Lakersi na kolanach!
Boston Celtics zmiażdżyli Los Angeles Lakers 131:92 w szóstym meczu wielkiego finału NBA i sięgnęli po pierwszy od 22 lat tytuł mistrzowski.
– To chyba iluzja! – krzyczał Paul Pierce, zasłużenie wybrany MVP serii finałowej.
Godzinę po zakończeniu niedzielnego, przegranego przez Celtów, spotkania numer pięć Pierce powiedział „ŻW“: – Ciągle mamy przewagę w tej rywalizacji i nadal uważam, że jesteśmy lepszym zespołem. Jego słowa sprawdziły się w 100 procentach.
Lider Lakers Kobe Bryant rozpoczął znakomicie – po trafieniu trzech trudnych rzutów z dystansu uśmiechnął się ironicznie do kryjącego go Raya Allena. Ale jego strzeleckie popisy zakończyły się w połowie… pierwszej kwarty. Zorganizowana perfekcyjnie przez drugiego trenera Celtów Toma Thibodeau defensywa gospodarzy uniemożliwiała Bryantowi (7 na 22 z gry, 22 pkt, cztery straty) wejścia pod kosz, gdzie czekało na niego czasem nawet czterech rywali. Kobe mógł więc próbować rzucać za trzy albo podawać do partnerów, którym jednak ręce trzęsły się ze strachu.
Młoda drużyna z L.A. z upływem czasu ulegała coraz większej dominacji weteranów z Bostonu. Kevin Garnett niemiłosiernie ogrywał pod koszem Pau Gasola i Lamara Odoma, Pierce po spudłowaniu pierwszych rzutów zaczął z powodzeniem rozgrywać piłkę, a Allen robił to, co potrafi najlepiej – trafiał z czystych pozycji. Zaliczył aż siedem trójek, czym wyrównał rekord finałów.
Celtics powoli odskakiwali rywalom, a pod koniec drugiej kwarty wręcz zdemolowali Lakers, uzyskując 23-punktową przewagę. W przerwie Phil Jackson starał się w bardzo ostrych słowach zmobilizować Lakersów, ale... trzecia kwarta była jeszcze gorsza. Ekipie z Bostonu wychodziło wszystko – rzuty, zbiórki na obu tablicach oraz mistrzowska defensywa. Symboliczne znaczenie miała gra Rajona Rondo, który przyszedł na świat w 1986 roku, czyli wtedy, gdy Celtics zdobywali swój poprzedni tytuł. We wtorek – mimo niezaleczonego urazu kostki – był bodaj najlepszy na parkiecie.
Dwukrotnie wyrwał piłkę z rąk Bryanta i w sumie zaliczył 21 punktów, osiem asyst, siedem zbiórek i aż sześć przechwytów.
W ostatnich minutach Celtics już bawili się z upokorzonym przeciwnikiem, grając efektownie i pod publiczkę, czyli w stylu „showtime“ prezentowanym swego czasu przez Lakers. Ostatecznie wygrali z największą przewagą w historii spotkań zamykających rywalizację o tytuł, a jeszcze przed końcową syreną Pierce wylał na głowę trenera Doca Riversa wielki kubeł napoju energetycznego.
– Mam wreszcie swój pierścień! – mówił Garnett, obejmując Billa Russella, zawodnika, który 11 razy zdobywał mistrzostwo z Celtics. A gdy udzielał wywiadu reporterce telewizji ABC, długo nie mógł opanować wzruszenia. – Wybacz, ale teraz jestem w amoku – mówił Garnett. 32-latek później klęczał na środku parkietu i całował logo klubu, do którego przyszedł w ubiegłym roku po wielu frustrujących latach w Minnesocie.



DRUKUJ
WYŚLIJ
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
