r e k l a m a

Wolność na szóstym biegu

Dziubłowski Przemek , Maciej Miłosz 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 25-06-2008 15:52

Podróżnik mówi, dlaczego to właśnie on jest odkrywcą źródeł Amazonki, i co czuje, gdy wraca z dżungli do Warszawy. Z Jackiem Pałkiewiczem rozmawiają Przemek Dziubłowski i Maciej Miłosz.

źródło: Życie Warszawy
źródło: Życie Warszawy

Skąd pomysł, by szukać źródeł najdłuższej rzeki świata?

Jacek Pałkiewicz: Moja przygoda z Amazonką rozpoczęła się w połowie lat 70., kiedy przemierzyłem ją szlakiem odkrywcy Francisco Orellany z ekwadorskiego Quito, przez Manaus, aż do Belem nad Atlantykiem. Poruszałem się różnymi łodziami – zwykłymi środkami transportu publicznego. I pomyślałem sobie, że warto dotrzeć do samych źródeł rzeki. 20 lat później pomysł ten zrealizowałem.

Były różne wyprawy. Dlaczego pana odkrycie zostało oficjalnie uznane przez Towarzystwo Geograficzne w Limie?

Bo wszystko zostało zrealizowane zgodnie ze współczesnymi wymogami nauki, badania prowadzili specjaliści w danych dziedzinach. Inne wyprawy miały charakter spontaniczny. Był jeden angielski dziennikarz w Peru. Wziął sobie komandosa, który przepłynął Atlantyk na wiosłach, i rzekł: może byśmy poszukali źródeł Amazonki. Pojechali, trochę pogrzebali i postawili flagę, że tu i tu jest źródło. Bez żadnych analiz, bez badań. Gazety to pokazały i wiadomość poszła w świat. Ale nigdy nie było żadnego oficjalnego potwierdzenia. W tamtych okolicach wmurowanych jest co najmniej kilka tablic mówiących: „tu są źródła Amazonki“.

Trudno było je odnaleźć?

Trudno. Zaczęliśmy na wysokości 4800 m n.p.m., a doszliśmy do 5100. Przeszliśmy tylko kilkadziesiąt kilometrów, ale praca na takiej wysokości jest naprawdę ciężka. Jest mało powietrza, jak człowiek szybciej zrobi trzy kroki, od razu ma zadyszkę. Choroba wysokościowa, zwana tam „soroche“, jest jak potężny kac. Czasem prowadzi do obrzęku płuc czy mózgu. Ze względu na warunki pojawia się dużo szybciej niż w Himalajach. Dlatego mieliśmy kilka dni aklimatyzacji. Miejscowi Indianie Keczua cały czas żują liście koki. To pomaga i na zimno, i na głód. Też to żuliśmy i dodatkowo piliśmy herbatę z liści koki. Łykaliśmy też diamox na rozrzedzenie krwi.

Co pan czuł, kiedy już dotarliście do tych upragnionych źródeł?

Nie było jakiegoś niesamowitego uczucia. Rozmawiałem kiedyś z Jurkiem Kukuczką – zaraz po tym, jak zdobył Anapurnę, a ja byłem dużo niżej w jednym z obozów. Spytałem, czy czuje satysfakcję. A on mi na to, że jest tak upieprzony, że nic nie czuje. Ja miałem to samo. Byliśmy tak zmęczeni, że zrobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy. Dopiero po jakimś czasie poczułem, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty.

To było w 1996 roku. Dlaczego potwierdzanie pańskiego osiągnięcia trwało aż 12 lat?

W przypadku wynalazku technicznego jest to łatwe – idzie się do urzędu patentowego i wszystko jasne. Z odkryciami geograficznymi jest inaczej. Nie ma instytucji, która byłaby takim autorytetem. Nauka często bywa hermetyczna i potrzebuje czasu, aby zaakceptować nową teorię. Dlatego trwa to lata. Nie bez znaczenia jest szerokość geograficzna – gdyby to się działo w Europie, zajęłoby najwyżej rok. Ale to jest Ameryka Łacińska. Tu wszystko jest „manana“, wszystko odkłada się na jutro.

To w końcu co jest dłuższe: Nil czy Amazonka? W szkole uczono nas, że Nil...

Nil przez lata był najdłuższy, bo mierzyło się go na mapach dużo dokładniejszych. Amazonka nigdy nie miała takich map. Przez długi czas nie było zdjęć lotniczych, a rzeka ta wypływa z And i cały czas meandruje, czego na mapach mniej szczegółowych już nie widać. Dlatego tak długo wierzono, że Nil jest najdłuższą rzeką świata. Długości rzeki nie można podać z dokładnością do kilku metrów. Jak rzeka meandruje, to cały czas pracuje. Tu się coś odcina, tu podmywa, to się skraca, to wydłuża. Dziś już każdy mkw. Ziemi można sfotografować. Naukowcy z Instytutu Badań Kosmicznych w Brazylii od siedmiu lat robili dokładne zdjęcia Amazonki i zrobili tysiące pomiarów. Z nich wyliczali średnią i dlatego ostatnio ogłosili, że to ok. 7040 km długości. Niektórzy po prostu mówią, że nieco ponad 7 tys. km. To 200 km więcej od rzeki afrykańskiej mierzonej taką samą metodą.

Odkrył pan źródła Amazonki, szukał mitycznego Eldorado, wiele razy był w najróżniejszych dżunglach. Która wyprawa była najważniejsza?

Samotne przepłynięcie Atlantyku na łodzi ratunkowej. To była wyprawa, która dała mi nazwisko i duży komfort w szukaniu sponsora. Pamiętam trzy dni sztormu, kiedy ciągle mnie zalewało i musiałem walczyć o życie. Nie spałem, tylko wylewałem wodę. To były trzy dni walki i trzy dni modlitw o pomoc. Zastanawiałem się, czy przeżyję, ale oczywiście starałem się te złe myśli odpychać. W końcu stwierdziłem, że wsiadam na pierwszy statek, jaki napotkam. Minął sztorm, trzy, cztery kolejne dni i faktycznie spotkałem statek. Wtedy zacząłem wyliczankę: poddam się, nie poddam, tak, nie, nie, tak. Nie wiem, czy to trwało minutę, czy 15 minut, ale ostatnie słowo brzmiało „nie“. Zrozumiałem, że tak jak w samochodzie jest zwykle pięć biegów, ja mam ten szósty, który pozwala mi łatwiej odnaleźć się w trudnych sytuacjach w życiu codziennym.

I dlatego założył pan szkołę survivalu?

Nie od razu. Zanim to nastąpiło, jeździłem po różnych pustyniach i dżunglach, zbierałem doświadczenia. Podpatrywałem Indian i Buszmenów. Chciałem cały czas czuć tę atmosferę wielkiej przygody. Stąd też survival.

A czy był pan u źródeł Wisły?

Nie, nie byłem.

To jak to tak? Korciła pana Amazonka, a nie korciła Wisła?

Wisła mnie nie kusiła z prostej przyczyny. Urodziłem się w obozie pracy w Immensen, a wychowałem na prowincji w Ełku. W latach 50. nie było wielu rozrywek. Albo ktoś zajmował się sportem, albo czytał książki. Ja robiłem i jedno, i drugie. Książki pożerałem, uczyłem się na pamięć atlasów i map, zawsze marzyłem, by wyruszyć w odległy, egzotyczny świat. Odskocznią stały się też żagle. Najpierw na Mazurach, potem na Bałtyku. W 1970 r. wyjechałem po raz pierwszy do Włoch i tam się zakorzeniłem. Później zaczęły się wyprawy. Jak już raz się ruszy na podbój świata, to apetyt cały czas rośnie. Nie było mowy o tym, żeby wracać. Ale zawsze powtarzam młodym, że trzeba zaczynać małymi krokami.

A jak pan po wielkiej wyprawie odbiera powrót do miasta, do Warszawy?

Tu jest mój dom. Właściwie połowa domu, bo mój dom właściwy, tam gdzie są dzieci, znajduje się we Włoszech. A jak wracam z innego kontynentu, już w trakcie międzylądowania w Europie oddycham głęboko – znaczy jestem w domu. Nigdy nie chciałbym mieszkać poza Starym Kontynentem. Naprawdę czuję się Europejczykiem.

Ile czasu w roku spędza pan w Warszawie?

Około trzech miesięcy.

Co by pan tu zmienił?

To może powiem, czego byśmy nie zmieniali (Pałkiewicz zaczyna konsultować się z żoną Lindą, która mówi po włosku, a nasz rozmówca tym razem jest tłumaczem).

Linda: Jestem zdenerwowana, bo słyszałam, że pojawił się projekt, by obudować wieżowcami Pałac Kultury. To jest grzech śmiertelny, to przecież twarz Warszawy, widokówka miasta. Denerwuje mnie też higiena w sklepach, przeterminowane produkty i kultura obsługi, która z kulturą ma niewiele wspólnego. W Budapeszcie i Pradze jest lepiej.

Co do PKiN – pojawiła się koncepcja, by okolice Pałacu po prostu zazielenić.To dobry pomysł. Zdjąć stragany i parkingi, to przecież jakiś syfilis. Atmosferka rodem z Mozambiku i Kenii.

A co się pani tu podoba?

Niektóre parki. Łazienki. No i Starówka.

A pan, panie Jacku, ma w Warszawie jakieś ulubione miejsca?

Nie stać mnie na luksus chodzenia na spacery. Jeśli już się przechadzamy, to chodzimy do przyjaciół, więc raczej nie.

Mieszka pan na zamkniętym osiedlu, kiedy weszliśmy do pana domu, na kanapie leżał pistolet. Czy czuje się pan w tym mieście bezpiecznie?

Tu, na osiedlu, czuję się komfortowo, ale na ulicy pewniej czuję się z bronią.

Po co panu pistolet?

To wiąże się z niekonwencjonalnym szkoleniem jednostek antyterrorystycznych w nieprzyjaznych klimatycznie środowiskach. Uczestniczyli w nich niejednokrotnie funkcjonariusze policji czy GROMU. Taki charakter pracy przynosi pewne zagrożenia.

Załóżmy, że coś się dzieje, i Jacek Pałkiewicz jest na tydzień pozostawiony w dżungli Amazonii bez jedzenia i picia. Na ewentualne rany przykłada pajęczynę, posypuje ją mrówkami, które w ślinie mają antybiotyk, i wszystko jest w porządku. A co się dzieje, gdy Jacek Pałkiewicz zostaje bez środków do życia w dżungli miejskiej. Czy to jest Warszawa, czy Pekin?

Dżungla miejska jest wielokrotnie trudniejsza i bardziej niebezpieczna do życia niż ta amazońska. W Amazonii nigdy nie uciekałem przed dzikim zwierzęciem. Nawet jak pumę spotkałem, to nie uciekałem. Ona na mnie popatrzyła, ja się spociłem bardziej niż zazwyczaj, ale na szczęście sobie poszła. Pomimo jadowitych węży, anakond, insektów i chorób da się tam dobrze żyć. A w mieście, jak się tylko człowiek na chwilę zagapi, to już są kłopoty. I nie tylko chodzi o przestępczość. Ale też o różne wypadki, awarie, pożary – tych zagrożeń jest mnóstwo z każdej strony. Nie wiem, jak bym sobie poradził. Nie chcę tu dawać jakiś głupio-mądrych rad, ale na pewno bym się nie poddał.

Kiedyś powiedział pan: „Życie jest zbyt krótkie, by nie starać się o natychmiastowe nagrody“. Ma pan teraz 66 lat. Dostał pan już swoją nagrodę?

Całe życie jest dla mnie nagrodą. Wszystko, co robię zawodowo, sprawia mi przyjemność i daje satysfakcję. Nie muszę się stresować tym, że jak się spóźnię dziesięć minut, szef będzie się na mnie dziwnie patrzył. Jestem człowiekiem niezwykle wolnym. Wolnym w bardzo szerokim sensie. Nigdy nie należałem do żadnej partii – mam przyjaźnie i z lewej, i z prawej. Moja nagroda to satysfakcja z tego, co robię.

A co pan teraz planuje?

W niedługim czasie pojadę do Papui Nowej Gwinei. Na południu zachodniej Papui jest żyjące na drzewach plemię Korowai. Odkryto je dziesięć lat temu, ale ciągle żyje zupełnie poza cywilizacją. Trudno tam dotrzeć, a klimat należy do najpodlejszych, jakie znam.

Polska ma znakomite tradycje alpinistyczne. Czemu pan nie jeździ w wysokie góry?

Tam nie można mieć wszystkiego pod kontrolą. Jest się zależnym od bardzo wielu czynników.

A na tratwie ratunkowej miał pan pełną kontrolę?

Nie. Ale chciałem pokazać potencjalnym rozbitkom, że jak kiedyś znajdą się w takiej sytuacji, to mają szansę się uratować.

Ma pan jeszcze jakieś niespełnione marzenia podróżnicze?

Tam, gdzie chciałem, już byłem.

To kiedy się pan wybiera na emeryturę?

Nie wiem, co to znaczy.

Podróżnik z własną biblią

Dwadzieścia dni wędrował przez Saharę (1972 r.), samotnie przepłynął Atlantyk łodzią ratunkową (1975 r.), na reniferach dojechał do syberyjskiego bieguna zimna (1989 r.), dotarł do źródeł Amazonki (1996 r.) i był jednym z pionierów szkół survivalu w Europie. To tylko kilka z osiągnięć Jacka Pałkiewicza (rocznik 1942) – podróżnika, eksplorera i dziennikarza, autora kilkunastu podróżniczych książek i poradników. Niebawem ukaże się najnowszy – jak mówi sam autor – biblia podróżnika.Przed miesiącem peruwiańskie Towarzystwo Geograficzne z siedzibą w Limie wydało oświadczenie, w którym czytamy: „początek Amazonce daje Apacheta wypływająca z góry Quehuisha”, jak wynika z raportu z wyprawy kierowanej przez Jacka Pałkiewicza uznanego za „najważniejsze badanie na źródłem Amazonki”. Ojców odkrywców było już wielu, m.in. ekspedycje pod banderą National Geographic. – Decyzja Towarzystwa Geograficznego w Limie nie podlega dyskusji, bo, jak twierdzi nestor polskich hydrologów prof. Zdzisław Mikulski, „ostateczną decyzję w sprawie źródła rzeki orzekają odpowiednie instytucje danego kraju” – twierdzi Pałkiewicz.

Życie Warszawy