Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Bakterie w parze

Monika Małkowska 17-02-2011, ostatnia aktualizacja 17-02-2011 15:33

Grzegorz Sztwiertnia „Diplokokki/Dwoinki, obrazy i filmy”, Galeria m2, ul. Oleandrów 6, wystawa czynna do 19.03

źródło: Archiwum

Wychodziłam już z Galerii m2, gdy natknęłam się na diplokoka. Był nim Koji Kamoji, japoński twórca od wielu lat zamieszkały w Warszawie. Dotychczas nie wiedział, że został określony terminem zaczerpniętym z nauk biologicznych (bo diplokok to bakteria układająca się z inną w parę).

W roli jego „biologicznego” partnera wystąpił nieżyjący wybitny abstrakcjonista Henryk Stażewski. Rzecz jasna, połączenie miało charakter symboliczny. Zabiegu dokonał Grzegorz Sztwiertnia, krakowski artysta, dziecko lekarzy, a więc skażony medyczną pasją.

Tym razem zajęły go artystyczne związki nieformalne, bo i największy samotnik poszukuje osobowości o zbliżonej strukturze psychicznej i upodobaniach estetycznych. Zdaniem Sztwiertni Koji i Stażewski tworzą taki diplokokowy duet. Na poparcie swej teorii namalował obrazy łączące elementy inspirowane sztuką Japończyka i twórczością naszego słynnego konstruktywisty.

Co z tego wyszło? Efektowne kompozycje. Na pozór – nieprzedstawiające. W istocie – z intrygującym założeniem. Jak zwykle u Sztwiertni dużo w tym żartu z napuszonych krytycznych interpretacji.

Autor „Diplokokków” potrafi też kpić z siebie. Kiedyś w cieszyńskiej szkole plastycznej uczył go Andrzej Szewczyk; potem w krakowskiej ASP – Jerzy Nowosielski. Obydwu połączył w reliefy ze struganymi ołówkami. Dlaczego? Szewczyk stworzył prace z różnobarwnymi strużynami, a przy struganiu ołówków wielce zasłużył się młody Sztwiertnia.

Natomiast mistrz Nowosielski potraktowany został jako białe, gładko zagruntowane tło. Rozumiem to jako komplement ze strony eksstudenta: pedagog nauczył go rzetelności i techniki, nie narzucając własnego stylu. Mam nadzieję, że Sztwiertnia profesor zachowuje się równie powściągliwie.

Życie Warszawy