Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Nowi święci, nowe święta

Rafał Jabłoński 06-04-2012, ostatnia aktualizacja 06-04-2012 22:23

Bohaterowie pracy socjalistycznej mieli być wzorem do naśladowania. Wyszła z tego karykatura

Przed kilkoma dniami media doniosły o ogłoszeniu przez premiera Rosji plebiscytu na najlepszego pracownika. I to nie był primaaprilisowy żart. A starzy mieszkańcy miasta z politowaniem kiwali głowami, gdyż to samo chciano u nas wprowadzić 66 lat temu.

W 1945 roku „Głos Ludu" trąbił: „Wyścig pracy przy odbudowie Warszawy. Robotnicy stają do szlachetnego współzawodnictwa w dziele szybkiej odbudowy stolicy. Pepeerowcy dają przykład". Ci „pepeerowcy" to oczywiście członkowie jedynej słusznej Polskiej Partii Robotniczej.

Już pod koniec lat 40. zaczęło się zastępowanie świąt chrześcijańskich świeckimi. O Bożym Narodzeniu i Wielkanocy pisano w gazetach coraz mniej, aż w końcu doszło do tego, że warszawiacy dowiedzieli się, iż mają Boże Narodzenie – z informacji o świątecznym kursowaniu tramwajów. Z Wielkanocą było podobnie. Pojawili się też ateistyczni święci, którzy dostali swe place, ulice oraz pomniki. No i byli błogosławieni, jak ich niektórzy nazywali, czyli wzory do naśladowania. To właśnie rekordziści pracy. Ich portrety zdobiły centralne miejsca stolicy. Jako dziecko oglądałem je na placu Unii Lubelskiej.

Księga rekordów Guinnessa

Wszyscy mieli się cieszyć, bo „rekord światowy w układaniu cegły pobili murarze warszawscy" – zachwycał się „Kurier Codzienny". Jak się okazało, dotychczasowy rekord wynosił „31 tysięcy cegieł na jeden zespół murarzy". A nasi ułożyli 33 250, ale w tle pojawił się duch Stachanowa. Otóż tenże górnik sowiecki wyrąbał w 1935 roku gigantyczną ilość węgla, no i oczywiście stał się bohaterem. Ale inni koledzy stali w tym czasie bez pracy, bo całe sprężone powietrze szło na jego młot, a wszystkie wagoniki wywoziły jego węgiel. I to samo u nas.

W robotach pomocniczych, jak doniósł „Kurier Codzienny", brało udział 43 robotników. Rzecz była sterowana, gdyż „przed zakończeniem pracy zespołów murarskich, przybył na budowę min. Budownictwa – Spychalski i przewodniczący Rady Centralnej Zw. Zaw. – Zawadzki". A rzecz miała miejsce 11 czerwca 1949 roku, podczas stawiana domu mieszkalnego na Mokotowie. Niestety gazeta nie podała którego.

Nasi rekordziści nie trafili do księgi Guinnessa, podobnie jak „przodujący brygadzista FSO na Żeraniu". Jak poinformował „Express Wieczorny", dzięki usprawnieniu Franciszek Dutkowski w roku 1953 uzyskał 1350 proc. normy. Otóż wykonywał on formy tzw. bandaży odlewniczych. Do tej pory na jedną sztukę przeznaczano ponad godzinę. „Dutkowski stosując udoskonalony przez siebie przyrząd, pracę tę skrócił do 5 minut". I tu mała dygresja – nie wszyscy kochali naszych stachanowców, bo całej reszcie zespołu podnoszono normy, a płacono tyle samo.

Szał

Socjalistyczny stosunek do pracy, jak go zwano, polegał na przekraczaniu norm, współzawodnictwie i zobowiązaniach produkcyjnych. „Każda zaoszczędzona roboczogodzina umacnia nasze siły" – twierdziła „Trybuna Ludu". Z kolei w 1952 roku „Stołeczne zakłady podjęły apel uczczenia 60. rocznicy urodzin prezydenta Bieruta". Nieco wcześniej „Elektrownia Warszawska zwyciężyła we współzawodnictwie z Elektrownią Łódzką" – cieszyła się „Polska Zbrojna". Przyszło nowe.

Jeszcze pod koniec  1948 roku można było nieco parsknąć śmiechem nad pomysłem przystąpienia do rywalizacji przez teatry warszawskie. „Współzawodnictwo polegać będzie na wystawieniu jak największej liczby przedstawień na terenie świetlic robotniczych i fabryk. W programie przedstawień przewidziane są występy wokalne i recytacje, pieśni ludowe polskie i radzieckie, utwory o treści poważnej, społecznej i rozrywkowej". Pomysł ten można było jeszcze znieść, ale już organizowanie tychże spotkań „bezpośrednio po pracy od 16 do 18", kiedy to wszyscy spieszą się do domów albo po dzieci do przedszkoli, to była groteska.

Ale partyjni propagandziści szli na całego. „Głos Pracy" w 1952 roku dął w surmy – „Brygada szturmowa FSO w realizacji zobowiązań na 22 Lipca". Komuś pomieszały się już sprawy pracy z wojną.

W końcu szalone pomysły zaczęły ocierać się o absurd, co zresztą zauważyły wydziały propagandy jedynie słusznej partii i od 1954 roku zaczęły uspokajać entuzjastów.

Nieco rozsądku

Starzy robotnicy wiedzieli, że rekordy w pracy nie idą w parze z jakością wykonania. Nowi święci, którzy figurowali na wielkich portretach, mieli często kłopoty. Popędzani przez aktywistów partyjnych z konieczności pracowali źle, jak podczas budowy MDM, kiedy to spędzano z rusztowań robotników wykańczających elewacje, bo trzeba było je rozbierać, gdyż za kilka godzin – otwarcie. Mniej więcej trzydzieści lat później, letnim wieczorem byłem świadkiem, kiedy ze ściany w okolicach Koszykowej runęła cała płyta piaskowcowa, roztrzaskując chodnik i rozrywając się na dziesiątki kawałków, które pokaleczyły parę osób. Okazało się, że skutkiem „prędkiej pracy" był po latach wymuszony remont wszystkich elewacji.

Ponieważ stachanowcy oraz ich zobowiązania nie wszystkim przypadały do gustu, partolono robotę, czyli uzyskano skutek odwrotny do zamierzonego. „Jedno mieszkanie na Mirowie mniej po każdej wypłacie. Winę ponoszą pijacy i nieroby". Trzeba więc było sięgać do sprawdzonej wcześniej motywacji.

O ile odznaki „Odbudowy Warszawy" za wydajną pracę przy wiadukcie żoliborskim mało kogo satysfakcjonowały, to „Milion dla robotników mostu Poniatowskiego", czyli premia od ministra Odbudowy, była solidną sprawą. Także nagrody pieniężne, jakie w 1950 roku otrzymali wyróżnieni we współzawodnictwie pracy w MZK (podaję za „Słowem Powszechnym"), to porządna zachęta. A już naprawdę satysfakcja nastąpiła po czwartym etapie współzawodnictwa w „Wedlu" (wtedy jeszcze nie nazywał się 22 Lipca). Otóż przodownicy pracy otrzymali, jak podało „Życie Warszawy", mieszkania oraz nagrody. Młodszym czytelnikom należy się wyjaśnienie – do początku lat 60. mieszkańcy stolicy dostawali mieszkania za darmo.

W każdym razie etos pracy przegrywał z motywacją materialną, i jak już wspomniałem, około 1954 roku święci i błogosławieni nowego rodzaju poznikali z ulic miasta. A potem przyszedł Festiwal Młodzieży w roku 1955 i nawet partyjni entuzjaści zobaczyli, że można żyć inaczej.

Odezwa FSO

Załoga Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu w Warszawie wzywa ludzi pracy całej Polski do uczczenia czynem produkcyjnym 34. rocznicy Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej. W dniu 7 listopada 1951 r. na 54 dni przed terminem zejdzie z taśmy pierwszy polski samochód osobowy marki M-20 „Warszawa".

—Trybuna Ludu

Życie Warszawy

Najczęściej czytane