r e k l a m a

Wszystko zaczyna się i kończy w Hollywood

Marcin Harasimowicz (Los Angeles) 19-06-2008, ostatnia aktualizacja 19-06-2008 22:14

32-letni koszykarz, jeden z najlepszych obrońców ligi NBA ostatnich lat, kilka dni temu wywalczył swój pierwszy mistrzowski pierścień. Ray Allen obrońca Boston Celtics.

W finałach grał pan świetnie, choć wcześniej w play-off nie było już tak dobrze. Jak wytłumaczyć tę metamorfozę?

Ray Allen: Ciężko powiedzieć, bo moje podejście nie zmieniło się. W półfinałach z Cleveland Cavaliers rywale skoncentrowali na mnie swoją obronę, bo w sezonie zasadniczym zdobywałem przeciwko nim najwięcej punktów z całego zespołu. Robili wszystko, co mogli, by wyłączyć mnie z gry, ale dzięki temu inni gracze mieli więcej wolnego miejsca. Dlatego – jakkolwiek było to frustrujące doświadczenie – starałem się pomagać innym zawodnikom. Robiłem to zresztą przez cały rok i byłem nieco w cieniu Paula Pierce’a i Kevina Garnetta. Tak więc nie było aż tak źle, jak to z pozoru wyglądało.

Cały zespół Celtics grał z serii na serię coraz lepiej.

To prawda. Z upływem czasu dojrzewaliśmy jako drużyna. Mamy w składzie kilku młodych zawodników, dla których było to nowe doświadczenie. Oni nie wiedzieli, czego mogą się spodziewać. Pierwsze dwie rundy były dla nich nauką. Fakt, że graliśmy przeciwko coraz silniejszym rywalom, pracował na naszą korzyść. Staliśmy się prawdziwym, odpornym na stres i wszelkie niedogodności zespołem.

Fachowcy podkreślają, że w finałach świetną robotę wykonał trener Doc Rivers.

On używa różnych metod, aby odpowiednio przygotować nas do kolejnych meczów. Większość trenerów tego nie robi. Sposób, w jaki Doc prowadzi treningi i stara się nas motywować, po prostu działa. Myślę, że jego mocną stroną jest także rozwijanie talentów młodych graczy.

To pańskie pierwsze finały NBA, ale osiem lat temu był pan o krok od walki o tytuł. Wtedy jednak Milwaukee Bucks przegrali finał Konferencji Wschodniej w kontrowersyjnych okolicznościach.

Zgadza się. Mieliśmy olbrzymią szansę, zwłaszcza że w finale zmierzylibyśmy się z ekipą Lakers, z którą w sezonie zasadniczym radziliśmy sobie naprawdę dobrze. Jednak sędziowie podjęli kilka dziwnych decyzji. Na dodatek Scott Williams został wyrzucony z parkietu w trakcie szóstego spotkania za ostry, to prawda, choć bez przesady, faul na Allenie Iversonie. A potem dowiedzieliśmy się nagle, że nie może zagrać w decydującym meczu w Filadelfii, co było dla nas olbrzymim osłabieniem.

Pańska kariera nabrała rumieńców w Hollywood, od roli w filmie Spike’a Lee „He got game”.

I w Hollywood osiągnęła swój punkt szczytowy. Bo wszystko zaczyna się i kończy w Hollywood.

Życie Warszawy