Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Lepkie ręce pradziadów

Rafał Jabłoński 16-09-2010, ostatnia aktualizacja 16-09-2010 19:24

Ku uciesze czytelników przytaczamy historyjki o niektórych naszych pradziadach i prababkach, nie zawsze kryształowo uczciwych...

*Złodzieje przed wojną stosowali wymyślny system znaków, tak by ułatwić kolegom po fachu „robotę”. Dwa koła zachodzące na siebie „radzą postępować  bez obawy z jak największą bezczelnością i natarczywością”...
źródło: Światowid
*Złodzieje przed wojną stosowali wymyślny system znaków, tak by ułatwić kolegom po fachu „robotę”. Dwa koła zachodzące na siebie „radzą postępować bez obawy z jak największą bezczelnością i natarczywością”...
z kolei dwa koła wpisane jedno w drugie informowały, „że w tym domu nic nie jest do dostania”
źródło: Światowid
z kolei dwa koła wpisane jedno w drugie informowały, „że w tym domu nic nie jest do dostania”
dwa czworoboki zachodzące na siebie upewniały, że mieszkańcy tego domostwa łatwo dadzą się zastraszyć
źródło: Światowid
dwa czworoboki zachodzące na siebie upewniały, że mieszkańcy tego domostwa łatwo dadzą się zastraszyć

Dziś wejrzymy w ciemne sprawy Warszawy i poświęcimy naszą uwagę głównie oszustwom. Przysłowiowe sprzedanie kolumny Zygmunta to była błahostka w porównaniu z innymi wyrafinowanymi kombinacjami. Ale trzeba było naprawdę mieć pomyślunek, żeby nie wpaść, natomiast głupcy zapełniali strony gazet, o czym poniżej.

Szopenfeldziarze

Gawiedź z XXI wieku sądzi, że zacny zawód szopenfeldziarza polegał na kradzieżach sklepowych. Błąd. Prawdziwy szopenfeldziarz wynosił ubrania i płaszcze założone na siebie, a ukryte pod własną garderobą. To tak, jak czynią niektóre panienki w supermarketach, zabierające do przymierzalni pięć – siedem bluzeczek, a oddające na przykład cztery. Zysk niewielki, a jaki potem może być wstyd...

Drzewiej kradło się znacznie lepsze rzeczy. Doświadczony szopenfeldziarz, wzbudzający wyglądem zaufanie, poszedł do sądu okręgowego, gdzie podając się za adwokata, odwiedził gabinet sędziowski. Akurat nikogo tam nie było, więc piorunem włożył na siebie okazałe futro i czmychnął. Nie wziął jednak pod uwagę zmiany gabarytów. Tymczasem stojący na parterze woźny przypomniał sobie, że pan mecenas przed kwadransem był znacznie chudszy, więc grzecznie przeprosił go, rozpiął mu płaszcz i odnalazł futro.

Policja miała twardy orzech do zgryzienia, ponieważ złodziej podawał wymiennie kilka nazwisk i powstał kłopot z jego identyfikacją. Jak się okazało, było to działanie celowe, gdyż chciał on odwleczenia sprawy i przyschnięcia całej afery. Wiedział, że nie miał szans przed sądem, gdyż najgorszą rzeczą, jaką można było zrobić, to okradzenie sędziego. Natrafiliśmy też na trop szopenfeldziarki Anieli Mazurek, która nakładała na siebie bieliznę damską, a także kradła różne grzebyki oraz ozdoby fryzur, wpinając je po prostu we włosy. Wpadła w sklepie przy Wolskiej, którego właścicielka zobaczyła na głowie wychodzącej klientki znacznie więcej ozdób, niż w owym czasie się nosiło. A na komisariacie okazało się, iż Aniela Mazurek ma na sobie trzy pary majtek.

W cudzej skórze

Niektórzy nasi pradziadowie mieli skłonność do zmiany zawodów. Na przykład zdun Józef Dąbrowski (Górczewska 38) udawał dekarza i w takiej to formie wszedł na dach Szpitala św. Ducha, gdzie – ku zdumieniu personelu medycznego – zaczął zdejmować dachówki. Rzecz w tym, że dach nie tylko nie przeciekał, ale był pół roku wcześniej remontowany. Wezwano więc dozorcę, a ten wraz z pomocnikiem, zaopatrzywszy się w tęgie lagi, poszli na strych. Dąbrowski nie miał którędy uciekać i poddał się do niewoli. Wcześniej dozorca nakazał mu ponowne zamocowanie dachówek.

Kolejny oszust bez zawodu – jak to stwierdzono – symulował elektrotechnika i odwiedzał mieszkania starszych ludzi. Tam to narzekał na problemy z odbiorem audycji radiowych, słuchał tegoż radia, po czym szedł oglądać antenę na dachu. I znikał. Tak stało się przy Solnej 14, gdzie z bardzo przyzwoitego radia skradł lampy warte wówczas niebagatelną sumę 50 złotych (stawka średnio wykwalifikowanego robotnika wynosiła w latach 30. około jednego złotego na godzinę). Złodzieja nie złapano, ale policja wiedziała już, o kim mowa, gdyż grasował po mieście od paru miesięcy.

Nieco większą finezją wykazało się towarzystwo: Jan Rokomolski, Konstanty Rybowski, Kacper Ryba, Abram Rozenek oraz Izaak Rozenbaum. Kupili oni czapki przypominające pracowników miejskich wodociągów, odpowiednio się ubierali i ruszali wozem konnym w miasto. A tam dokonywali kontroli kranów i białego montażu, jakbyśmy to dziś nazwali. Stwierdzali, że mosiężne, a nawet miedziane krany (bo i takie wtedy były) są niewiele warte, więc trzeba je wymienić. Brali nawet muszle klozetowe, a raz ukradli piękną wannę. Oczywiście – „do wymiany, wieczorem przywieziemy naprawione”.

No i dojechali do ulicy Gęsiej, gdzie z kilku budynków wynieśli 14 klozetów oraz 17 kranów. Jeden z dozorców stał w bramie i widział wynoszenie fantów z sąsiedniej kamienicy, kiedy więc rzekomi hydraulicy weszli do jego posesji, zawiadomił policję.

W „magazynie” pana Rozenka funkcjonariusze odnaleźli około 700 niesprzedanych detali.

Jeszcze większą finezją wykazał się znany oszust Menasze Goldblutt, który zimą roku 1938 wpadł na pomysł zorganizowania „Karnawału na lodzie”. W tym to celu nabył dobre ubranie oraz jesionkę dla Mateusza Tatara, by ten, wzbudzając zaufanie, rozprowadzał karnety w cenie 10 złotych z zaznaczeniem, iż dochód przeznaczony będzie na szczytny cel – dla wdów oraz sierot. Gwoździem widowiska miał być udział słynnej łyżwiarki Sonji Henie. A prawdopodobieństwa całej imprezie dodawały nazwiska rzekomych protektorów imprezy. Kiedy tłum przybył na Dynasy, lodowisko zastał opustoszałe, ale policja dość szybko dała oszukanym satysfakcję, aresztując Goldblutta i kilku jego pomocników.

Głupota wrodzona

Do dziś nie wiadomo, co kierowało Mońkiem Bidermanem, który na Nalewkach założył lewą firmę bławatną. Nie mając zbyt dużo pieniędzy, płacił hurtowymi wekslami, które to wykupywał w terminie, zyskując zaufanie. Kiedy nabrał towaru za ponad 40 tysięcy złotych, sprzedał go za pół ceny i czmychnął. Policja zachodziła w głowę, jaki sens miała ta cała operacja, skoro Biderman otworzył firmę na własne nazwisko, wśród ludzi doskonale go znających, a posiłkował się własnym synem, który po zniknięciu taty... pozostał na miejscu. Syn poszedł siedzieć, ale ojca podobno do wybuchu wojny nie znaleziono...

Jeszcze większa głupota kierowała niejakim Skwierawskim albo Skwierańskim, jak podawały gazety. Wpadł przez zupełny brak rozsądku, a cała historia nie jest bynajmniej śmieszna. Zaczęła się na Młocinach, gdzie dzieci odkryły rękę wystającą z ziemi. Policja wykopała ciało mężczyzny zastrzelonego z tyłu; nie znaleziono przy nim żadnych dokumentów. Po kilku dniach okazało się, że był to Jan Szlendak, zawodowy kierowca taksówki. Auto marki Steyer 50 zniknęło.

Zaczęto poszukiwania, podczas których warszawscy taksówkarze zeznali, że widzieli ten samochód z naiwnie zamalowaną rejestracją; pozostała jej tylko połowa. Media nagłośniły całą sprawę i wówczas stwierdzono, że trop prowadził do Lublina, gdzie poszukiwany paradował w mundurze kolejarza, a potem do Lwowa. Skwierawski, posługując się własnymi dokumentami, wynajmował tam pokoje. Dodatkowo we Lwowie podał, że jest pracownikiem policji, a pracownik hotelu przeczytał, iż to radiooperator na statku. Został aresztowany i stwierdzono, że mimo „mowy inteligentnej” nie jest w stanie podać, dlaczego tak postąpił i po co zabił człowieka. Sprawa ta, która dość długo bulwersowała warszawiaków, była zapowiedzią całej serii podobnych bezsensownych morderstw, jakie wydarzyły się, ale już po wojnie.

I na koniec coś, ku rozweseleniu nastroju. Otóż znany lekarz Natan P. miał niezwykle zazdrosną małżonkę, która posądzała go o rozliczne romanse. Kobieta przebierała się, by śledzić męża. I raz ujrzała go, gdy na ulicy Chmielnej wsiadał do auta z młodą, atrakcyjną damą. Natychmiast zrobiła użytek z parasolki, tłukąc oboje ku uciesze zebranego tłumu. Niestety, po dokonaniu zemsty dowiedziała się, iż dama specjalnie przyjechała po doktora P., by zawieźć go do swego chorego dziecka. Wcześniej jednak pani P. dostała lanie od swego męża, który nie poznał jej w przebraniu i sądził, że ma do czynienia z agresywną wariatką.

Dodaj swoją opinię lub napisz na czytelnik@zw.com.pl

Życie Warszawy