r e k l a m a

Małpa, czyli seks w dawnym mieście

Wojciech Lada 10-07-2008, ostatnia aktualizacja 10-07-2008 20:07

Ważą się losy Elizeum – być może sekretnej alkowy Kazimierza Poniatowskiego. Dostarczmy pożywki wyobraźni i zobaczmy, jak wyglądały dawniej ogniska miłości – tej płatnej i tej tylko... nieoficjalnej.

*„Orgia w gospodzie” Williama Hogartha – obraz z cyklu „Kariera rozpustnika“ (1733 – 1735)
źródło: internet
*„Orgia w gospodzie” Williama Hogartha – obraz z cyklu „Kariera rozpustnika“ (1733 – 1735)

Szukanie początków warszawskich domów schadzek przypomina trochę szukanie początku świata. Prostytucja występowała tu jak wszędzie indziej – od zawsze. Kryła się po karczmach, komnatach służby zamożniejszych mieszczan, często też po prostu po bramach, a nawet usypiskach miejskich odpadów. Jedna z XVII-wiecznych stołecznych „skortyzanek” na przykład bez większego zażenowania zeznała przesłuchującym ją strażnikom, że miała „cielesny uczynek na gnoju pod górką”.

Służąc za igraszkę

Prawdopodobnie właśnie powszechność ulicznego seksu, wynikających z niego chorób, nie wspominając nawet o rosnącej z każdym dziesięcioleciem potrzebie większego w tej materii komfortu, już w średniowieczu skłoniła rajców miejskich do jakiegoś sformalizowania tego problemu. Było w tym pewnie coś z rewolucji obyczajowej, bo i czasy były takie, że za grzech niejednokrotnie płaciło się głową, a w kwestiach uciech cielesnych Kościół wypowiadał się zazwyczaj stanowczo i jednoznacznie. W tym jednak przypadku jego autorytety wykazały się sporą elastycznością i podziwu godną dawką zdrowego rozsądku. Nie w Warszawie, co prawda, lecz w Krakowie, na początku XV wieku władze miasta zwróciły się do zakonu dominikanów z prośbą o opinię, czy usankcjonować istnienie „bordeli” – mieć nad nimi jako taką kontrolę, a przy okazji czerpać zysk z podatków, czy też skazywać się na syzyfowy trud walki z tym powszechnym procederem? Ceniony kaznodzieja Jan Falkenberg obficie szermując przy okazji autorytetem św. Augustyna, oznajmił wówczas, że dzięki płatnej miłości ogranicza się inne, gorsze i bardziej grzeszne formy zaspokajania popędu, takie jak choćby gwałt czy – nie daj Boże – cudzołóstwo.

W ustach tak surowego inkwizytora, jakim był Falkenberg, był to pogląd co najmniej zaskakujący. Jednak mając w kieszeni rozgrzeszenie i potencjalnie pełniejszą sakiewkę, rady największych polskich miast już bez przeszkód zezwalały na istnienie w obrębie murów przynajmniej jednego „oficjalnego” domu schadzek.

Regułą było, że jego prowadzeniem zajmował się kat lub jego żona, a swoje pracownice – oprócz dziewek z okolicznych wsi i pozbawionych środków utrzymania ubogich mieszczek, które zgłaszały się na ochotnika – rekrutował z kobiet skazywanych wcześniej za uczynki lubieżne. Praktyka ta przetrwała bardzo długo. W połowie XVII wieku królowa Maria Ludwika w liście do pana De Noyers żaliła się: „Dawnym w Polsce zwyczajem, że kobiety, którym zdarzyło się zgrzeszyć, są chwytane i osadzane przemocą w katowskich domach, gdzie zmuszone bywają służyć za igraszkę pierwszemu lepszemu, który tego zażąda”.

Kat beł dziewkę wziął

W Warszawie taki oficjalny „zamtuz” – jak z niemiecka określano domy publiczne – mieścił się przy ulicy Rycerskiej. Biegnąca wzdłuż murów miejskich, z jednej strony w pewnym oddaleniu od klasztornych i kościelnych wieżyc, z drugiej w pobliżu tak popularnego miejsca, jakim był szafot (tam, gdzie dziś stoi pomnik Kilińskiego), ulica zapewniała zarazem dyskrecję i stały ruch. Katowski przybytek mieścił się u wylotu Wąskiego Dunaju, mniej więcej na wysokości dzisiejszego pomnika Małego Powstańca, być może w jednej z licznych baszt miejskich (tam, gdzie teraz w swoje gościnne progi zaprasza klub Czternastka). Tak przynajmniej sugeruje rubaszny wiersz Jana Andrzeja Morsztyna – podobno, a dziełko zdaje się to potwierdzać, wytrawnego znawcy tematu:„Kto nowicjat odprawiał w Lublinie/Na Czwartku, kto wie, jakie gospodynie/W warszawskiej baszcie, na mostkach we Lwowie/Co za szynk w Smoczej Jamie w Krakowie”.

Fenomenem jest długowieczność tej instytucji. Jej legalne istnienie musiało być dla wszystkich oczywiste grubo przed 1580 rokiem, skoro pod tą właśnie datą zanotowano w księgach miejskich: „Dałem mistrzowi (katowi – przyp. red.) na strawę na cztery dni, którego osadzono, gdy beł dziewkę wziął bez wiadomości pańskiej”. Jak widać, urzędnicy starali się zwalczać stręczycielskie zapędy zachłannego oprawcy, choć oczywiście tylko o tyle, o ile szkodziło to ich własnym sakiewkom. Na ich korzyść niech świadczy jednak to, że starali się również dbać o komfort katowskich podopiecznych. Pół wieku później, w 1632 roku, ówczesny kat otrzymał – jak zanotowano w rachunkach magistratu – „cztery floreny na dwa piece do burdela”.

Mimo rosnącej konkurencji ulica Rycerska cieszyła się zasłużoną reputacją jeszcze przez następne 200 lat, przynajmniej do końca XIX wieku. Piszący w początkach następnego 100-lecia Wiktor Gomulicki informował z wyraźnym niesmakiem: „W wieku XIX gnieździły się tu ostatniego rzędu jaskinie rozpusty, z których potem dzielnicę tę oczyszczono”.

Małpa zapaliła

Oczywiście istnienie oficjalnego domu publicznego nie załatwiło sprawy nierządu. Usługi „skortyzan” – określanych czasem pieszczotliwie „dobrodziejkami” lub „dobrodziałkami”, częściej mniej ciepło „przechodkami”, „wszetecznicami”, „murwami” czy po prostu „małpami” – dostępne były zwłaszcza na Podwalu, a także na obszarze Nowej Warszawy (dziś Nowego Miasta). W 1598 roku właśnie w jednym z takich nowomiejskich domów należących do niejakiego Miklusza wybuchł pożar. Jak czytamy w zeznaniach świadków Tomasza Kmedy i Stanisława Nerki: „I naprzód się kramnica zajęła, gdzie małpy mieszkały (...), a gdym zapytał , kto zapalił, powiadali, że małpa, co u Lisa była (która wcześniej służyła u niejakiego Lisa – przyp. red.), pijąc z hajdukami zapaliła”. Blisko 100 lat później głośnym echem rozeszła się sprawa mieszczki Blasikowej, na której nieobyczajne zachowanie taką oto skargę wniósł sąsiad. „Mieszkam w domu Daszkiewicza, w którym wielkie niewczasy, hałasy i niebezpieczeństwa zażywać musimy. A to wszystko dla p. Blasikowej, która w wielkim żyjąc nierządzie i niepoczciwości, podczas zjazdów ludzi po kilkunaście na złe uczynki puszcza do siebie, gdzie wielkie hałasy tańce czynią przez całą noc, potem muzykę wypędziwszy bez wstydu i bojaźni boskiej nierząd czynią”.

Usłużne te panie

Wiek XVIII jest pewną granicą w dziejach stołecznej rozpusty. Wraz z panowaniem Augusta II Mocnego błyskawicznie przesiąkły na grunt Polski powszechne już w Europie Zachodniej idee libertynizmu. Najłatwiej rzecz jasna te, które dotyczyły zagadnień sypialnianych. Sam władca – przydomek zobowiązywał – dochował się podobno 365 nieślubnych potomków, a umierając, miał powiedzieć, bez większej zresztą skruchy: „Całe moje życie było jednym wielkim grzechem”. Na seksualność warszawiaków przełożyło się to bardzo dosłownie – płatna miłość rozprzestrzeniła się po mieście, z podejrzanych zakamarków przedostając się niekiedy wręcz na salony.

Wyszła też z getta Starego Miasta, zdobywając szybko dla siebie nowe obszary bardziej już rozrośniętej Warszawy. Józef Ignacy Kraszewski pomstując kilkadziesiąt lat później nad moralnym upadkiem stolicy, zanotował przy okazji cenne informacje na temat geografii stołecznego nierządu: „Sławne naprzód bezwstydną lubieżnością Nalewki i Trębacka ulica w Warszawie, dziś już na ich miejscu ta sama stolica zmieniona w Nalewki”.

Zwłaszcza ulica Trębacka, a właściwie Krakowskie Przedmieście, w jej okolicach musiało rzucać się w oczy, skoro dziejące się tu swawole przykuły u schyłku wieku uwagę inflanckiego podróżnika Franciszka Schulza. Ten niestrudzony badacz obyczajowości warszawianek wspominał później: „Druga klasa panien (pierwsza to ekskluzywne utrzymanki – przyp. red.) mieszka o własnym koszcie i rachuje na znajomych i odwiedziny. Wybierają one zazwyczaj lokal na Krakowskim Przedmieściu, w najbardziej ożywionej jego części, między pocztą (przy Trębackiej właśnie – przyp. red.) a wnijściem do Saskiego Pałacu. Są tu domy niektóre i całe piętra po domach, które od lat wielu dla tego rodzaju mieszkanek wyłącznie zdają się przeznaczone (...). Nikt o zachowanie przyzwoitości tu nie dba, a na dowód tego lekceważenia przytoczyć mogę, że w dzień obchodu rocznicy Konstytucji, gdy król w stroju uroczystym, prymas in pontificalis, wszyscy biskupi, senatorowie i posłowie przez Krakowskie Przedmieście ciągnęli, okna tych panien pełne były oficerów i różnych ich znajomych, chociaż w pochodzie znajdowali się naczelnicy, jenerałowie ich, ojcowie i krewni”.

Zalety „tego rodzaju mieszkanek” znalazły uznanie również w oczach Francuza, niejakiego Lafontaine. Jak wspominał: „Usłużne te panie zadają sobie wiele pracy, aby dogodzić swoim panom według ich własnego gustu. Żadna przeszkoda nie stoi im na zawadzie, a Francuz powiedziałby – to zupełnie jak u nas w Paryżu”.

Nie wszędzie jednak było tak szykownie i elegancko. Na tyłach Ogrodu Saskiego, w tzw. budach gen. Czajskiego, świadczono usługi podlejszego sortu. „Nie chadza tu sama gawiedź uliczna – zanotował Schulz – często zachodzą też ludzie lepszego towarzystwa, gdy po pijanemu lub w rozpustnym kółku tracą wszelkie uczucia godności i wstydu. Pospolitymi jednak gośćmi są mieszczaństwo, służący, czeladź rzemieślnicza, głównie w niedzielę i święta”. Mimo grymasu świętego oburzenia, jaki musiał pojawiać się na jego twarzy, Schulz zachował się jak rasowy naukowiec i najwyraźniej spenetrował osobiście owo siedlisko rozpusty. Mógł w każdym razie później opisać jego wnętrza: „Mają jedną izbę i alkierz oddzielony od niej brudną szmatą”.

Pod pańskim okiem

Niestety, dzielny Inflantczyk poskąpił potomnym dalszych szczegółów. Dzięki Jędrzejowi Kitowiczowi – nieocenionemu plotkarzowi, cynikowi i złośliwcowi, który pozostawił po sobie znakomity „Opis obyczajów za panowania Augusta III” i nie mniej pikantne „Pamiętniki, czyli historia polska” – możemy jednak po trosze odtworzyć, co działo się w ówczesnych stołecznych alkowach najwyższych sfer. Ot, choćby w pracowni Marcella Bacciarellego, który: „pod pozorem wydoskonalenia sztuki malarskiej założył muzeum malarskie, do którego schodzili się malarze przedniejsi warszawscy, a między nich na stół wchodziła płatna niewiasta, rozbierała się do naga i układała się w różne figury, jak jej kazano, w których ją malarze malowali. Król zaś jegomość, siedząc w loży między malarzami, przypatrywał się z gustem oryginałowi do kopiowania wystawionemu; czasem nawet, sprowadziwszy do pokoju sypialnego, sztychował go dłutem przyrodzonym”.

Jeśli zaufać Kitowiczowi, Stanisław August Poniatowski – o tym właśnie monarsze pisał te słowa – był w ogóle gorliwym i wysmakowanym praktykantem ars amandi. W swojej sypialni w Łazienkach kazał ponoć zawiesić wielkie lustra: „Ażeby oczami dopomagał członkom około generacji pracującym, mając za rzecz pewną, iż pod pańskim okiem każda robota lepiej idzie”.

Nie wiadomo, czy Kazimierz Poniatowski – starszy brat króla – wykazywał się podobnym gustem przy urządzaniu Elizeum. Co jednak tyczy się projektu rewitalizacji szacownego zabytku, pod względem historyczno-obyczajowym rację mają raczej internauci niż eksperci. Pomysł tych pierwszych, aby w Elizeum stworzyć termy, dość dobrze w każdym razie wpasowuje się w klimat Warszawy epoki stanisławowskiej.

W podobnym przybytku, tyle że założonym przy ul. Bednarskiej przez kasztelana łukowskiego Jacka Jezierskiego: „obie płcie przyjeżdżają się często kąpać – jak odnotował wścibski Schulz – a nie potrzebuję mówić nawet o tym, że nikt się nie sprzeciwia, jeśli dwie osoby płci różnej do jednego wchodzą gabinetu”. Czy potrzeba mocniejszych argumentów?

Życie Warszawy