Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Żeby komedia była w Komedii

Jan Bończa-Szabłowski 14-06-2012, ostatnia aktualizacja 14-06-2012 23:26

Polityka władz wobec stołecznych scen to jeden wielki teatr absurdu. A chcieliśmy być kulturalną stolicą Europy

Kiedyś do Warszawy przyciągano  najlepszych twórców z kraju i starano się, by każdy z teatrów zachował swą specyfikę i odrębność.Teraz nikomu z decydentów na tym nie zależy.

Zdjęcie mrocznego Wojciecha Malajkata opatrzone napisem „Zbrodnia z premedytacją" reklamujący nową dzisiejszą premierę w Polonii złośliwcy mogliby odebrać jako ostry komentarz do przemian, które ten ceniony i lubiany aktor przeprowadza w teatrze Syrena.

Rekomendowany przez Barbarę Borys -Damięcką na dyrektora Syreny Malajkat ku zaskoczeniu sympatyków i bywalców sceny przy Litewskiej postanowił zerwać z przeszłością tego teatru. Dał do zrozumienia, że bardziej niż Jurandot czy Gozdawa i Stępień w poszukiwaniach artystycznych przyświecać mu będzie duch Jerzego Grzegorzewskiego. Duch Grzegorzewskiego na razie się nie objawił, a rezygnacja ze spektakli muzycznych czy rewiowych na rzecz realizowanych z różnym powodzeniem przedstawień typu „Skazani na Shavshank" czy „Przebudzenie" sprawiła, że scena przy Litewskiej zatraciła swoją wieloletnią specyfikę, dla której została stworzona, i tym samym zaczęła upodabniać się do scen pozostałych.

Działanie niedawnego aktora Teatru Narodowego nie jest przedsięwzięciem pionierskim. Pamiętamy, jak Bogusław Kaczyński obejmując operetkowo-musicalową Romę, postanowił stworzyć z tego miejsca konkurencję dla Teatru Wielkiego, którego dyrekcja zawsze była jego marzeniem. Za jego dyrekcji Warszawa miała trzy opery (Narodowa, Roma i Warszawska Opera Kameralna) i żadnego teatru muzycznego. Podobnie też spaliła na panewce próba odcięcia się od komediowości teatru Komedia. Teatr pod nową nazwą Północny (kojarzącą się warszawiakom bardziej z wodociągiem i cmentarzem niż przybytkiem melpomeny) pod dyrekcją cenionego twórcy operowego, stał się efemerydą mimo ambitnego repertuaru i uznania krytyków. Po prostu publiczność, jadąc na Żoliborz, oczekiwała rozrywki i wytchnienia, a nie serwowanych Dostojewskiego i Iwaszkiewicza.

O tym, że władze Warszawy nie respektują tradycji i specyfiki miejsca, świadczą dziwne posunięcia w stosunku do Teatru Studio. Naturalnym kontynuatorem idei stworzonego tu przez Szajnę i Grzegorzewskiego teatru plastycznego mogliby być odnoszący międzynarodowe sukcesy Leszek Mądzik, Jerzy Kalina, Janusz Wiśniewski czy młoda obdarzona niezwykle oryginalną wyobraźnią Agata Duda-Gracz. Dlaczego o nich nikt nie pomyślał? Bo myślenie nie jest chyba najmocniejszą stroną stołecznych urzędników. I zamiast uszanować specyfikę Studia jako miejsca dysponującego ciekawymi przestrzeniami galeryjnymi, mieliśmy okazję być świadkami gorszących porażek artystycznych cenionego skądinąd z Opola Bartosza Zaczykiewicza czy twórcy, prywatnego teatru Pieśń Kozła, którego największym osiągnięciem było otwarcie... bufetu dla widzów, i wystawienie jednej z najgorszych inscenizacji Dostojewskiego.

O tym, że Warszawa  jest miastem absurdów, najlepiej świadczy przykład Matecznika Mazowsza. Kilka lat temu w podwarszawskim Karolinie  za pieniądze unijne i samorządu województwa zbudowano imponującą, świetnie wyposażoną scenę dla Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze. Po hucznej inauguracji zorientowano się, że dojazd do Matecznika z Warszawy jest na tyle utrudniony, że większość roku będzie stać pusty. Co z nim dalej zrobić? Znam prostą odpowiedź.  Należy ściągnąć znanego performera Christo. Na opakowany przez niego Matecznik nalepić znaczek i wysłać na plac Defilad. W ten sposób świetnie prowadzony przez Wojciecha Kępczyńskiego musicalowy teatr Roma gnieżdżący się w nieswojej, pozbawionej wygodnego foyer siedzibie, doczekałby się sceny  z prawdziwego znaczenia, którą władze Warszawy obiecywały od dawna. Zwłaszcza wtedy, gdy starały się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury.

Życie Warszawy

Najczęściej czytane