Gra większa niż miasto
Zarezerwuj sobie czas w czwartek po 17. „Nie szukaj nas, to my znajdziemy ciebie” – napisał w liście Krzysztof „Semp” Bielecki. W ten sposób zostałam wciągnięta w grę, która od 2005 roku toczyła się na ulicach Warszawy, aktywizując mieszkańców. Świadomie lub nie.
Rano na moim biurku czekała koperta ze znakiem zapytania. W niej kartka A4 ze zdjęciem jednego z warszawskich wieżowców i tekstem „Przy głównym wejściu do budynku czeka informator w wojskowym mundurze, proszę podać mu koordynaty GPS“.
Informator był na miejscu o wyznaczonej godzinie. Małomówny człowiek w ciuchach moro przyjął namiary i bez słowa ruszył przed siebie. Iść za nim? Zostać na miejscu? Zapytać przecież nie można. Postanowiłam więc grać na jego regułach i, utrzymując bezpieczny dystans, śledzić informatora.
Czekając na słowo klucz
Tak rozpoczęła się 13. edycja Urban Playground, zorganizowana specjalnie dla mnie. Choć nie bardzo wiedziałam, czego mogę się spodziewać, byłam w zdecydowanie lepszej sytuacji niż uczestnicy pierwszej edycji gry.
Kiedy 18 grudnia 2005 roku po wcześniejszym – dosyć zdawkowym – anonsie w Internecie zebrali się o wyznaczonej godzinie w ustalonym miejscu, wiedzieli tylko tyle, że muszą wziąć ze sobą kartkę papieru, coś do pisania i odrobinę wolnego czasu.
Na miejscu zjawiło się około 60 osób. Czekał na nie informator w czapce św. Mikołaja. Każdy, kto chciał wziąć udział w tajemniczej zabawie, musiał przełamać opór, podejść do niego i podać hasło „Wiem, co robiłeś wczoraj w nocy“. Wówczas otrzymywał kartę do gry, która przypomina podchody, ale tyko pozornie. Bliżej jej było do przygodowych gier RPG. Trzeba było odnaleźć odpowiednich ludzi ukrytych w miejscach, do których odsyłały wskazówki na karcie. Jeden informator czekał przy dziale z makaronem w sklepie Albert. Inny zgłaszał się po wykręceniu numeru 0 802 62 37 w aparacie telefonicznym pod sklepem Sezam.
Każdy informator podawał słowo klucz. Wszystkie one składały się na hasło rozwiązanie gry. Jednak nie tylko hasło było ważne. O tym, kto wygrywa, decydował czas – maksymalnie 30 minut i zdobyte punkty. Dodatkową nagrodę punktową można było zdobyć, zbierając na miejskiej planszy różne przedmioty lub powierzając się losowi – czy to rzucając kostką (w pierwszej edycji), czy wyciągając czarną lub czerwoną kartę z talii (ostatnia edycja).
Jak przyznaje Krzysiek „Semp“ Bielecki, wymyślił ten „miejski serial interaktywny“ po to, by z jednej strony nauczyć ludzi innego spojrzenia na miasto, z drugiej zaś skłonić do przełamywania niewidocznych barier. Uczestnicy musieli rozmawiać z obcymi, wchodzić do miejsc, które często omijali, wykazać się myśleniem i spostrzegawczością. Czasem w zabawę włączali się niczego nieświadomi mieszkańcy Warszawy.
Wszystko w rękach ludzi
Podążam za informatorem wydeptaną wzdłuż torów tramwajowych ścieżką, krążymy uliczkami Mirowa, wciąż nie wiem, czy mój wybór był słuszny. Ostatecznie milczący człowiek w wojskowym mundurze zostawia mnie na parkingu pod siedzibą wydawnictwa Bellona. – Tu prowadzą współrzędne. Tu kończy się moje zadanie. Teraz przejmie cię ktoś inny.
Czekam więc cierpliwie. Nagle pokrywa studzienki kanalizacyjnej przede mną unosi się do góry, a z kanału wychodzi rudowłosa dziewczyna. Strzepuje zabrudzenia i rzuca lakoniczne „idziemy“. Podążam więc za moją informatorką.
Podobnie jak jej poprzednik jest wolontariuszką. Należy do szerokiego grona znajomych Krzyśka Bieleckiego, którzy Urban Playground znają od drugiej strony.
„Semp“ bowiem wszystko zbudował własnymi rękami. Początkowo informatorami byli najbliżsi koledzy. Z czasem to gracze zaczęli się zgłaszać, oferując swą pomoc. Jednak bez przybywających tłumnie warszawiaków, którzy chcieli podejmować kolejne wyzwania, Urban Playground nigdy nie wyszłoby poza sześcioodcinkowy niewypał.
Krzysiek jednak nie dopuszczał do siebie takiej myśli. Od początku kreślił plan na „coś większego“. Początkowo myślał o filmie, z czasem jednak okazało się, że tylko słowo pisane może oddać to, co chciał przekazać. Nie mógł jednak oddać realizacji życiowego projektu osobom przypadkowym. Mającą właśnie swą premierę książkę „Miasto to gra“ przygotował więc na własną rękę. Pomagał mu kolega grafik, koleżanka od korekty, znajomy fotograf.
Nic nie jest przypadkiem
– Tak jak Urban Playground to więcej niż gra, tak „Miasto to gra“ jest więcej niż książką – mówi autor. Na publikację składa się wprowadzenie dla laików, raport z 12 edycji gry, zdjęcia, komentarze uczestników, wskazówki pozwalające odtworzyć grę na własną rękę, także opowiadanie o walce Aurelii z tajemniczym Miejskim Negatywem. Czytelnicy otrzymują więc do rąk nie tylko pamiątkę po wielkiej przygodzie, jaką był udział w grze, czy osadzoną w warszawskich realiach powieść. To też nietypowy przewodnik po Warszawie i... warszawiakach.
Ponieważ Bielecki zawsze ma bardzo konkretną wizję, wielu rzeczy musiał się sam nauczyć.
– Nie chciałem czytelnikom psuć zabawy, wszystko musiało się pojawiać we właściwej kolejności – mówi. Właściwa kolejność, czyli taka jak w trakcie prawdziwej gry. Stąd nie jest bez znaczenia to, gdzie pojawiają się fotografie, a także to, kiedy odsłonięta zostaje kolejna część przygód panny Aurox.
Aby osiągnąć zamierzony efekt, Krzysiek opanował tajniki składania tekstu, bo żaden grafik nie mógłby poświęcić tyle czasu i uwagi na to zadanie. Jeszcze ciekawiej wyglądała sprawa korekty tekstu.
– Koleżanka poprosiła mnie, bym podpisał ją jako „konsultanta językowego“ nie korektora – wyjawia Bielecki. Dlaczego? Tu bowiem każde słowo czy litera mają znaczenie i nawet jeśli nie są do końca poprawne stylistycznie, muszą takie być.
Tak jak Urban Playground było czymś więcej niż zabawą na wielkiej planszy, jaką stała się Warszawa, tak „Miasto to gra” jest czymś, co wykracza poza zwykłą książkę
Wszystko ma więc znaczenie. Także cel mojej wędrówki z informatorem. Docieramy do zrujnowanego budynku Zakładów Wytwórczych Lamp Elektrycznych i Rtęciowych im. Róży Luksemburg. Jednak napotykamy na barierę, której nawet psycholog, jakim z wykształcenia niebawem zostanie Bielecki, nie może pokonać. W trakcie próby dotarcia do piwnic budynku, w którym miał się odbyć nasz „ekstremalny wywiad“, zatrzymuje nas ochrona. Kolejne próby spełzają na niczym. Tym razem ani Plan A, ani B, ani nawet Z nie wypalił.
Ale nawet to zdarzenie ma swoją wartość, uważny bowiem czytelnik odnajdzie w książce fragment, w którym dwaj bohaterowie poznają smak porażki we wnętrzu zrujnowanej fabryki kineskopów.
Dodaj swoją opinię...
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.



DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook