r e k l a m a

Masowych zrywów będzie coraz mniej

Maciej Robert 16-06-2008, ostatnia aktualizacja 17-06-2008 22:13

Francuski pisarz, autor głośnych „Cząstek elementarnych“ i „Platformy“ spędził w Polsce tydzień. Zainteresowanie było ogromne, w stolicy na spotkania z nim przyszły tłumy. Nam Michel Houellebecq mówi o miejscu i kondycji współczesnego człowieka.

autor zdjęcia: Gardziński Robert
źródło: Fotorzepa

Uważa się pan za pisarza realistycznego?

Michel Houellebecq: Tak. Jest to termin na tyle szeroki, że odpowiedni.

Pytam, bo to, co dla człowieka Zachodu jest krytyką współczesności, w Polsce jest wciąż jeszcze odległą groźbą. Zazdrości nam pan tej wiary w człowieka, czy raczej patrzy z politowaniem osoby, która wie lepiej?

Groźba, o której pan mówi, wcale nie jest tak odległa; co więcej – ona może zaczyna już się ziszczać. Szybkość przeobrażeń historii jest trudna do określenia – przykładem może być choćby zawrotne tempo zmian w Hiszpanii. Szczerze mówiąc, przez cały pobyt w Polsce nie słyszałem o wierze w człowieka, raczej o podejściu do życia, które wynika bezpośrednio z wiary w Boga. We Francji, kiedy mówimy o humanizmie, mamy na myśli naukę o człowieku, ale bez wiary w Boga. I to jest najważniejsza różnica w stosunku do Polski.

Uważa się pana za skandalistę. To dość dziwne określenie w czasach, gdy nie ma już żadnych tabu.

Wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach jest więcej tabu niż kiedykolwiek. Świadczyć mogą o tym procesy sądowe, które mi wytoczono. W jednym z nich piętnowano moją opinię na temat islamu, w innych zaś, o których w Polsce pewnie nie słyszano, oskarżano mnie o antysemityzm, a nawet o pedofilię. Wiele było takich przypadków, więc konstatacja, że nie ma już żadnych tabu, w świetle tych oskarżeń nijak się nie broni.

Kiedy pan o tym mówi, odnoszę wrażenie, że łatka skandalisty się panu podoba?

Nie, to jest tylko wkurzające.

Zatem przejdźmy do literatury. Pana pierwszym głosem w sprawie upadku cywilizacji zachodniej było „Poszerzenie pola walki“. Ale to nic nowego – Oswald Spengler prorokował go już na początku XX wieku, po nim tezę tę propagowało jeszcze wielu myślicieli, a Zachód wciąż się jakoś trzyma. Może nie jest tak źle? Może kapitalizm jest ustrojem niemal idealnym?

Czy jest ustrojem idealnym? Na pewno został wybrany przez społeczeństwo dobrowolnie i to jest jego plus. Co do Spenglera – szczerze mówiąc, nigdy nie czytałem tej książki, wiem tylko o jej istnieniu. Dla mnie wiek XX nie jest żadnym końcem zachodniej cywilizacji, wręcz przeciwnie – ja akurat sytuuję na przykład złoty wiek miłości w latach 50. XX wieku.

W 1998 r. – 30 lat po pamiętnym maju – ukazała się pańska druga powieść „Cząstki elementarne“, która demitologizowała ówczesne wydarzenia i opisywała ich negatywne skutki. Wypowiada się pan w niej krytycznie o pokoleniu ‘68. Czy jednak dzisiejsze nihilistyczno-konsumpcyjne społeczeństwo byłoby stać na jakikolwiek zryw?

Na pewno będzie coraz mniej reakcji grupowych. Masowe zrywy są dzisiaj nie do pomyślenia. Współczesny człowiek jest, jak nigdy dotąd, wyobcowany ze społeczeństwa jako większego zbiorowiska, pozostaje mu tylko samotność.

I wszechobecny w pańskich powieściach seks. W „Platformie“ upatruje pan w nim płaszczyzny porozumienia między Wschodem a Zachodem...

To raczej platforma porozumienia między kobietą a mężczyzną, która wskazuje zarazem na banalność fantazmatów seksualnych wszystkich ludzi. Tak naprawdę wszyscy chcą na tej płaszczyźnie tego samego – w swoich pragnieniach są bardzo podobni, a Tajlandia daje im to bez przeszkód. Jest ona ciekawym przykładem, ponieważ jest to jedyny kraj azjatycki, który nie był skolonizowany. Dzisiaj również opiera się prymatowi europejskiemu czy szerzej – zachodniemu. Wśród klientów tajskich prostytutek jest przecież bardzo dużo Azjatów – głównie Chińczyków i Japończyków. Powiedziałbym raczej, że chodzi tu o pewien rodzaj specjalizacji w ramach światowej turystyki. Tak samo, jak jeździ się do Francji na degustację win, do Tajlandii jeździ się na masaże erotyczne.

Tak, ale opisywane przez pana w „Platformie“ biura podróży przemycają zwykłą seksturystykę pod płaszczykiem egzotycznych wycieczek. Czy to zawoalowanie nie jest formą tabu, o którym mówiliśmy wcześniej?

Absolutnie tak, aczkolwiek są państwa, w których mówi się o tym wprost – na przykład w Rosji. To zależy od kraju – fakt, że Francja jest krajem pełnym hipokryzji, nie jest żadną nowością. A religia? Pańscy bohaterowie poszukują w niej jakiegoś wyższego bytu, czy pcha ich tam tylko samotność?

Na pewno samotność odgrywa ważna rolę. Ludzie potrzebują rzeczy, w których będą razem. Religia daje poczucie wspólnoty, to jest jedna z jej głównych sił. Każda religia działa na zasadzie organizacji zespołowej.

Nie można wierzyć w pojedynkę?

Bez wahania odpowiem, że potrzebujemy organizacji, żeby wierzyć. Sami nie wierzymy.

W ostatniej pańskiej powieści, „Możliwości wyspy“, opisuje pan daleką przyszłość. Czy wierzy pan w utopijny projekt stworzenia nowego człowieka? W huxleyowską „Wyspę“ i „Nowy wspaniały świat“?

Akurat książki Huxleya są utopiami, które mi zupełnie nie pasują, uważam je za mdłe i nijakie. To książki dla ludzi wypalonych, którzy nie mają większych możliwości intelektualnych.

A pańska wizja przyszłości nie jest nijaka?

Ja tak nie uważam. Ale „Możliwości wyspy“ jest antyutopią, co mogłoby pewne rzeczy tłumaczyć.

Brak uczuć, miłości, więzi międzyludzkich. Czy to jest to, co nas czeka?

Ale to już się dzieje!

Co stało się zatem z tradycyjnymi kategoriami kobiecości i męskości? Co się stało z miłością, z rodziną?

Ewidentnie kategoria rodziny w dzisiejszym świecie zanika. Albo raczej ulega pewnej redukcji w stosunku do dawnego pojęcia rodziny jako bytu wielopokoleniowego. Rozpad więzi międzyludzkich, powszechność rozwodów, liczba dzieci pochodzących z rozbitych związków – wszystko to powoduje, że pojęcie rodziny się zdewaluowało. Dziś są tylko krótkotrwałe związki między kobietą a mężczyzną, oparte przede wszystkim na seksualnej satysfakcji.

Jaka jest zatem przyszłość ludzkości jako gatunku? Klonowanie?

W świecie liberalnym nie powinno być z tym kłopotu i myślę, że może się to rozwinąć.

Pańscy bohaterowie często myślą o samobójstwie lub wprowadzają tę ideę w czyn. Jest to raczej rezygnacja z człowieczeństwa czy może jedyny możliwy w tak spustoszonym moralnie świecie ludzki odruch?

Nie trzeba popełniać samobójstwa. I tak umieramy.

Postaci z pańskich książek to osoby przeraźliwie nijakie. Czy taki jest literacki everyman przełomu wieków?

Ich zwyczajność objawia się przede wszystkim na poziomie konsumpcji jako głównym wyznaczniku środowiska społecznego.

Poznał pan świat, który pan opisuje? A może posiłkuje się pan opisami z innych źródeł? Czy zawierza pan wyobraźni?

Nie jestem aż tak systematyczny jak przeciętny autor amerykański, zawsze jednak staram się zbierać dokumentację – na przykład podczas pisania „Platformy“ prenumerowałem pisma turystyczne.

A jak było z sektą Raelian?

Tam się udałem osobiście, ale raczej na zgromadzenia otwarte dla ludzi z zewnątrz.

„Sztuka nie może zmienić życia“ – mówi Michel Renault, główny bohater „Platformy“. Jaka jest zatem jej rola? Czy jest ona w ogóle potrzebna?

Jest to jakaś ogólna ludzka potrzeba, nie potrafię tego dokładnie sprecyzować. Potrzebę sztuki da się zaobserwować u człowieka już w bardzo wczesnym wieku. Ale dlaczego ludzie jej potrzebują – nie wiem. W „Platformie“, która ukazała się miesiąc przed atakiem na WTC, opisał pan terrorystyczny zamach bombowy. Jak pan się wtedy czuł? I jak pan się czuł oskarżony przez islamistów, których religię nazwał pan „najgłupszą na świecie“?

Nie mam wrażenia, żebym przepowiedział 11 września. Raczej późniejsze o rok ataki na wyspie Bali. Same procesy były natomiast dość uciążliwe, ale jako takie nie były niczym zaskakującym – we Francji każdy się procesuje, to jakaś obsesja. Swojego zdania o islamie nie zmieniłem.

Jak się pan czuje jako ikona literatury, która doczekała się wiernych uczniów i następców?

Dobrze. Tak czy siak, zawsze jesteśmy oceniani przez tych, którzy przyjdą po nas. To jest usankcjonowany system, w którym autorzy oceniają swoich poprzedników. Przyszłość dzisiejszych pisarzy zależy od ich następców.

Życie Warszawy