Na swoich stronach spółka Gremi Media Sp. z o.o. wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Kto ma większą strzelbę

Piotr Żelazny 13-12-2016, ostatnia aktualizacja 13-12-2016 11:23

Na początku roku właścicielski konflikt ma zostać rozwiązany. Obie strony złożą oferty – wyższa wygrywa.

autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa
Dariusz Mioduski i Bogusław Leśnodorski, gdy jeszcze grali w jednym zespole.
autor: Piotr Nowak
źródło: Rzeczpospolita
Dariusz Mioduski i Bogusław Leśnodorski, gdy jeszcze grali w jednym zespole.

Konflikt w ostatnich tygodniach nieco przycichł. Został przykryty wynikami drużyny Jacka Magiery, ale zimna wojna w gabinetach wciąż trwa.

Zarówno duet Bogusław Leśnodorski – Maciej Wandzel, jak i właściciel większościowego pakietu udziałów (60 procent) Dariusz Mioduski, mają już tej wojny dość. Pod koniec stycznia sprawa powinna znaleźć rozwiązanie. Obie strony ustalają przez pośredników szczegóły, jak ma wyglądać umowa dotycząca przejęcia przez jedną ze stron udziałów drugiej. Mediatorami są wspólni znajomi tercetu z Polskiej Rady Biznesu.

Podobno zarówno Mioduski, jak i Leśnodorski, zgodzą się na rozwiązanie, że każda ze stron składa ofertę w zaklejonej kopercie. Następuje komisyjne otwarcie kopert i wyższa propozycja wygrywa. Proste, skuteczne, szybkie i dość bezwzględne rozwiązanie.

W języku prawniczo-korporacyjnym taki mechanizm nazywa się shotgun (czyli strzelba). Ponieważ Mioduski będzie składał ofertę na 40 procent udziałów (tyle ma duet), a Leśnodorski z Wandzlem na 60, to oczywiście nie będzie się liczyć suma finalna, tylko przeliczenie, ile kto jest w stanie zaoferować za jeden procent akcji.

Zabezpieczenie przed blefem jednej ze stron musi być zawarte w umowie. W tej chwili panowie jeszcze niczego nie podpisali, ale zarówno z obozu Mioduskiego, jak i Leśnodorskiego można usłyszeć, że najbardziej prawdopodobny będzie zapis mówiący o półrocznym (albo nieco krótszym) okresie na spłatę przez tego, który zalicytował wyżej. Jeśli w ciągu tych sześciu miesięcy nie zostanie zaksięgowany przelew na konto przelicytowanego, oznacza to, że blefujący traci wszystkie swoje akcje, a klub zostaje w całości własnością pokonanego w licytacji. Innymi słowy blefujący może zginąć od własnej strzelby.

Leśnodorski z Wandzlem są w lepszej sytuacji, bo wiedzą, ile Mioduski nie da. W umowie między wspólnikami jest bowiem zapis określający, za jaką sumę właściciel większości udziałów może wykupić resztę pozostającą w rękach duetu. Suma jest uzależniona od przychodów klubu w ostatnich 12 miesiącach. Legia awansowała do Ligi Mistrzów i suma ta jest znacząca. Mioduski uznał więc, że nie opłaca mu się skorzystać z tego zapisu.

W jego obozie panuje jednak przekonanie, że duet nie jest w stanie wygospodarować takich środków, które mogłyby wystarczyć na przebicie byłego współpracownika Jana Kulczyka. Osobą, która ma zapewnić pieniądze jest Wandzel – akcjonariusz i prezes funduszu inwestycyjnego Black Lion oraz marek odzieżowych Próchnik i Rage Age.

W „Przeglądzie Sportowym" ukazała się informacja jakoby do duetu faktycznie sprawującego obecnie władzę w Legii zgłosiła się duża chińska firma, która miałaby ochotę wejść jako inwestor. Jak udało się nam ustalić, rozmowy trwają, zgłaszają się też inne firmy, ale jeszcze za wcześnie, by mówić o jakimkolwiek porozumieniu – raczej jest to sondowanie.

Mioduski także nie wyklucza, że poszuka inwestora, chociaż, jak zaznacza w formie gorzkiego żartu, „ma złe doświadczenia ze wspólnikami". Jeśli styczniowy termin miałby być obowiązujący, to wątpliwe, by któraś ze stron faktycznie zdołała inwestora znaleźć i tak szybko się z nim dogadać. Na zlecenie Mioduskiego rozpoczął się w Legii audyt, a każdy ewentualny partner z pewnością chciałby znać jego wyniki. Strona Leśnodorskiego podkreśla jednak, że dla wielkich firm, które zgłaszają chęć uczestniczenia w tym projekcie, to nie są kosmiczne pieniądze, i nawet w takim krótkim czasie można osiągnąć porozumienie.

Pomimo konfliktu klub z dnia na dzień funkcjonuje. Mioduski zapowiedział wprawdzie, że się wycofa z działalności w Legii i nawet przestanie przychodzić na mecze, ale regularnie na stadionie przy Łazienkowskiej się pojawia. Zabawnie jest obserwować uniki trójki wspólników, gdy starają się na siebie nie wpaść na trybunie honorowej. Już nie zajmują miejsc na krzesełkach obok siebie, z fotelików zniknęły zresztą niedawno tabliczki z nazwiskami właścicieli.

W umowie, która wciąż obowiązuje, jest zapis, że każdy wydatek powyżej miliona złotych musi być akceptowany przez Mioduskiego. Siłą rzeczy teraz się tak nie dzieje. Nie oznacza to jednak, że te decyzje są niezgodne z prawem. Michał Pazdan, który przedłużył niedawno kontrakt, może spać spokojnie. Prawnie mu nic nie grozi, nikt mu podwyżki nie zabierze, ale podpisanie tej umowy teoretycznie jest niezgodne z regulaminem spółki. Podobnie jak przedłużenie umowy ze sponsorem koszulkowym – Fortuną.

Największy problem stanowi planowana w Grodzisku Mazowieckim akademia piłkarska. Legia już dostała gwarancję dotacji od państwa w wysokości 15 milionów złotych, ale na tę chwilę niewiele się w Grodzisku dzieje. Z obozu Mioduskiego można usłyszeć, że projekt stanął, gdyż to większościowy właściciel był jego gwarantem – zarówno dla ministerstwa, jak i dla partnerów komercyjnych. W tej chwili nie mają oni pewności, że projekt akademii będzie realizowany w uzgodnionym kształcie i raczej nic się nie ruszy, dopóki nie zostanie ostatecznie wyjaśniona sytuacja właścicielska.

Jeśli nic nieprzewidzianego się nie wydarzy, panowie lada dzień podpiszą umowę, a na początku roku się okaże, który ma większą strzelbę.

"Rzeczpospolita"