Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Marzenia o NBA, czyli jak nasi koszykarze podbijali Amerykę

mk, Marcin Harasimowicz 27-12-2007, ostatnia aktualizacja 27-12-2007 11:57

Święta Bożego Narodzenia to w zawodowej koszykówce czas na największe hity, które gromadzą przed telewizorami rekordową widownię. Dla Polaków NBA od lat pozostaje wielkim, ale ciągle niespełnionym marzeniem...

fot. G. Hawałej
źródło: Nieznane
fot. G. Hawałej
Cezary Trybański, Maciej Lampe, Szymon Szewczyk, Zbigniew Białek, Marcin Gortat, Łukasz Obrzut. Wszyscy próbowali swoich sił w najlepszej lidze świata. Jedni zaistnieli na moment, inni odpadali w przedbiegach. Żaden nie utrzymał się dłużej. Niektórzy już stracili złudzenia, inni jeszcze próbują.Wszystko zaczęło się od informacji, która latem 2001 roku trafiła na pierwsze strony polskich gazet. Cezary Trybański, jako pierwszy Polak, podpisał trzyletni kontrakt z Memphis Grizzlies! Zawodnik, zarabiający wcześniej dwa tys. złotych w Pruszkowie, w jednej chwili stał się milionerem, miał zapewnione pobory w wysokości 4,5 mln dolarów! Trybański – mimo że wybrał go specjalista od oceny talentu Jerry West – nigdy nie stał się nawet zawodnikiem wchodzącym regularnie na zmiany. Najwięcej grał w pierwszym sezonie (w barwach Grizzlies), w drugim już mało (Suns, Knicks), a w trzecim wcale (Bulls). Później próbował jeszcze swoich sił w NBDL (czyli lidze niższej, będącej swoistym zapleczem dla NBA), a ostatnio trafił do... drugiej ligi greckiej. W NBA zachwycał na treningach, ale w trakcie meczu kompletnie się gubił. – Jest dobrym chłopcem w świecie złych chłopców – obrazowo wyjaśnił to kiedyś asystent Franka Johnsona w Phoenix Suns Marc Iavaroni.On jeszcze wróci?Większą karierę przepowiadano Maciejowi Lampemu, który do NBA trafił w 2003 roku jako 18-latek i w pierwszym sezonie zdobywał dla Suns średnio prawie pięć punktów w meczu. Były to jednak miłe złego początki. Lampe zupełnie pogubił się po zaskakującym (dla niego) odejściu z Phoenix i w kolejnych klubach (New Orleans, Houston) już nie dostał szansy. On jednak nie narzeka – gra w mocnym europejskim klubie (Chimki Moskwa) i świetnie zarabia. – Milion dolarów? To całkiem niezłe pieniądze – stwierdził niedawno pamiętający Lampego z Hornets rozgrywający Chris Paul, wschodząca gwiazda NBA. – I to netto, bez podatku! – kręcił głową Jannero Pargo. – Koniecznie pozdrów Maćka! On jeszcze wróci do tej ligi – rzucił na pożegnanie Paul. Rzeczywiście, ma przecież dopiero 22 lata.Wydawało się, że to lato będzie przełomowe. Nieoczekiwanie aż dwóch Polaków dostało się do NBA. Marcin Gortat podpisał gwarantowany, roczny kontrakt (z opcją przedłużenia na kolejny sezon) z Orlando Magic za minimalną sumę 427 tysięcy dolarów, a Łukasz Obrzut trafił na obóz Indiana Pacers. Wspólny znajomy25-letni center, absolwent prestiżowej uczelni Kentucky, ostatecznie nie znalazł się jednak w piętnastce graczy zgłoszonych na sezon 2007/2008. Obrzut nie porzucił planów zrobienia kariery za oceanem. W myśl zasady: trzeba zrobić krok w tył, aby następnie wykonać dwa do przodu, podpisał umowę z zespołem NBDL Fort Wayne Mad Ants. Rozegrał już z nim 10 meczów, w tym siedem w pierwszej piątce. Jak Pacers zwrócili na niego uwagę? – Potrzebowaliśmy jeszcze jednego wysokiego gracza. Wcześniej pracowałem na uniwersytecie Kentucky, byłem tam wtedy, gdy zdobywaliśmy akademickie mistrzostwo USA w 1996 roku. Okazało się, że mamy z Łukaszem wspólnego znajomego: magazyniera Billa Kitleya – opowiada nam szkoleniowiec zespołu z Indianapolis Jim O’Brien. – Pewnego dnia Larry Bird zasugerował: słuchaj, jest do wzięcia wysoki zawodnik, absolwent Kentucky. Może rzucisz na niego okiem? Wtedy zadzwoniłem do Billa, który powiedział mi, że Łukasz to jeden z najsympatyczniejszych zawodników, z jakimi kiedykolwiek miał do czynienia. Skoro Bill mówił, że to cudowny chłopak, który nie boi się ciężkiej pracy, postanowiliśmy dać mu szansę. Obrzut znajdował się w składzie Pacers jeszcze w pierwszej połowie października, gdy zespół zaczął rozgrywać mecze sparingowe. Tego miejsca jednak nie utrzymał. – Brakuje mu szybkości oraz doświadczenia. Na uczelni grał mało. Jeżeli w ciągu kilku lat poprawi szybkość, ogólną sprawność oraz zyska doświadczenie, będzie mógł spróbować sił w NBA. Obiecałem Łukaszowi, że będę monitorował jego postępy – deklaruje O’Brien. O umiejętnościach polskich koszykarzy można mówić różne rzeczy, ale na ogół są bardzo lubiani w zespole.– To mój ulubiony debiutant. Naprawdę było mi przykro, gdy musiał nas opuścić, ale taka jest natura tego sportu – mówi lider Pacers Jermaine O’Neal. – „Woo” nie będzie jednak poza ligą zbyt długo. To młody, utalentowany chłopak. Przy swoim wzroście dysponuje dobrym rzutem. Nie został z nami tylko dlatego, że nie mieliśmy miejsca w składzie. – W szatni mamy na tablicy kilka maksym. Jedna jest autorstwa Łukasza. Głosi: „Iron sharpens iron. So must one man sharpen another” („tak jak żelazo, człowiek powinien hartować jeden drugiego”). W drugiej połowie listopada na zesłaniu w NBDL przebywał także Marcin Gortat. On jednak po dwóch tygodniach występów w Anaheim wrócił do szerokiego składu Magic. Jak jednak zapowiedział Stan van Gundy w rozmowie z Życiem Warszawy: „Nie przewiduję go do gry w tym sezonie. Musi się uczyć i ciężko pracować, zadebiutuje nie wcześniej niż w następnym roku”.Gwiazda z importu?– Nie byłem zawiedziony, że zostałem wysłany do NBDL. Musiałem odzyskać pewność siebie, znów złapać rytm gry – opowiada Gortat. Zdaniem trenera van Gundy’ego, Polak powinien spędzać dużo czasu na siłowni. – Posłuchałem trenera, ćwiczę regularnie, według ściśle rozpisanego programu. Mamy specjalistę od przygotowania fizycznego, który z pochodzenia jest Polakiem. Nazywa się Rogowski. Polskiego nazwiska nie ma Dan Dickau, który paradoksalnie może okazać się naszym najlepszym rodakiem w NBA. Gra tam już szósty sezon, obecnie w barwach LA Clippers. Jest tylko jeden problem – musi dostać polski paszport. Prezes PZKosz Roman Ludwiczuk wierzy, że to się da załatwić w najbliższych miesiącach. – Na pewno wam pomoże. To rozgrywający w stylu Steve’a Nasha. Potrafi prowadzić grę oraz sam wykańczać akcje – mówi skrzydłowy Clippers Corey Maggette. – To prawdziwy lider. Świetnie kontroluje tempo gry – dodaje trener Mike Dunleavy. Skoro więc żaden Polak nie może zaistnieć w NBA, to może w końcu... kupimy sobie gotowego zawodnika z tej ligi?
__Archiwum__