji przy siatce. Bekhend wzdłuż linii był dziś moim kluczowym uderzeniem. Taka gra pomogła mi w odniesieniu zwycięstwa. Popełniłem też sporo błędów, ale atakowałem jego return, wybijałem Sama z uderzenia. Bardzo się cieszę, że w końcówce nie opuściła mnie znakomita dyspozycja serwisowa, trochę się obawiałem czy utrzymam precyzyjne podania. Pragnę bardzo podziękować polskim kibicom, którzy cały czas wierzyli we mnie. Uraczyli mnie kapitalnym dopingiem. Podczas rozgrzewki odśpiewali trzy zwrotki hymnu, ciarki mnie przechodziły. Dla takich chwil chce się wstawać bladym świtem i ciężko pracować na treningu. Wiem, że następny mecz będzie jeszcze trudniejszy, ale będę walczył od pierwszej do ostatniej piłki.

W newralgicznych momentach meczu był pan zadziwiająco spokojny...

Po kontuzji, jaką odniosłem w zeszłym roku, przegrywałem sporo pojedynków w końcówce, jakby na własne życzenie. Nie wykorzystywałem wielu meczboli, grałem mecz życia z Juergenem Melzerem, ale nie potrafiłem dokończyć dzieła. Czegoś mi brakowało, jednego klocka, aby wykończyć budowlę. Nawet w Sydney podczas meczu z Potito Staracem nie umiałem wykorzystać swojego serwisu w pierwszym secie. Sporo trenowałem w grudniu i mam nadzieję, że ciężka praca zaowocuje w Australii.

W drugiej rundzie czeka pana mecz z Ukraińcem Siergiejem Stachowskim. Pokonał go pan w ubiegłym roku w Katarze na twardej nawierzchni. To gracz, który w tej chwili jest w okolicach pana najlepszego rankingu (w kwietniu 2010 r. Kubot był 41. rakietą na świecie – przyp. red.). Czy to niebezpieczny przeciwnik?

Stachowski lubi agresywny tenis, ma podobny styl do mojego. Opiera swoją grę na serwisie, ma dobrego slajsa z bekhendu, umie atakować przy siatce. Stroni od długich wymian, lubi zmieniać rytm. Bardzo ważną rolę w tym meczu będzie odgrywał return. Od czasu naszego pojedynku w Dausze Siergiej zrobił duży postęp. Był w półfinale w New Haven, jest bardzo pewny siebie. W Wielkim Szlemie nie ma słabych rywali, zrobiłem krok naprzód, jestem uradowany, ale wiem, że muszę twardo stąpać po ziemi.

Oficjalna strona ATP podaje, że nie ma pan trenera, ale to chyba nie jest prawda. Z kim pracuje pan w tej chwili?

Moim trenerem od przygotowania fizycznego jest Czech Ivan Machytka. To także trener znakomitego czeskiego deblisty Lukasa Dlouhego. A jeśli chodzi o zagadnienia stricte tenisowe, moim trenerem jest Jan Stoces. Jesteśmy umówieni na eksperyment. Pracujemy razem przez cały styczeń, a potem zobaczymy. Stoces to Czech, który jest na co dzień trenerem Benjamina Beckera. Na początku lutego zadecydujemy, czy będziemy działać dalej. On stara się poprawić mój serwis.

Nie odpoczął pan przesadnie po sezonie 2010, cały grudzień spędził pan na przygotowaniach do Australian Open.

Urlopu nie miałem, było jedynie kilka dni bez rakiety w ręku. W marcu zrezygnuję ze startu w Miami, zagram w Indian Wells, a potem wrócę do Europy. Muszę zrobić sobie przerwę po Indian Wells, aby godnie przygotować się do sezonu letniego, a więc gry na kortach ziemnych.

W deblu trafiliście z Oliverem Marachem na parę australijsko-szwedzką Stephen Huss – Johan Brunstrom. Huss w parze z Wesleyem Moodie’m w roku 2005 wygrał Wimbledon. To trudni przeciwnicy?

Znamy ich bardzo dobrze z okresu, kiedy nie grali razem, tylko z różnymi partnerami. Lubią grę kombinacyjną, jeden jest mańkutem, drugi jest praworęczny. Czeka nas ciężki mecz z niewygodnym duetem. Nie jest to łatwe losowanie, ale mam nadzieję, że przeskoczymy pierwszą przeszkodę. Na razie koncentruję się na singlu.

Czy Marach wykazuje zrozumienie, że ma pan szansę w grze pojedynczej i debel na razie nie jest najważniejszy?

Musi wykazać zrozumienie, z tym nie powinno być problemu. On wie, że w deblu będę jeszcze lepszy, jeśli rozegram się w singlu.

Po zwycięstwie pięknie wykonał pan kankana. W której praskiej szkole (Kubot mieszka i trenuje w Pradze – przyp. red.) uczą tego tańca?

Kankan był normalny. Zawsze podczas treningu z Ivanem Machytką wykonujemy kankana jako ostatnie, zamykające ćwiczenie. Obiecałem mu, że jeśli będę wygrywał mecze na największych imprezach, na prestiżowych kortach, niekoniecznie z graczami z Top 20, to zademonstruję kankana publiczności. Dzisiejsza wersja to był model 2011. Cieszę się bardzo, chciałem pokazać swoim ludziom w boksie, że dotrzymałem słowa. Jestem bardzo szczęśliwy, było sporo ludzi na widowni. Do szkoły tańca nie uczęszczam. Trener Machytka opiera trening w dużym stopniu na lekkiej atletyce. Sporo biegamy. Jeżeli uda nam się wygrać następne mecze, wykonamy kolejne kankany.

Czy w Melbourne czuje się pan trochę jak w ojczyźnie?

Czułem się jak podczas meczu w Pucharze Davisa. Widzę w oczach tutejszych kibiców prawdziwy ogień, oni chcą być jak najbliżej nas, polskich zawodników. Jestem wdzięczny Polonii za wspaniały doping i chciałbym zadedykować jej zwycięstwo. Podtrzymywali mnie na duchu. Cieszę się i mam nadzieję, że na moim kolejnym meczu pojawi się jeszcze liczniejsze grono fanów.

Jim Courier kręcił z niedowierzaniem głową, widząc, jak piękne returny posyła pan wprost pod stopy rywala. Courier to pana idol z dzieciństwa?

Tak. Zawsze ceniłem go za ciężką pracę, jaką wykonywał na korcie. Bez wątpienia on i Jewgienij Kafielnikow byli moimi idolami. Miło, że taki mistrz mnie docenił.

To może skopiuje pan jego wyczyn z 1992 roku, kiedy wykąpał się w rzece Yarra?

Melbourne to piękne miasto, ale słyszałem, że rzeka nie jest już tak czysta jak w czasach, gdy Courier do niej wskoczył, więc może podziękuję za tę przyjemność.

Życie Warszawy