Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wszyscy wygrali ze sobą

Stefan Szczepłek 30-09-2013, ostatnia aktualizacja 30-09-2013 02:27


Wystartowało 8672 zawodników. Dobiegło 8505. Wszyscy zwyciężyli.
Pierwszy na mecie był Yared Shegumo.

źródło: Rzeczpospolita
autor: Piotr Nowak
źródło: Fotorzepa

Brama na mecie maratonu znajdowała się mniej więcej tam, gdzie Mario Balotelli prezentował swoje mięśnie po strzeleniu bramki Niemcom. Potem tam stała scena, z której śpiewał Paul McCartney. Wczoraj, kilka minut po jedenastej rozgrywała się tam walka, jakiej trudno się było spodziewać. Do tunelu wpadło, niemal razem, czterech zawodników, którzy wyznaczali tempo biegu mniej więcej od 35. kilometra.

Przez ostatnie 150 metrów walczyli w tempie biegaczy na 400 metrów, a nie maratończyków. Dyrektor biegu Marek Tronina, który przyjechał na metę z trasy chwilę wcześniej, stał z kilkoma medalami, które miał zawiesić na szyjach biegaczy, i patrzył zauroczony: – Taki finisz można sobie tylko wymarzyć – mówił z satysfakcją, bo było to piękne ukoronowanie pracy organizatorów.

Zwycięzca Yared Shegumo wyprzedził Weldu Gebretsadika Negasha o trzy sekundy, a Solomona Tiumauya Mollę o pięć. Czwarty, Wosen Demse Zeleke przybiegł o 22 sekundy za zwycięzcą.

Yared Shegumo to 30-letni biegacz urodzony w Addis Abebie. Jest dla polskich biegów kimś takim jak Emmanuel Olisadebe dla futbolu. W roku 2003 prezydent Aleksander Kwaśniewski przyznał mu polskie obywatelstwo. Różnie mu się od tamtej pory wiodło, wyjechał nawet zmywać gary w Wielkiej Brytanii. Ale się odrodził. W roku 2011 wygrał masowy bieg uliczny na 10 km „Biegnij, Warszawo". Przed rokiem został mistrzem Polski w maratonie, teraz wygrał Maraton Warszawski.

Drugi na mecie Negash pochodzi z Erytrei, a reprezentuje barwy Norwegii. Dwaj kolejni biegacze to Etiopczycy. Pierwszy biały, Radosław Kłeczek, przybiegł na dziewiątym miejscu, 10 minut po zwycięzcy.

Ale zawodowcy to tylko nieduży procent uczestników. Było to przede wszystkim wydarzenie (bo trudno to nazwać zwykłymi zawodami, imprezą, a już na pewno nie zabawą) dla kilku tysięcy osób różnych stanów, kobiet i mężczyzn trenujących przez cały rok po pracy, żeby sprawdzić się w największym biegu maratońskim w Polsce. Organizatorzy wydali ponad 12 tysięcy pakietów startowych. Zgłosili się biegacze z 60 krajów.

Kiedy odbierali je już od piątku, wchodzili na tzw. promenadę Stadionu Narodowego, patrzyli z góry na płytę, gdzie ustawiano bramę i płotki, wyznaczające ostatnie metry trasy. Niektórzy pierwszy raz byli na tym stadionie. Robili zdjęcia i widzieli się przekraczających bramę. Nie wszystkim marzenie się spełniło. Dla niektórych dystans był za trudny.  To żaden wstyd.

W niedzielę rano na wielkim placu obok stadionu, gdzie kiedyś odbywały się piłkarskie turnieje dzikich drużyn, parkowały samochody z rejestracjami z całej Polski. Most Poniatowskiego był zamknięty, ale niektórzy biegli tędy na start z lewobrzeżnej Warszawy. Biegli, żeby potem przebiec jeszcze 42 km 195 metrów. W metrze jadącym od strony Ursynowa około godz. 8 większość to biegacze, już z przypiętymi numerami startowymi, i ich rodziny. Przesiadka w centrum, spotkanie na peronach Dworca Śródmieście z takimi jak oni, którzy przyjechali tu z innych dzielnic. A potem kilka pociągów maratończyków jadących na drugi brzeg Wisły.

Zbiórka przy rondzie Waszyngtona. Przegląd strojów, ale to nie rewia mody. W maratonie nie ma miejsca dla szpanerów. Najważniejsze są dobre buty – Adidasy, Asicsy, Brooksy, New Balance, Nike, Pumy, Saucony. Jedni mają na sobie krótkie spodenki, inni długie. Będzie im za ciepło po kilku kilometrach biegu. Kurtki też trzeba będzie zdjąć. Niektórzy już teraz rzucają na trawę bawełniane T-shirty. Jest dość zimno, tylko ok. 10 stopni Celsjusza. Nie wiadomo, jak się ubrać. – Trochę za zimno jak na maraton. A biec trzeba – mówi mistrzyni świata z roku 1991 Wanda Panfil, która od 26 lat mieszka w Meksyku, a dziś jest gościem honorowym maratonu. Nie ma tłoku na starcie. Wszyscy tłoczą się przy toi-toiach. Następnym razem będzie można z nich skorzystać za dwie, trzy, pięć godzin. Denerwują się wszyscy. Niektórzy już teraz wyglądają, jakby mieli się wycofać za dwa kilometry. Ale to złudzenie.

Biegacze ustawiają się na starcie wyznaczonym obok wieżyc mostu Poniatowskiego. Najszybsi, z numerami od 1 do 100 z przodu. 95 procent uczestników zobaczy ich tylko tu, a potem w telewizji. Kiedy punktualnie o godz. 9.00 ruszą, ostatni będą jeszcze 200 metrów dalej, przy rondzie Waszyngtona. Gospodarzem jest Przemysław Babiarz, stojący na samochodzie z olbrzymimi kołami, widzący wszystkich z góry. Wszystkich zna, sam biega, pozdrawia maratończyków ubranych w stroje hoplitów i strażaków w kaskach.

A potem cała Polska zwiedza stolicę. Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Wierzbowa, Miodowa, Konwiktorska, Wisłostrada, Szwoleżerów, Agrykola (a tam alejka im. Tomasza Hopfera), Łazienki, ponownie Wisłostrada, świątynia Opatrzności Bożej, Ursynów, Puławska, Aleje Ujazdowskie, znowu na most i już jesteśmy w domu. Nazwy ulic i miejsc to dla niektórych gehenna. Za zimno, zbyt wietrznie, zresztą wiatr w oczy wieje maratończykowi zawsze. Skądkolwiek by wiał. Ludzie na trasie pomagają dopingiem, ale nie poradzą na skurcze.

Na stadionie dociera do nas informacja, że w Berlinie ustanowiono właśnie nieoficjalny rekord świata w biegu maratoński: 2 godz. 3 min 23 sekundy. – To niemożliwe – mówi Wanda Panfil. – Treningiem nie można dojść do takiego wyniku. Ja mam 54 lata i jeszcze biegam, bo nigdy nie stosowałam środków dopingujących.

Wbiega coraz więcej „normalnych" biegaczy. Wygrali ze sobą, zawarli na trasie znajomości, dziękują sobie, niektórzy wpadali na metę z dziećmi, które do nich dołączyły na ostatnich dwudziestu metrach.

Sporo znajomych. Kamil Dąbrowa, dyrektor Programu 1 Polskiego Radia z imponującym numerem startowym 
10 000. Zaraz po nim Tomek Smokowski z NC+, trochę dalej nasz kolega redakcyjny Paweł Wilkowicz, on debiutuje w maratonie. Niektórzy padają na beton tuż za metą, wszystkim pot zalewa oczy.

Każdy otrzymuje medal, potem napój i folię, którą okrywa ciało. Pod boiskiem, na parkingu odbiera się ubranie. Niektórzy się nie przebierają. Wracają do samochodów, pociągu SKM i metra tak, jak jechali na stadion rano. Tyle że na szyjach mają medale i są szczęśliwi.

Mężczyźni

1. Yared Shegumo (Polska) 2:10:34;

2. Weldu Negash Gebretsadik (Norwegia) 2:10:37;

3. Solomon Molla Tiumauy (Etiopia) 2:10:39;

4. Wosen Zeleke Demse (Etiopia) 2:10:56;

5. Hassan Omanga Mokaya (Kenia) 2:12:36;

6. Chala Lemi (Kenia) 2:13:31;

7. Boniface Nduva (Kenia) 2:16:31;

8. Alebachew Debash Wale (Kenia) 2:17:41;

9. Radosław Kłeczek (Polska) 2:20:50;

10. Felix Limo Kipchoge (Kenia) 2:23:08

Kobiety

1. Goitetom Haftu Teshema (Etiopia) 2:29:32;

2. Abeba Teklu Gebremeskel (Etiopia) 2:30:18;

3. Lydia Rutto (Kenia) 2:30:57;

4. Letay Negash Hadush (Etiopia) 2:36:41;

5. Anna Wojna (Polska) 2:50:56;

6. Caroline Lefrak (USA) 2:53:53;

7. Magdalena Białorczyk-Jarzębowska (Polska) 2:56:56;

8. Magdalena Skarzyńska (Polska) 2:58:14;

9. Ewa Kalarus (Polska) 2:58:37;

10. Aleksandra Jachimczyk (Polska) 3:10:02

Życie Warszawy