Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Samowolka w wycince na zabytkowych działkach

Renata Krupa Dąbrowska 27-11-2017, ostatnia aktualizacja 27-11-2017 07:36

Dziś właściciel nieruchomości wpisanej do rejestru zabytków może nielegalnie pozbyć się drzewa i nie zapłacić kary. Posłowie chcą to zmienić

Obwód pnia ma być mierzony na wysokości 5 cm, a nie, jak to ma miejsce obecnie – 130 cm.
autor: Piotr Guzik
źródło: Fotorzepa
Obwód pnia ma być mierzony na wysokości 5 cm, a nie, jak to ma miejsce obecnie – 130 cm.

Wokół drzew nigdy nie było tak gorąco, jak w 2017 r.

Wielokrotne poprawianie przepisów o wycince doprowadziło do tego, że przestały być one ze sobą spójne. I pojawiły się w nich luki.

Efekt jest taki, że dziś na prywatnej posesji wpisanej do rejestru zabytków można wyciąć wszystko, nawet 300-letni dąb i nie zapłacić ani złotówki kary. Podobnie z parkami: można brać piłę i ciąć do woli całkiem bezkarnie. Co gorsza, politycy odpowiedzialni za bałagan w prawie niczego się nie nauczyli i ciągle popełniają te same błędy.

W ostatni piątek w Sejmie uchwalono kolejne przepisy łatające kolejną lukę. Tym razem dotyczącą drzew na zabytkowych nieruchomościach.

Hulaj dusza, piekła nie ma

Problemy z wycinką zaczęły się od słynnego „lex Szyszko". W połowie grudnia u.br. do Sejmu wpłynął poselski projekt (autorami byli posłowie PiS) nowelizacji ustawy o ochronie przyrody. To, co w nim proponowano, było prawdziwą rewolucją. Polacy byli przyzwyczajeni, że drzewo na podwórku jest świętością i nie wolno go tak po prostu wyciąć. Trzeba mieć na to zezwolenie z urzędu. W przeciwnym razie można zapłacić wysokie, wręcz rujnujące kary. Mało kogo było bowiem stać na zapłacenie 90 tys. zł kary za wycięcie jednego drzewa. A tu proszę, pojawił się projekt, że na prywatnej posesji wolno wycinać i nie trzeba mieć żadnych papierowych zgód.

Nowe przepisy dotyczące wycinki weszły w życie już od 1 stycznia 2017 r. I wtedy się zaczęło. Kto mógł, brał siekierę lub piłę i ciął. Nikt nie wierzył, że przepisy długo będą obowiązywać. I faktycznie. Szybko się zorientowano, że likwidacja zezwoleń dla prywatnych posesji była błędem. Kolejnym błędem było tempo prac nad nowymi przepisami dotyczącymi wycinki. Przez nadmierny pośpiech pojawiło się mnóstwo niedociągnięć.

Dobre intencje to trochę za mało

Posłowie zaczęli więc prace nad kolejnymi przepisami, które miały poprawić to, co zepsuli wcześniej w ustawie o ochronie przyrody. Równolegle toczyły się nad ustawą o ochronie zabytków. Ta ostatnia również miała regulować zasady dotyczące wycinki, ale tylko na nieruchomościach wpisanych do rejestru zabytków.

Pierwsza ustawa weszła w życie w czerwcu tego roku. Nie przywróciła ona zezwoleń dla prywatnych posesji. Zlikwidowała jednak pełną swobodę dotyczącą wycinki. Właściciele prywatnych nieruchomości muszą udać się do gminy i zgłosić wycinkę wójtowi (burmistrzowi lub prezydentowi miasta na prawach powiatu). W ciągu 21 dni od złożenia zgłoszenia w gminie na posesji powinni się pojawić urzędnicy, by przeprowadzić oględziny drzew i sporządzić inwentaryzację. Przepisy nakazują im ustalić: gatunek ścinanego drzewa, obwód jego pnia na wysokości 5 cm, a gdy na tej wysokości drzewo ma kilka pni – obwód każdego z nich, gdy zaś nie posiada pnia (np. został on przeżarty chorobą) – obwód drzewa poniżej korony. Z oględzin sporządza się protokół. Po przeprowadzeniu oględzin właściciel musi się uzbroić w cierpliwość i poczekać dodatkowe 14 dni. Tyle bowiem czasu dają przepisy wójtowi (burmistrzowi, prezydentowi miasta na prawach powiatu) na wniesienie sprzeciwu w formie decyzji administracyjnej.

Jeżeli w ciągu 14 dni urząd się nie odezwie, tzn. że wyraził milczącą zgodę i można ruszać z wycinką. Wniesienie sprzeciwu oznacza natomiast, że właściciel posesji może wyciąć drzewo dopiero po uzyskaniu zezwolenia, za które nie będzie jednak płacił.

Właściciel działki może się spodziewać sprzeciwu urzędu, gdy nieruchomość jest wpisana do rejestru zabytków, miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego przewiduje ochronę zieleni na tym terenie, jest objęta ochroną przyrodniczą (park krajobrazowy, rezerwat etc.), drzewo jest pomnikiem przyrody albo gdy właściciel nieruchomości nie uzupełnił w terminie braków w zgłoszeniu.

Drzewa wyjęte spod kontroli

Początkowo cała zawierucha związana z wycinką nie dotyczyła zabytkowych nieruchomości. Od zawsze były one objęte zezwoleniami. Wolno było na nich ciąć dopiero po otrzymaniu zgody w urzędzie.

W ich wypadku bałagan pojawił się dopiero po 9 września br.

Wtedy weszła w życie nowela ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami. Na jej podstawie od 9 września wojewódzcy konserwatorzy zabytków wydają zezwolenia na wycinkę. Nie stosuje się jednak większości przepisów ustawy o ochronie przyrody, w tym dotyczących kar za nielegalną wycinkę. W efekcie obecnie za nielegalną wycinkę zabytkowego drzewa nic nie grozi.

Posłowie PiS postanowili więc „na cito" ratować drzewa na zabytkowych nieruchomościach i tym razem przygotowali projekt nowelizacji dwóch ustaw o ochronie przyrody oraz zabytków i opiece nad zabytkami. Tempo prac nad tymi przepisami było tak samo ekspresowe, jak nad poprzednimi nowelami. 31 października br. projekt wpłynął do Sejmu, a w ostatni piątek został już uchwalony.

Nowela przewiduje, że ustawa o ochronie przyrody miała pierwszeństwo przed ustawą o ochronie zabytków. I to na jej podstawie po wejściu w życie nowych przepisów wojewódzcy konserwatorzy zabytków będą wydawać pozwolenia na wycinkę. Oznacza to, że do nielegalnych wycinek będzie się stosowało także przepisy dotyczące karania.

Osobie, która wytnie drzewo bez zezwolenia, grożą kary w wysokości dwukrotności opłaty za wycinkę, jaką płacą firmy.

Przykładowo: właściciel, który wytnie nielegalnie brzozę o obwodzie 101 cm na działce niewpisanej do rejestru zabytków zapłaci 6,6 tys. zł.

Nie są to więc małe kary, ale nie są aż tak ogromne, jak te poprzednie.

"Rzeczpospolita"