Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Pani Federerowa nie chciała patrzeć

Krzysztof Rawa 19-01-2011, ostatnia aktualizacja 19-01-2011 22:23

Kubot – Stachowski 3:6, 4:6, 4:6 i po marzeniach Polaka o wielkim starcie.

Grali dwie godziny, jak na wielkoszlemowe normy – dość krótko. Na korcie nie było tego Łukasza Kubota, który w poniedziałek pokonał Sama Querreya i tańczył kankana. Był tenisista, któremu znużenie odebrało bojowość. Niewiele trzeba było, by tego dnia pokonać Polaka: wystarczyły: dobry return, więcej kreatywności w wymianach i wiara w siebie. Obaj nie serwowali nadzwyczajnie, ale ta słabość więcej kosztowała Kubota. Nie mając wsparcia w skutecznym podaniu, nie znalazł innej drogi do zdobywania punktów.

Ukrainiec Siergiej Stachowski pierwszy raz wygrał z Kubotem i zmierzy się teraz z Tommym Robredo. Polak będzie nerwowo liczył rankingowe punkty: w zeszłym roku zdobył 180, w tym tylko 45, różnica oznacza spadek z 72. miejsca na koniec pierwszej setki albo nawet na początek drugiej. Może lepiej będzie w deblu.

W czwartek polscy kibice mieli w Melbourne Park taki wybór: iść na kort nr 2, by obejrzeć mecz Agnieszki Radwańskiej z Petrą Martić lub na kort nr 11, gdzie o tej samej porze wyznaczono spotkanie Kubota i Oliviera Maracha z parą Johan Brunstrom i Stephen Huss, a następnie mecze Klaudii Jans i Alicji Rosolskiej oraz Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego.

Wydarzeniem dnia, a raczej australijskiej nocy, było pięć setów Rogera Federera i Gillesa Simona. Przez dwa sety wyglądało na to, że Szwajcar szybko odrobi dniówkę i pójdzie spać. Francuz jest wciąż niedoceniany, choć dwa lata temu był nr. 6 na świecie i jest jednym z trzech tenisistów, którzy więcej meczów z Federerem wygrali, niż przegrali. W trzecim secie nieustępliwość Simona dała owoce, nie pozwolił wygrać rywalowi żadnego (!) gema serwisowego. Po czwartym secie małżonka szwajcarskiego mistrza zaczęła kryć twarz w dłoniach.

Federer nie byłby Federerem, gdyby nie potrafił wygrywać takich spotkań (6:2, 6:3, 4:6, 4:6, 6:3). Jednak pierwszy raz w tym turnieju ktoś go postraszył.

Życie Warszawy

Najczęściej czytane