Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Najdziwniejszy zamach w historii

Dariusz Baliszewski 09-07-2017, ostatnia aktualizacja 09-07-2017 00:00

Wbrew czarnej propagandzie Józef Piłsudski ocalił polską demokrację przed dyktaturą i prawdziwą faszyzacją kraju.

źródło: nac
Pogrzeb jednej z ofiar przewrotu majowego.
źródło: nac
Pogrzeb jednej z ofiar przewrotu majowego.

W nocy 12 maja 1926 r. ktoś ostrzelał willę Piłsudskich w Sulejówku. Według przeciwników nic takiego się nie zdarzyło, a jedynie marszałek rozpaczliwie szukał pretekstu do rozpoczęcia przygotowywanej od dawna awantury. Jednak według oficerów, którym została powierzona ochrona marszałka, sytuacja wyglądała tym poważniej, że kontrwywiad wojskowy niedawno wpadł na trop zamachu na życie Piłsudskiego, przygotowywanego przez Sowietów.

Tego dnia, w środę 12 maja 1926 r., owe nocne wystrzały w żaden sposób nie zmieniły jednak wcześniejszych planów marszałka. O siódmej rano Józef Piłsudski, obiecawszy żonie, że wróci na obiad, udał się w kierunku Rembertowa do zgromadzonych tam wiernych oddziałów. Dla uczciwego badacza nie ulega kwestii, że zgodnie z obietnicą zamierzał wrócić o 14.30. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście nie planował żadnego zamachu, a już na pewno jego celem nie były trzydniowe, krwawe, bratobójcze walki w Warszawie. Jak jednak wiadomo, historia potoczyła się inaczej.

Kryzys polityczny

Celem marszałka była jedynie manifestacja siły, oczywiście siły wojskowej, by zatrzymać bieg zdarzeń, w jego przekonaniu zgubnych, wręcz tragicznych dla kraju. Od pewnego czasu trwał w Polsce kryzys polityczny. Rzecz uściślając – kryzys demokracji parlamentarnej. Sejm nie był w stanie wyłonić jakiejkolwiek zdolnej do rządzenia większości. Od 1918 r. zmieniło się aż 14 gabinetów. Kilka dni przed wypadkami majowymi Piłsudski udzielił „Kurierowi Porannemu" wywiadu, w którym powiedział: „Istnieje zasada parlamentarna, iż rząd rządzi, a sejm sądzi. Gdy nastąpił zanik podziału pomiędzy władzą wykonawczą a władzą ją sądzącą, musiało zaniknąć poczucie sprawiedliwości. Ten stan demoralizuje to, co jest rządem i to, co jest sądem. Musi powstać wówczas nierząd, którym jakoby Polska zawsze stała".

Znacznie mocniej i nieporównanie dramatyczniej brzmiało w tych latach wezwanie do modlitw za ojczyznę, zapisane w orędziu polskiego episkopatu: „Szatan pychy i samolubstwa opanował serca jednostek; prywata i osobiste korzyści wynoszą się ponad dobro ogólne; cele partyjne godzą często w podstawowe cele rządu i państwa. Zgasł pokój, zamarła miłość, panuje upór, zawziętość i nienawiść. Dawniej zaborca nas prześladował i gnębił, dziś ze wstydem rzec można, że jedni drugich gnębimy".

10 maja 1926 r. mimo ostrzeżeń Piłsudskiego, mimo protestów całej lewicy, prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył misję tworzenia rządu ugrupowaniom prawicy z Wincentym Witosem jako premierem. Witos już na wstępie zapowiedział rządy silnej ręki. Co to oznaczało dla Polski, było wiadome każdemu, chyba jedynie poza prezydentem. W ocenie Polskiej Partii Socjalistycznej „restauracja rządu chjeno-piastowego podniecała najspokojniejszych grozą zniszczenia owoców wszystkich dotychczasowych zwycięstw, budziła najbardziej biernych robotników do oporu i walki. Partia szykowała się do bezwzględnej rozprawy, związki zawodowe pośpiesznie mobilizowały swe siły". Pisano: „Faszyzm stoi u bram", a hasło to szło przez masy z żywiołową siłą.

„Wraz z takim rządem idą przekupstwa wewnętrzne i nadużycia rządowej władzy dla partyjnych i prywatnych korzyści" – mówił Piłsudski w wywiadzie dla „Kuriera Porannego" 10 maja 1926 r. „Na ministrów wojska dobierano generałów, którzy mieli sumienia giętkie, zdolne do uprawiania handlu posadami i rangami. Otaczano mnie płatnymi szpiegami, przekupywano pieniędzmi i awansami każdego, kto mnie – byłego naczelnego wodza – zdradzał, szukano, jak to śmiem twierdzić, mojej śmierci. Trwało to przez cały czas rządu p. Witosa i jego szlachetnych kolegów i [przez czas] dowodzenia wojskiem p. generała Szeptyckiego. Ten system był stosowany w inny sposób przy p. Władysławie Grabskim wraz z gen. Władysławem Sikorskim". Jak wiadomo, tych słów Piłsudskiego poświęconych ocenie poprzednich rządów Chjeno-Piasta pod kierownictwem Witosa Polska nie miała poznać. Na polecenie nowego premiera skonfiskowano bowiem cały nakład gazety. Ludzie jednak pamiętali, że odejście marszałka z polityki w czerwcu 1923 r. i wycofanie się z życia publicznego było jego protestem przeciwko poprzednim rządom Witosa.

Spotkanie na moście Poniatowskiego

Marszałek był przekonany, że wystarczy zaaranżowana przez niego manifestacja siły wiernych mu oddziałów, by prezydent wycofał się ze złej decyzji i odebrał Witosowi misję tworzenia rządu. Był pewien nawet nie dlatego, że z Wojciechowskim łączyły go lata znajomości, wspólnej pracy przy wydawaniu „Robotnika", wspólnego ukrywania się i ucieczek przed aresztowaniem i represjami, wspólnego myślenia w PPS nad wizją nowej, wymarzonej, niepodległej Polski. Był pewien, gdyż ten zacny spółdzielca Stanisław Wojciechowski wszystko, co osiągnął na niwie państwowej, zawdzięczał właśnie jemu. To Piłsudski po powrocie „gromnicy" (jak pieszczotliwie nazywano Wojciechowskiego z uwagi na nienaturalnie wyprostowaną sylwetkę) z Rosji uczynił go ministrem spraw wewnętrznych w gabinetach Ignacego Paderewskiego i Leopolda Skulskiego. To Piłsudski zgłosił jego kandydaturę i ofiarował swoje poparcie w wyborach prezydenckich w 1922 r. Teraz miał prawo oczekiwać, że w sprawie tak ważnej, jak zagrożenie ustroju i bezpieczeństwa państwa on, ojciec odzyskanej niepodległości i pierwszy naczelnik państwa, zostanie przez starego przyjaciela wysłuchany i zrozumiany.

Jak wiadomo, w słynnej rozmowie Piłsudskiego z Wojciechowskim na tzw. trzecim moście, czyli moście Poniatowskiego, do żadnego porozumienia nie doszło. Po pierwsze dlatego, że owa historyczna rozmowa w rzeczywistości odbyła się na wiadukcie, dobre kilkaset metrów od mostu, a po drugie dlatego, że prezydent Wojciechowski poczuł nagły przypływ powagi czy może lepiej: majestatu. Nie ma żadnych świadków tej rozmowy, nie mogła dotrzeć do niczyich uszu, bo Piłsudski, nie chcąc narażać na szwank autorytetu prezydenta, odprowadził go na bok. Wszystko, co pisze historia o słowach, które rzekomo padły, jest świadectwem uzdolnień literackich polskich oficerów i historyków. Wierzyć można tylko jednemu młodemu podchorążemu, który bezczelnie podszedł do rozmawiających, zdając sobie sprawę, że przechodząc te kilkadziesiąt metrów w ich stronę, przechodzi tym samym do historii. Usłyszał, jak prezydent mówi, że nie ustąpi i będzie tu stał, na co marszałek chwycił go delikatnie za rękę i zapytał: „I ciekawe, co ty tutaj wystoisz... stara gromnico?".

Dzisiaj wiadomo już, co wystał swą majestatyczną stanowczością zapomniany przez historię prezydent. Za kilka godzin usłyszał, jak 36. Pułk Piechoty zdobywa w walce most Kierbedzia, mimo że wysłał na ten most dwa samochody pancerne. Usłyszał, jak kilka, a może kilkadziesiąt tysięcy ludzi na placu Zamkowym na wieść, że marszałek idzie na Zamek, odśpiewało mu „Pierwszą Brygadę". Rano prezydent już wiedział, że PPS proklamowała w całej Polsce strajk generalny, że żaden pociąg z wojskowymi posiłkami dla niego i Witosa nie ma najmniejszej szansy dojechać do Warszawy, bo strajk ogłosili także kolejarze. Wiedział, że na pomoc marszałkowi zmierzają przez nikogo niezatrzymywane i nieopóźniane dywizje wiernych mu żołnierzy. Musiał więc wiedzieć, że przegrał.

Oczywiście wielu rzeczy nie wiedział. Nie wiedział, że Piłsudski kategorycznie zakazał wypuszczania na tory ślepych lokomotyw do atakowania rządowych transportów z wojskiem. Że po wystrzeleniu sześciu pocisków artyleryjskich na Belweder ze stanowiska w parku Skaryszewskim wściekł się i zakazał jakiegokolwiek ostrzału artyleryjskiego. Że wydał rozkazy do ataku nocnego, by ocalić jak najwięcej cywilów. W tej jednak sprawie marszałek miał niewiele do zrobienia. Generał Ludwik Kmicic-Skrzyński zapisał w swych wspomnieniach: „Ruch na ulicach był więcej niż normalny. Masa ciekawskich przyglądała się działaniom. Dorożki i taksówki jeździły poprzez linie bojowe w obydwie strony. Jedynie gdy rozlegały się gęstsze strzały, ludność kryła się po bramach, wysuwając głowy na zewnątrz".

To wydaje się niepojęte, ale rozentuzjazmowana Warszawa w tym tzw. zamachu majowym tłumnie walczyła po stronie marszałka. Wbrew naleganiom Piłsudski nie zezwolił jednak na włączenie do walki oddziałów robotniczych. Mimo to dochodziło do rozbrajania żołnierzy rządowych przez grupy cywilów, zdarzały się też wypadki ciężkiego pobicia czy nawet linczu na żołnierzach strzelających do ludzi ze strychów i dachów. Nic natomiast nie można było przeciwstawić kilku samolotom rządowym, które ostrzeliwały miasto z broni pokładowej czy – jak na placu Saskim – rzucały bomby na ludność cywilną. Podobno tę zbrodniczą działalność prowadził sam gen. Włodzimierz Zagórski. Jak się wydaje, strona rządowa gotowa była dla zwycięstwa posunąć się nawet do ostateczności.

13 maja o godz. 3.10, czyli ledwie po kilku godzinach walki, dowodzący wojskami rządowymi gen. Tadeusz Rozwadowski, lekceważąc wysłanników Piłsudskiego, którzy zgłosili się do Belwederu i bezskutecznie szukali porozumienia, wysłał do stacjonującego w cytadeli płk. Izydora Modelskiego rozkaz, by wczesnym rankiem natrzeć na „buntowników", którzy obsadzili pałac Mostowskich i Główną Komendę Miasta, i starać się pojmać przywódców ruchu, nie oszczędzając ich życia. I być może ten haniebny rozkaz polecający zabić śpiącego w Komendzie Miasta marszałka zostałby przez jakiegoś fanatyka wykonany, gdyby nie to, że oddziały płk. Modelskiego wypowiedziały mu posłuszeństwo i przeszły na stronę „buntowników". I tak rozkaz trafił do rąk samego Piłsudskiego.

To w ogóle był może najdziwniejszy zamach w ówczesnym świecie. Zachodni obserwatorzy donosili, że oto marszałek Piłsudski dokonał zamachu stanu przeciwko ustrojowi, którego sam był inicjatorem i twórcą. Oczywiście znano i przywoływano wyjaśnienia przyczyn przewrotu, które padały z ust samego Piłsudskiego: „Całe życie walczyłem o znaczenie tego, co zowię imponderabiliami, jak honor, cnota, męstwo i w ogóle siły wewnętrzne człowieka, a nie dla starania o korzyści własne czy swego najbliższego otoczenia. (...) I staję do walki, tak jak poprzednio, z głównym złem państwa: panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyściach". W oczach komentatorów rosyjskich przyczyną przewrotu majowego było „krańcowe rozdrażnienie Piłsudskiego", a z drugiej strony „prowokująca linia prawicy". Pamiętano głośny wywiad premiera Witosa dla „Nowego Kuriera Polskiego" z 9 maja, kilka dni przed przewrotem: „Niechże wreszcie marszałek Piłsudski wyjdzie z ukrycia, niech stworzy rząd. (...) Jeżeli tego nie zrobi, będzie się musiało mieć wrażenie, że nie zależy mu naprawdę na uporządkowaniu stosunków w państwie. (...) Mówią, że Piłsudski ma za sobą wojsko, jeśli tak, niech bierze władzę siłą".

Według marszałka Sejmu Macieja Rataja ten dziwny apel Witosa o uporządkowanie stosunków w państwie poprzez rozwiązanie siłowe zrozumiano w obozie Piłsudskiego jako urąganie. A na lewicy, w PPS, potraktowano jako jeszcze jeden dowód, że „Witos jest zdecydowany reakcyjny faszysta i czeka tylko na moment, by zakuć Polskę w kajdany reakcji". Jak się jednak zdaje, najbliższy zrozumienia Witosa był wówczas socjalista Jan Kwapiński, który zapisał, iż w tych dniach sen z powiek świeżo upieczonemu premierowi spędzała sprawa Pogotowia Patriotów Polskich jako organizacji faszystowskiej. Według niego Witos uważał, że ta organizacja gotowa jest przeprowadzić zamach, aby dojść do władzy pozaparlamentarnie. Według jego oceny w Warszawie około 800–1000 ludzi przygotowywało kadry do dokonania przewrotu faszystowskiego. Na pierwszy rzut oka teza ta wydaje się absurdalna, bo Pogotowie Patriotów Polskich rzeczywiście dążące do wprowadzenia w Polsce dyktatury, skupiające w swych szeregach kilkunastu generałów, wyższych oficerów, księży i wysokiej rangi policjantów, w styczniu 1924 r. zostało zlikwidowane przez policję. Dziwnym jednak i niepojętym trafem właśnie w maju 1926 r. odbył się proces przywódców organizacji, zakończony symbolicznymi, kilkumiesięcznymi wyrokami więzienia. Być może pomiędzy wypadkami majowymi i procesami Pogotowia Patriotów Polskich nie ma najmniejszego związku, ale może jednak rację mają ci, którzy dzisiaj jeszcze są przekonani, że ów zamach majowy Józefa Piłsudskiego ocalił w Polsce demokrację parlamentarną.

Czy Polsce groził faszystowski zamach stanu?

Aby pojąć to rozumowanie, należy się cofnąć w polskiej historii o ponad trzy lata, do 11 grudnia 1922 r., dnia zaprzysiężenia pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza. Jak wiadomo, powóz prezydenta zmierzający do Sejmu został zaatakowany przez tłum rozwydrzonych wyrostków, histerycznych kobiet i jakichś studentów, którzy wznosili wrogie okrzyki i przy całkowitej bierności policji obrzucali powóz grudami lodu i kamieniami. Wydarzenia z 11 grudnia, poprzedzające o pięć dni tragiczną śmierć prezydenta w salach Zachęty, stały się przedmiotem śledztwa prowadzonego przez specjalną komisję sejmową. W sprawozdaniu z jej prac przedstawionym Sejmowi w czerwcu 1923 r. możemy przeczytać, że „wypadków z 11 grudnia żadną miarą nie można uważać ani za przypadek, ani za żywiołowy odruch ludności. (...) Dziwnym zbiegiem okoliczności ci manifestanci już od alei 3 Maja wkraczali na plac Trzech Krzyży w bojowym ordynku, czwórkami, kierowani przez komendę wojskową i prowadzeni przez ludzi mających na sobie odznaki. Prawie wszyscy byli uzbrojeni w jednakowe laski i znaczna część posiadała broń palną". Ten zorganizowany tłum udał się pod dom gen. Józefa Hallera, by usłyszeć: „W dniu dzisiejszym Polskę, tę, o którą walczyliście, sponiewierano". Ludzie wznosili okrzyki: „Niech żyje Mussolini!", „Niech żyje prezydent Haller!" i – jak zanotowali świadkowie – całowali generała po rękach.

W księdze pamiątkowej wydanej w 1925 r. dla uczczenia Gabriela Narutowicza, niezwykle rzadkim dokumencie, na stronie 229 zapisane jest wspomnienie Zofii Kodisówny, siostrzenicy prezydenta. Notuje ona dziwne, zapomniane dzisiaj słowa Narutowicza, gdy został zatrzymany przez ów zorganizowany tłum: „Miał to być zamach stanu, ale idioci i tego porządnie zrobić nie umieją". Jaki zamach stanu miał na myśli prezydent Narutowicz i czyj? Generała Józefa Hallera? Polski, faszystowski, ukryty przed historią, nieudany zamach stanu? Jeśli miałby się zdarzyć rzeczywiście, to tłumaczyłby, dlaczego w kieszeni Eligiusza Niewiadomskiego, zabójcy prezydenta, znaleziono po zamachu zrolowaną jak los kartkę papieru z jego nazwiskiem. Na niego padło. Równie dobrze mogło zostać wylosowane inne nazwisko.

Trzy lata później Eligiusz Niewiadomski już dawno nie żył, rozstrzelany przez pluton egzekucyjny. Żył natomiast i miał się dobrze gen. Józef Haller i jego wierni żołnierze. „Hallerczyki fermentują" – zapisał w swoich wspomnieniach endecki poseł Juliusz Zdanowski. „Chcieliby od nas wyraźnych obietnic. Znów idzie szmer między nimi, że przeciw Piłsudskiemu można iść tylko z uzbrojeniem i kadrami wojskowymi". 17 kwietnia 1926 r., mniej więcej miesiąc przed wypadkami majowymi, gen. Haller przedstawił Zdanowskiemu swój plan uratowania ojczyzny: „Dziś tylko usunięcie parlamentu, stan wyjątkowy i 3–5 ludzi na czoło, to jedyna forma rządu i ratunku". Zupełnie wyraźnie – pisze Zdanowski – Haller przyszedł się przypomnieć jako kandydat. „Jaka szkoda, że ten śmiały i odważny na froncie wojskowy był takim miękusem i niedołęgą, gdy przychodził do polityki".

Czy więc groził Polsce faszystowski albo jakiś inny zamach stanu? Najpewniej tak. W dniach kryzysu politycznego wszyscy byli tego prawie pewni. Przypuszczano głośno, że komuniści dokonają zamachu przy okazji 1 maja. W listopadzie 1925 r. prezydent Wojciechowski wezwał do siebie gen. Sikorskiego i oświadczył mu: „Poinformował mnie Skrzyński [Aleksander Skrzyński, minister spraw zagranicznych w rządzie Władysława Grabskiego], że pan generał przygotowuje zamach stanu". Sikorski zaprzeczył i na tym incydent został wyczerpany. Niemniej jednak – jak zapisał w swoich wspomnieniach ambasador Kajetan Morawski – „ujawniono wiadomość pochodzącą od ambasadora [Romana] Knolla, że spiskowcy początkowo nie byli zdecydowani w pierwszej fazie przygotowań co do wyboru głowy zamachu i wybierano między Piłsudskim a Sikorskim".

Patriota wielkiej miary

Jak wiadomo, naprawdę wydarzył się jedynie zamach majowy Piłsudskiego. Najdziwniejszy zamach w historii świata. Jego zwycięzca mimo różnych nacisków nie ogłosił się ani królem Polski, ani dyktatorem. Nie rozwiązał Sejmu ani Senatu. Co więcej, powierzył (choć formalnie uczynił to marszałek Sejmu Maciej Rataj) misję utworzenia rządu pozaparlamentarnego Kazimierzowi Bartlowi, profesorowi matematyki. Następnie wobec rezygnacji z urzędu prezydenta Stanisława Wojciechowskiego rozpisał nowe wybory prezydenckie w Zgromadzeniu Narodowym, aby wygrać je znaczącą większością głosów i tym samym zalegalizować ów nieszczęsny zamach stanu. Jak pisze prof. Janusz Pajewski, na wieść o wygranych przez marszałka wyborach prezydenckich kilkuset rozradowanych oficerów piłsudczykowskich udało się przed pomnik księcia Józefa Poniatowskiego na placu Saskim, gdzie generał Górecki, salutując, zameldował: „Marszałku Poniatowski, melduję ci posłusznie, że marszałek Piłsudski został wybrany prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej". Ta historia obiegła natychmiast całą Warszawę. Niebawem okazało się jednak, że marszałek Piłsudski wyboru nie przyjął. Następnego dnia na prezydenta został wybrany nikomu nieznany prof. Ignacy Mościcki. Podobno na wieść o tym wyborze – pisze prof. Pajewski – jakiś dowcipny warszawiak udał się przed Grób Nieznanego Żołnierza, stanął na baczność i zameldował: „Nieznany żołnierzu, melduję ci, że nieznany pan Mościcki został wybrany prezydentem Rzeczypospolitej".

Przez lata pisano o przewrocie majowym różnie. Głównie jednak źle. Do dzisiaj uważany jest dość powszechnie za zamach na demokrację parlamentarną, za przewrót faszystowski. Pisano, że na trzecim moście zamordowana została wolność słowa. „Przewrót faszystowski Piłsudskiego w maju 1926 r. prowadził do polityki układów z Niemcami hitlerowskimi, szykując i wychowując naród polski do napaści na ZSRR. Ta polityka doprowadziła Polskę w dniach wrześniowych do klęski". „Burżuazja polska z Piłsudskim na czele rozpościerała swoje mocno podniszczone żagle na pełnych wodach faszyzmu, udając jednak ciągle – zwłaszcza w pierwszych latach – przyjaciół ludu". „Przewrót dokonany w maju 1926 r. przez Piłsudskiego zamykał w Polsce okres demokracji burżuazyjnej, parlamentarnej, otwierając okres nowy, faszystowski i faszystowskie »uzdrowienie«".

Nie dostrzegano i nadal nie dostrzega się faktu, że ów zamach nie podzielił narodu, nie przyniósł ze sobą terroru państwowego, nie zlikwidował instytucji demokratycznych. Nie widzi się tego, że gdy mówimy o dobrej tradycji II Rzeczypospolitej, to mamy na myśli właśnie okres po przewrocie majowym, który wbrew wszelkiej propagandzie ocalił polską demokrację przed dyktaturą i prawdziwą faszyzacją kraju.

I być może wreszcie dotrze do Polaków – jak pisał mądry Edward Raczyński – że Polska miała w Piłsudskim patriotę wielkiej miary, który za swoje prawo i powinność uważał kierowanie losami narodu. Anglia miała Olivera Cromwella, Francja – de Gaulle'a, Turcja – Atatürka, a my mieliśmy Piłsudskiego. Tylko co myśmy z niego przez te wszystkie lata zrobili. Aż żal pomyśleć.

"Rzeczpospolita"