Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Zwykły dżdżysty dzień

Wojciech Lada 06-11-2008, ostatnia aktualizacja 14-11-2008 18:14

11 listopada jest dziś symbolem. W 1918 roku tego dnia we francuskim Compiegne podpisano zawieszenie broni, kończące I wojnę światową. W Polsce zaś Rada Regencyjna przekazała władzę w ręce Józefa Piłsudskiego. Czym był ten dzień dla warszawiaków 90 lat temu? Co robili? Czym byli pochłonięci, czy i jak się bawili?

„Rozbrajanie Niemców przed Główną Komendą na placu Saskim w Warszawie” Stanisław Bagiński
źródło: Życie Warszawy
„Rozbrajanie Niemców przed Główną Komendą na placu Saskim w Warszawie” Stanisław Bagiński
Plakat Saryusza Wolskiego z listopada 1918 roku, nawołujący do oddawania broni przez Niemców/
Narodowe Archiwum Cyfrowe
źródło: Życie Warszawy
Plakat Saryusza Wolskiego z listopada 1918 roku, nawołujący do oddawania broni przez Niemców/ Narodowe Archiwum Cyfrowe
Krakowskie Przedmieście. Rozbrojeni Polacy w mundurach niemieckich
źródło: Życie Warszawy
Krakowskie Przedmieście. Rozbrojeni Polacy w mundurach niemieckich

Tego dnia słońce miało wstać o godzinie 7.45. Pewnie wstało, jednak szare chmury zasnuwające niebo i oblepiająca wszystko mżawka sprawiały, że świt z łatwością mógł umknąć uwadze przeciętnego warszawiaka.

Zresztą w ten nieprzyjemny listopadowy poniedziałek mało kogo w mieście interesowały kwestie meteorologiczno-chronologiczne. Od kiedy poprzedniego dnia „o godz. 7 m. 30 zrana pociągiem pospiesznym z Berlina przyjechał do Warszawy komendant Józef Piłsudski” – jak w specjalnym dodatku donosił „Kurier Warszawski” – miasto nie spało.


Kazali się uspokoić

Hrabia Bogdan Hutten-Czapski wspominał później: „W nocy na 11 listopada
oddziałki POW – przeważnie studenci, ale i dowborczycy – zaczęli w różnych punktach miasta rozbrajać poszczególnych wojskowych niemieckich. Żołnierze polscy zajęli Belweder, mosty na Wiśle, park samochodowy.
Żołnierze niemieccy przeważnie odmawiali posłuszeństwa oraz użycia broni przeciwko powstańcom polskim. Planowo więc rozbrajano Niemców, zajęto niemieckie urzędy, koszary, magazyny, zdobyto w ogromnych ilościach broń, amunicję, materiały, pieniądze i akta. Przez cały ten czas generał gubernator von Beseler siedział zupełnie sam na zamku i nie pokazywał się nikomu”.

Trudno było się Beselerowi dziwić. Z jednej strony Niemcy posiadali wciąż w okupowanej Polsce znaczne siły, z drugiej jednak od tygodnia wrzała w ich ojczyźnie rewolucja. Cesarz Wilhelm II abdykował zaledwie dwa dni temu. Nikt – ani oficerowie, ani szeregowi żołnierze – nie wiedział, od kogo właściwie przyjmować rozkazy. W Warszawie doprowadziło to do kompletnego chaosu. Jeszcze dzień wcześniej żołnierze niemieccy sprawnie zapobiegli zorganizowaniu wiecu rewolucyjnego, mającego wystartować na rogu ul. Żelaznej i Leszno – kilka godzin później dawali się rozbrajać nawet zwykłym przechodniom, nie mówiąc już nawet o uzbrojonych milicjantach czy peowiakach. Kapral 4. Pułku Piechoty Legionów Stefan Jellenta zetknął się z tym jako jeden z pierwszych:
„W akcji byłem tego dnia od rana” – zdawał później raport. „Zadaniem moim było zajęcie z półplutonem żołnierzy koszar kompanii sztabowej (znajdowały się między pałacem Mostowskich a dzisiejszą aleją Jana Pawła II – przyp. red.) (...) Znalazłem się sam wśród Niemców i oświadczyłem im, że rozkaz zajęcia budynku wykonam bezwarunkowo, broń zdać muszą zaraz. Na próbę tłumaczenia mi czegoś przez podoficera, jego (starsi przeważnie wiekiem – i od niego, i jeszcze bardziej ode mnie) podkomendni kazali mu po prostu uspokoić się”.

Zabicie ducha zupełne

Jeszcze przed wschodem słońca w okolicach Dworca Głównego doszło do wydarzenia bodaj najlepiej ilustrującego nastroje tak warszawiaków, jak i Niemców. Pełniący w okolicy służbę milicjant Sylwester Okoń wspominał: „Gdy przybyłem na służbę, było jeszcze spokojnie. Dopiero około godz. 7 Alejami Jerozolimskimi przejeżdżał pusty samochód ciężarowy niemiecki, do którego zbliżyło się kilku »dowborczyków«, zatrzymali takowy, szofera Niemca usunęli, sami zaś samochód zajęli. Działo się to naprzeciwko Dworca Głównego, co widząc, wartownik niemiecki wezwał wartę na pomoc. Widząc zajście pomiędzy szoferem Niemcem a garstką osób z ulicy, z warty wybiegło kilku Niemców uzbrojonych od stóp do głów. Dopadłszy środku placu, gdzie mieści się latarnia, z tego miejsca, »z kolana« dali salwę w stronę samochodu. Lecz tak szczęśliwie, że nikt ranny ani zabity nie był”.

Chybiona – świadomie czy nie – salwa nie odstraszyła Polaków. Przeciwnie, zafrapowani nią przechodnie zaczęli spontanicznie zbierać się pod halą dworca i – jak meldował Okoń – „momentalnie stanął dość pokaźny tłum. Do tłumu wypadł oficer niemiecki wraz z plutonem żołnierzy uzbrojonych, którzy stanęli w szyku rozciągniętym na stopniach, zasłaniając wejście do dworca, z bronią u nogi, którzy prawdopodobnie czekali dalszych rozkazów. W tym momencie wyszedł żołnierz niemiecki w czapce zwykłej z czerwonym lampasem, mundur rozpięty, kokarda czerwona na lewym boku, bystro przystąpił do oficera, chwycił mu hełm z głowy, zerwał orła, rzucił na ziemię. Niemcy stali jak wryci, wprost zaniemówili, dało się zauważyć zabicie ducha zupełne. Wówczas tłum krzyknął: »Marsz, naprzód, hurra!«. Wraz z tłumem wpadliśmy do wnętrza, zabierając Niemcom karabiny. Niektórzy z nich natychmiast sami porzucali karabiny wraz z tornistrami i ładownicami. Niektórzy sami znosili broń i amunicję z dworca, składając ją w salce wejścia głównego”.

Chaos – to nic

„Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął” – pisał przyszły premier Rzeczypospolitej Jędrzej Moraczewski. „Po 120 latach prysnęły kordony. Nie ma ich. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo. Na zawsze. Chaos – to nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie”.

Nastroje polityka z pewnością podzielali również warszawiacy, ale przecież nie samym patriotyzmem człowiek żyje. Zapewne nieco inne problemy miała na głowie tego dnia niejaka M. Kadyńska, skoro zdecydowała się wykupić na pierwszej stronie „Kuriera” wielkie ogłoszenie, w którym uznała za stosowne poinformować warszawiaków, iż: „Skradziono z mojego mieszkania parę brylantowych kolczyków podwójnych, oprawnych w platynę, pierścionek brylantowy z obwódką emaliową granatową, oprawny w złoto”. Uczciwemu znalazcy pani Kadyńska oferowała nagrodę, której wysokość zdaje się przeczyć pokutującej na kartach podręczników do historii opinii o zubożeniu polskiego społeczeństwa – 3000 marek. Jak widać, szemrany światek stolicy niewiele sobie robił ze wzniosłych emocji towarzyszących odzyskaniu niepodległości. Tego samego dnia, około południa, ofiarą jego zawodowej aktywności stał się też pan Pyrzyński, który w niejasnych okolicznościach, w okolicach Nowego Światu, stracił portfel „z grubszą gotówką”. O jej grubości najlepiej świadczy, że uczciwemu znalazcy proponował za fatygę 1000 marek.

Kawał nieboszczyka

Kwestie merkantylne zaprzątały również tego dnia uwagę rzemieślników. Pani Kazimiera Hacowa – może nieco niestosownie do wzniosłych okoliczności, dbając o własny interes, z drugiej jednak strony, wnosząc sporą dozę optymizmu do pogrążonej bądź co bądź w politycznym chaosie stolicy – informowała ziomków, iż „przeniósłszy pracownię z ul. Bielańskiej nr 4 na ul. Marszałkowską nr 127 poleca wytworną robotę sukien wizytowych, balowych oraz kostiumów z własnych lub powierzonych materiałów”. Wbrew pozorom mogła liczyć na klientów – w przerwach między rozbrajaniem niemieckich żołnierzy a manifestowaniem poparcia dla komendanta Piłsudskiego warszawiacy mogli i chcieli konsumować dobra nieco bardziej duchowej proweniencji. „O 8 wieczorem” – jak donosili wszędobylscy reporterzy „Kuriera” – „w sali Towarzystwa Hygienicznego odbędzie się koncert, który w wysokim stopniu powinien zainteresować świat muzykalny. Jest to koncert »kompozytorski« p. Łucji Drege, która dotychczas dała się poznać jako fortepianistka. Dochodzą nas jak najpochlebniejsze wieści o talencie twórczym młodej kompozytorki”.
Mieli też z czego wybierać wielbiciele mniej wyrafinowanej rozrywki. Teatr Mozaika (ul. Mokotowska 73) zapraszał tego dnia na dwa przedstawienia, których tytuły dość osobliwie brzmiały wśród ulicznych wystrzałów. Był to mianowicie wodewil „Kawał nieboszczyka” oraz późniejszym wieczorem farsa „Niuniek ma hiszpankę”. Dla odrobinę poważniejszych doznań można było udać się do Teatru Rozmaitości, gdzie wystawiano „Porwanie panny”. Niespodziankę dla melomanów przygotował też Teatr Wielki, który – zamiast anonsowanej wcześniej „Żydówki” – zdecydował się wystawić „Halkę”. Jak w wieczornym wydaniu donosił „Kurier”: „Zmianę tę publiczność przyjęła burzą oklasków”.

Z siekierami i kosami

Zważywszy na to, co działo się na ulicach, zachwyt widzów Teatru Wielkiego nie jest specjalnym zaskoczeniem. Stosunki polsko-żydowskie chyba nigdy wcześniej ani później nie były tak złe jak 11 listopada 1918 roku. W Polsce nawet komuniści dali się w dużym stopniu ponieść etosowi wyzwolenia – środowiska żydowskie tymczasem wzięły sobie bardziej do serca ideę rewolucyjnego internacjonalizmu. Okrzyki „Precz z Piłsudskim, precz z Polską” były najłagodniejszym sposobem wcielania tejże idei w życie. „Dziś o godz. 11 przed południem na trzeci komisariat milicji miejskiej przy ulicy Nowolipki 53 napadł tłum Żydów” – donosił dziennik. „Rozbroił znajdujących się w tym czasie w biurze milicjantów i dokonał rabunku broni, którą okręg milicyjny otrzymał dla swoich szeregowców lub miał na składzie z dokonanych ostatnio rozbrojeń wśród Niemców. Napadem musiała kierować jakaś organizacja, gdyż do biura okręgu napastnicy przedostali się najpierw w pojedynkę, w charakterze interesantów. Po dokonaniu rabunku tłum rozpierzchł się”. Zagrożenie rewolucją musiało być niepokojąco duże, skoro: „do jednego z księży zgłosiła się delegacja włościan z powiatu puławskiego z oświadczeniem w imieniu gminy, iż wiedząc o agitacji żydowsko-bolszewickiej, wrogiej narodowi polskiemu, włościanie gotowi są w liczbie 8000 przybyć z siekierami i kosami, aby bronić serca Polski przed wrażemi zakusami”.

Strzały znikąd

Jeśli 11 listopada czegoś było w Warszawie za dużo, to tym czymś były karabiny. Mimo że – jak widać dzień upłynął jednym na rozbrajaniu Niemców, innym na zwykłych codziennych interesach i rozrywkach – groźba utraty życia wisiała nad każdym w powietrzu. I nie potrzeba było do tego rewolucyjnych oddziałów. „W południe w domu, w którym mieści się bank Wilhelma Landaua (przy ul. Senatorskiej), w chwili gdy przechodziło kilku żołnierzy uzbrojonych, padł strzał. Żołnierze zrozumieli to jako zamach na swoje życie i odruchowo, nie bacząc, skąd pochodzi strzał, wpadli do banku i pierwszego napotkanego urzędnika tegoż banku, Jakóba Koernera, wzięli za sprawcę tegoż strzału i położyli trupem na miejscu. Stwierdzono następnie, że strzał padł istotnie w stronę żołnierzy, jednak nie z banku, a z jednego z okolicznych okien”. Cóż, Jakób Koerner miał przynajmniej okazję zobaczyć przed śmiercią swoich oprawców. Gdyby nie kilka szczęśliwych centymetrów, możliwości tej zostałby pozbawiony prezes Sądu Najwyższego. Jak wytropili czujni dziennikarze „Kuriera”: „W południe zabłąkana kula karabinowa wpadła przez okno do gabinetu prezesa Polskiego Sądu Najwyższego i utkwiła w ścianie przeciwległej”.

11 listopada nic się nie zaczęło i nic się nie skończyło. Rozbrajanie niemieckich okupantów na ulicach Warszawy trwało jeszcze przed przyjazdem Piłsudskiego i rozciągnęło się na kolejne tygodnie. Dla ówczesnych warszawiaków był to dzień niezwykły i zwykły jednocześnie – wypełniony entuzjazmem, ale i codziennymi, nudnymi obowiązkami. Symbolem stał się dopiero wtedy, gdy minął. Zachód słońca nastąpił o godz. 17.02. Ale czy ktoś zwracał na to uwagę? To był szary, dżdżysty, jesienny dzień.

Życie Warszawy