r e k l a m a

Wakacje nad morzem dźwięków

Marcin Flint 05-07-2009, ostatnia aktualizacja 08-07-2009 21:37

Warszawę i Gdynię dzieli pięć godzin podróży, ale jest w stanie połączyć 56 godzin muzyki. Stołeczni słuchacze czujnie i licznie obserwowali czterodniowy Open’er Festival.

autor: Beata Kitowska
źródło: Fotorzepa
autor: Beata Kitowska
źródło: Fotorzepa
autor: Beata Kitowska
źródło: Fotorzepa

Zobacz galerię zdjęć z piątkowych i sobotnich koncertów Open'era!

Po pierwszym, rozczarowującym nieco dniu, festiwal się rozkręcił. Pytani przez nas warszawiacy jednoznacznie pozytywnie ocenili występ grupy Gossip.

Wiwat rock’n’roll

- Znałam wcześniej parę piosenek Gossip, ale specjalnie mnie nie poruszyły. Koncert okazał się jednak świetny. Wokalistka Beth Ditto ma mega głos. Wygenerowała wiele pozytywnych emocji, co dobrze było widać po zachowaniu ludzi. Obyło się bez przepychanek, które miały miejsce, gdy grało choćby The Kooks – mówi Zuzia Dominiak, jak przyznaje ze śmiechem – prawie studentka.

- Po pierwsze głos, po drugie soczysta, rockowej energii jaką charakteryzował się ten koncert – potwierdza Marek Czarski, pracownik agencji reklamowej. Dla Duffy nie był tak łaskawy. - Kiepsko. Niby wszystko w porządku, tyle że bez ikry, tej niezbędnej charyzmy. Co z tego, że każdy solidnie wykonywał swoją robotę, skoro zabrakło polotu. A przecież muzyka nagrywana przez Duffy jest jak najbardziej festiwalowa, zaś ona sama ma genialny wokal. Przydałoby się tylko nieco klimatu starego rock’n’rolla - ocenia.

W opinii naszych rozmówców rozczarował Moby.

- Zawiódł mnie. Znam go i do tej pory go lubiłam, ale okazał się monotonny, jednostajny. Sprawiał wrażenie, bardzo normalnego, ciepłego „ktosia”. I dobrze dobrze, tyle, że nie zatarło to wrażenia, iż piosenki są bardzo podobne do siebie. Moby zbyt mocno wyeksponował elektroniczną część swojej twórczości, przez co do końca występu nie wytrwaliśmy – mówi zatrudniona w branży reklamowej Magdalena Chaszczuk.

Czarski też na amerykańskiego specjalistę od muzyki klubowej narzeka, acz argumentuje zupełnie przeciwnie – Zbyt różnorodnie, mnóstwo odmiennych klimatów, które nie łączyły się w spójną całość.

W piątek zdarzały się też show ekstremalne, wyciągające ze słuchaczy resztki sił witalnych.

- Byłam tak zmęczona, że dokonałam niemożliwego – zasnęłam na bardzo dobrym koncercie Crystal Castles. Podobno to co się działo pod sceną wypełnionego po brzegi namiotu przechodziło ludzkie pojęcie. Nie wszyscy to wytrzymywali – na własne oczy widziałam jak wynoszono dziewczynę, a podobno nie była to jedyna taka sytuacja. Ale przesadzony, bardzo głośny wokal idący w parze z psychodelicznym electro powodował, że warto było tam być – mówi uczennica Marta Pieczarska.

Spokój pozwoliła odzyskać Gaba Kulka.

- Taka przyjemna muzyka do puszczenia sobie wieczorem w domu. Na bardzo dobrym poziomie – mówi Chaszczuk.

Miłe niespodzianki

Sobota przyniosła triumf nadspodziewanie licznie oglądanego rapera Q-Tip’a. Wystąpił na kojarzonej głównie z etnicznymi wykonawcami World Stage.

- Bardzo dobrze, że nie grał na głównej scenie, ale właśnie tam. Przyszli tylko Ci, którzy wiedzieli, że po przejściu dwóch kilometrów zobaczą asa – tłumaczy Witek Michalak, z wykształcenia ekonomista, próbujący swoich sił na muzycznym rynku wydawniczym.

I zaczyna komplementy - Jest genialnym skurczybykiem. Nie przyjechał do nas na emeryturze, jak większość odwiedzających nas raperów, ale pół roku po wydaniu bezbłędnego albumu „The Renessaince”. Kawałki na nim umieszczone mieszał ze starymi, klasycznymi utworami z "A Tribe Called Quest". Klasykiem nad klasykami okazało się „Award Tour”. Na tą chwilę czekałem trzynaście lat, przybyłem zresztą tylko na ten koncert. I może jeszcze na Faith No More.

I na tym właśnie polegał sobotni dramat fanów dobrej muzyki – show powracającej z artystycznego niebytu grupy Mike Pattona z Q-Tipem się nakładał.

Natalia Krawczuk, PR-owiec, nie miała problemu z wyborem.

- Wokół było bardzo dużo osób, które przyjechały tu specjalnie po to, by zobaczyć Pattona. Na mnie zrobił olbrzymie wrażenie, wraz z zespołem sam był chyba zaskoczony żywiołową reakcją tłumu. Mnie zaś zdziwiła wszechstronność muzyków i porwały ballady – wyjaśnia.

Tych nie zabrakło Emillianie Torrini.

- Niezwykle klimatyczny, choć może trochę zbyt spokojny koncert. Przydało by mu się więcej emocji. Ujęła mnie skromność i delikatność tej dziewczyny. Nie tylko mnie zresztą, złożona głównie z kobiet publiczność pod sceną była zadowolona. Może dlatego, że Torrini operuje głosem z podobnym kunsztem, co Bjoerk – opowiada Kinga Miśkiewicz, wokalistka zaproszonej na Open’era Furii Futrzaków. Torrini nie zaskoczyła jej szczególnie, zrobili to weterani ska-popu z Madness.

- O dziwo podobali mi się. Przyznaję, że nie znałam ich dobrze, a mój mąż - fan, który zameldował się pod sceną godzinę przed rozpoczęciem koncertu - przekonywał, że to nie dla mnie. A jednak wystąp ujął. Było widać, iż muzycy cieszą się z grania i możliwości obcowania ze sobą na scenie. – zachwala Miśkiewicz.

- Madness grają dobrą muzykę. Ale dobry koncert to dało dopiero Pendulum – tak australijskich specjalistów od drum’n’bassu podsumowuje Łukasz Głuchowski, kontroler jakości z branży medycznej.

- Był na tyle dobry, że stwierdziliśmy, iż po nim nic już nas pozytywnie nie zaskoczy. Tak intensywny, iż wydał mi się znacznie dłuższy niż godzina i piętnaście minut. Poza energią było widać zaangażowanie – jeżeli wykazuje się nim artysta, tym samym rewanżuje mu się publiczność. I rosnącą pewność siebie – potwierdza Maciej Braksa, student.

Życie Warszawy