r e k l a m a

Woda u wrót Warszawy

Rafał Jabłoński 24-07-2008, ostatnia aktualizacja 31-07-2008 21:31

Jeśli popatrzeć na historię powodzi w stolicy, to ostatnie opady na południu Polski nie dziwią. W XIX wieku właśnie z tego powodu Wisła regularnie zalewała nasze miasto.

Rok 2001, wielka fala na Wiśle,  czyli ostatnia „jakubówka“ w Warszawie
autor zdjęcia: Przemysław Wierzchowski
źródło: Życie Warszawy
Rok 2001, wielka fala na Wiśle, czyli ostatnia „jakubówka“ w Warszawie
Wodomiar na tyłach pałacu wilanowskiego wskazuje poziom Wisły podczas największych powodzi. Dawniej tabliczki te były przybijane do drzewa
autor zdjęcia: Jakub Ostałowski
źródło: Fotorzepa
Wodomiar na tyłach pałacu wilanowskiego wskazuje poziom Wisły podczas największych powodzi. Dawniej tabliczki te były przybijane do drzewa

Warszawiacy ukuli na powodzie trzy terminy: „marcówka”, „jakubówka” i „świętojanka”. „Marcówka” związana była z puszczaniem lodów pod koniec zimy. Z dawnych gazet dowiedzieć się można, iż w latach 1813 oraz 1839 woda okazała się tak silna, że na całej długości rzeki znosiła mosty, budynki, a nawet tamy. Z kolei „jakubówka” – od terminu Dnia św. Jakuba, czyli 25 lipca – powodowana była silnymi burzami na południu Polski. Jeśli idzie o powodzie „świętojańskie” zdarzające się pod koniec czerwca, wywoływały je przede wszystkim długotrwałe opady w rejonie Sanu i Wieprza, czyli w południowo-wschodnim dorzeczu Wisły. Taki kataklizm wydarzył się zupełnie niespodziewanie w roku 1884.

Kronikarze doliczyli się w XIX stuleciu 12 wielkich powodzi, a w XX – 21. Niektóre z nich upamiętnione zostały żelaznymi gwoździami wbijanymi w mury domów, dokładnie na wysokości, jakiej sięgnęła rzeka. Niestety, po zniszczeniach powstania 1944 roku znaki zniknęły. Pozostały tylko pojedyncze tablice i słupy pamiątkowe. Jedna z takich tablic była na nadwiślańskim wodowskazie i notowała dwie powodzie z początku XIX wieku. Nad nimi było oznaczenie największego wówczas kataklizmu – z 26 lipca 1844 roku. To właśnie „jakubówka”.

Straszna „świętojanka”

Był koniec czerwca roku 1884. Woda w Wiśle zaczęła rosnąć niemal w oczach. Wielka fala waliła od Wieprza. Zalała część Pragi, a przede wszystkim Saską Kępę. Kroniki wspominają, iż było jej tam „na przeszło pięć wiorst, w kwadrat”. Ludzie zgromadzili się w trzech najwyżej położonych miejscach i usiłowali przetrwać. Niestety, żywności mieli niewiele. Dlatego też wynajęto cztery niewielkie parowce, które dowoziły jedzenie i zabierały ludzi nawet z Gocławia i miejscowości Zerzno (dziś Zezerzeń – w połowie drogi między Międzylesiem a korytem Wisły). Żywność dowozili im też wolontariusze z Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego, wspierani prowiantowo przez siostry szarytki z Tamki. Pomagali także przewoźnicy, ale przestali, gdy 25 czerwca uderzenie fali wywróciło jedną z łodzi. Niejaki Tomasz Walerczak został z trudem wyratowany przez kolegów po fachu. Opowiadał, że kiedy rzucały nim fale, widział niesione przez nie zwłoki mężczyzny.

A tymczasem rzeką płynęły chałupy, stodoły, a nawet łodzie pełne zwierząt, ale nie wiadomo, czemu bez ludzi. „Kurier Warszawski” donosił, iż widziano „most drewniany długości kilkudziesięciu stóp, na dwóch łyżwach z poręczami, zupełnie cały”. Przewoźnicy wiślani usiłowali go pochwycić. Koło mostu kolejowego pod Cytadelą (zarysowany został tam jeden filar!) dostrzeżono konia płynącego z wozem, którego udało się dociągnąć do brzegu. Przy Tamce zauważono drugiego, ale podobno zatopiły go fale. Rzeka waliła wściekle w dół. Naprzeciw Bielan udało się jej wywrócić łódź z dwiema kobietami i mężczyzną.

Po tym kataklizmie zaprowadzono stały dozór pod Zawichostem, gdzie San dociera do Wisły, połączony telegraficznie z Warszawą.

Dopust XX-lecia

Wiek XX nie był lepszy. Na początku lipca 1934 roku nad krajem przeszła fala upałów, przerywana gigantycznymi burzami. Zalało nawet centrum stolicy; woda wdarła się do modnej wówczas restauracji Adria przy Moniuszki (tam, gdzie dziś jest centrala PZU).

W rejonie Zakopanego oraz Krakowa lało bez przerwy przez trzy dni. Potem spadł grad wielkości orzechów. Na południu Polski zaczęło zrywać mosty. Pociągi przestały kursować. Szykowała się prawdziwa „jakubówka”. 23 lipca pod Wilanowem powstało „jezioro wielkości kilkudziesięciu hektarów, a woda sięgnęła niemal pałacowego tarasu”. Zniosło dziesiątki chałup stawianych blisko wału, niemal na poziomie normalnego lustra wody. Jasnym się stało, dlaczego nikt nie chciał się budować poniżej ursynowskiej skarpy.

Władze miejskie stale lustrowały stan wałów i motorów przy przepompowniach. Na czas ostrzeżone uratowały niżej położone części stolicy przed zalaniem. Ale i tak była to największa polska powódź okresu międzywojennego. Życie straciło ponad 100 osób.

Ostatnia „jakubówka” nawiedziła Warszawę w 2001 roku.

Mordercy mostów

1603 r. – powódź doszczętnie zniszczyła pierwszy stały most w Warszawie, oddany do użytku 30 lat wcześniej. 1656 – 1707 r. – zerwanie trzech mostów, tzw. łyżwowych – na kotwiczonych łodziach. Ostatnie ćwierćwiecze XVIII wieku i pierwsze 15 lat wieku następnego – trzy wielkie powodzie niszczą drewniane mosty, w tym i palowy, wystawiony naprzeciw Mariensztatu przez wojska napoleońskie.

Życie Warszawy