Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Mecz – palce lizać

Krzysztof Rawa 20-04-2011, ostatnia aktualizacja 20-04-2011 21:49

Agnieszka Radwańska wygrywa w Stuttgarcie z Francescą Schiavone 6:1, 6:3.

Przez półtorej godziny w Porsche Arena widać było  przede wszystkim wielobarwny tenis Agnieszki.
Mecz kobiet, które potrafią odbijać piłki na różne sposoby, których nie bawi monotonia przerzutów i gra na wymęczenie rywalki, musiał się podobać. Jak na 16 gemów i dość wyraźną przewagę Polki był dość długi. Nie było w nim ani chwili nudy, bo Schiavone mimo niedostatków treningu i startów (narzekała na kontuzję, ostatni mecz zagrała trzy tygodnie temu w Miami z Radwańską, było 0:6, 2:6) nie godziła się z porażką do ostatnich minut.

Trafiła na Agnieszkę w najlepszym wydaniu: spokojną, skupioną na pracy, przyjmującą drobne potknięcia bez stresu, a jednocześnie pełną energii i pomysłów na rozgrywanie akcji. Było w jej grze wszystko, co lubimy. Ataki przy siatce – skuteczne niemal stuprocentowo, loby – palce lizać, dobre wybory taktyczne, odważne strzały w linię, minięcia atakującej rywalki, świetne akcje w obronie, szybkie nogi i ambicja, która kazała Polce pędzić do każdej  piłki. Były nawet asy serwisowe.

Schiavone nie odzyskała pewności uderzeń, rady trenerki Tathiany Garbin (niegdyś solidna włoska tenisistka, bywała  w Warszawie) nie pomagały. Po grze Włoszki pozostało w pamięci kilka świetnych akcji, ale widoczne było  także zagubienie – przykładem jedna z piłek, która spadła na pole gry, a Francesca, przekonana o aucie, odbiła ją niemal we własną stopę.

Nagrodą dla Polki było bardzo ładne zwycięstwo, brawa publiczności po wielu zagraniach, także oklaski taty-trenera Roberta Radwańskiego, który w meczu z mistrzynią Roland Garros 2010 nie musiał nic podpowiadać córce.

Nie było potrzeby, bo Agnieszka od początku do końca panowała nad sytuacją. Wygrała pierwszego gema przy serwisie Włoszki, oddała drugiego, powalczyły trochę dłużej w trzecim, ale widać było, że będzie dobrze. W rodzinnym archiwum  przybył zapis: drugie zwycięstwo nad Schiavone (łączny bilans 2-4) i przekonanie, że seria porażek z Włoszką i narzekania na jej zakręcony tenis skończyła się na zawsze.

Kristina Barrois to rywalka Polki w  ćwierćfinale. Ma 30 lat, nr 79. w rankingu WTA, była dwa razy mistrzynią Niemiec, w dorobku nie ma żadnego zwycięstwa w turnieju WTA i żadnego awansu poza drugą rundę w Wielkim Szlemie. Z Agnieszką nigdy nie grała. W Stuttgarcie startuje dzięki dzikiej karcie, spłaciła już organizatorom dług wdzięczności, wygrywając z Lucie Safarovą i Marion Bartoli.

Prognoza na ćwierćfinał jest optymistyczna, w półfinale będzie trudniej, bo tam zapewne pojawi się Karolina Woźniacka. Piotr Woźniacki chyba też tak sądzi, bo oglądał uważnie mecz Radwańska – Schiavone.

Życie Warszawy

Najczęściej czytane