Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Całe złoto w ręce rad!

Krzysztof Jóźwiak 15-07-2017, ostatnia aktualizacja 15-07-2017 00:00

Bolszewicy najpierw dokonali największej grabieży w historii, a potem przy pomocy cynicznych pośredników upłynnili łup na Zachodzie.

W ciągu kilku lat w ręce bolszewików wpadło niemal całe bogactwo dawnej Rosji. Na zdjęciu: żołnierze Armii Czerwonej podczas plądrowania klasztoru Simonowa w Moskwie w 1923 r.
źródło: AFP
W ciągu kilku lat w ręce bolszewików wpadło niemal całe bogactwo dawnej Rosji. Na zdjęciu: żołnierze Armii Czerwonej podczas plądrowania klasztoru Simonowa w Moskwie w 1923 r.

Zamach stanu przeprowadzony przez Lenina i spółkę 7 listopada 1917 r. w Piotrogrodzie był jedynie pierwszym krokiem na drodze do przejęcia przez bolszewików władzy w całej Rosji. Ich pozycja była początkowo bardzo słaba, zarówno na arenie międzynarodowej, jak i wśród samych Rosjan. Jak więc to możliwe, że walcząc z rzeszą wrogów zewnętrznych, zmagając się z niezliczonymi strajkami robotniczymi i buntami chłopskimi, a jednocześnie pozostawiając za sobą całkowicie zrujnowaną gospodarkę, zdołali przetrwać i utrzymać się u władzy? Oczywiście kluczem do sukcesu była rozbudowa i uzbrojenie bolszewickiej armii i aparatu terroru. Na to z kolei potrzebne były olbrzymie fundusze. Bolszewicy zdobyli je, przeprowadzając rabunek na niespotykaną dotychczas skalę: zagarnięto prawie całe rezerwy carskiego złota, włamano się do sejfów w „znacjonalizowanych" bankach, zabrano setki milionów rubli z prywatnych kont, łupiono majątki ziemskie, cerkwie, kościoły i monastyry, przetrząsano prywatne mieszkania, a nawet chaty co zamożniejszych chłopów – w ciągu kilku lat w łapy bolszewików wpadło całe bogactwo dawnej Rosji, gromadzone przez pokolenia. Ten ogromny skarb byłby jednak bezwartościowy, gdyby nie udało się go upłynnić. Wielki rabunek przeistoczył się więc w wielki handel. Bolszewicy pozbywali się na Zachodzie wszystkiego, co tylko dało się sprzedać, po cenach znacznie poniżej światowych. Pomagali im w tym pazerni na pieniądze bankierzy i przedsiębiorcy ze Szwecji, Danii, Wielkiej Brytanii i Niemiec. To właśnie z nich naigrywał się Lenin, mówiąc, że zachodni kapitaliści są nad wyraz chętni sprzedawać bolszewikom sznur, na którym później zawisną. Ujarzmienie własnego społeczeństwa miało być przecież jedynie wstępem do ogólnoświatowej rewolucji.

O tej mało znanej, finansowej stronie rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji w niezwykle ciekawy sposób pisze Sean McMeekin w książce „Największa grabież w historii. Jak bolszewicy złupili Rosję". To z pewnością jedna z bardziej wartościowych monografii historycznych, jakie ukazały się na polskim rynku. Amerykański historyk stara się przywrócić właściwe proporcje w opisywaniu finansowych machlojek obu XX-wiecznych totalitaryzmów. Któż bowiem nie słyszał o głośnej aferze związanej z ujawnieniem faktu, że w czasie II wojny światowej szwajcarskie banki umożliwiały nazistom sprzedaż złota zrabowanego w krajach okupowanych (częściowo pochodzącego również z grabieży dokonanej na ofiarach Holokaustu). Zachodnie media nazwały sprzedaż „nazistowskiego złota" największym rabunkiem w dziejach. Tymczasem ten niechlubny tytuł należy się właśnie pomijanej przez historyków i dziennikarzy akcji przeprowadzonej 20 lat wcześniej przez bolszewików. Ważna jest nie tylko skala, ale również znaczenie tych operacji dla obu totalitaryzmów. Nie umniejszając złowrogiej roli, jaką odegrali szwajcarscy bankierzy w umocnieniu nazizmu, trzeba podkreślić, że zysk ze sprzedaży zrabowanego złota (ok. 298 mln ówczesnych dolarów) stanowił jedynie niewielką część machiny finansowej III Rzeszy. Tymczasem grabież dokonana przez bolszewików, szacowana na 1,6 mld dolarów, a później upłynnienie „złodziejskich fantów" na Zachodzie, była warunkiem sine qua non przetrwania ich reżimu.

Złoty interes

Wbrew sowieckiej propagandzie i historiografii przedrewolucyjna Rosja nie była krajem zrujnowanym ekonomicznie. Najnowsze badania dowodzą, że przed wybuchem I wojny światowej jej gospodarka dynamicznie się rozwijała, a wojna wpłynęła jeszcze na podgrzanie tej koniunktury. Oczywiście był to zarazem kraj olbrzymich kontrastów ekonomicznych, istny kolos na glinianych nogach, całkowicie uzależniony od napływu kredytów z zachodnich banków. Carską Rosję lepiej jednak przedstawiać sobie nie jako ekonomicznie zacofaną prowincję, ale rodzaj gigantycznego kasyna globalnego kapitalizmu. „Rosja miała niebywałego pecha, że bezwzględna banda marksistowskich ideologów wkroczyła na scenę akurat w 1917 r., gdy boom okresu wojny przemienił największe miasta w olbrzymie arsenały broni, a w bankowych podziemiach spoczywały tysiące ton sztabek złota i depozyty wartości miliardów rubli, cały zaś ten gigantyczny gmach finansowały „kapitalistyczne" rządy, banki i korporacje, których zniszczenie bolszewicy postawili sobie za cel. Kasyno było wypełnione dynamitem i zostało podłączone do zapalnika" – pisze McMeekin.

W pierwszej fazie grabieży bolszewicy skupili się przede wszystkim na przejęciu rezerw carskiego złota i przetrząśnięciu skrytek bankowych. Rząd Lenina potrzebował płynnej gotówki, choćby po to, aby opłacić Czerwoną Gwardię, która przeprowadziła bolszewicki zamach stanu, czy swoich pretorian – strzelców łotewskich. Tymczasem wszystkie banki, łącznie z Bankiem Państwowym, zamknęły swoje siedziby na cztery spusty. 20 listopada bolszewicy wysłali więc komisarza finansów Wiaczesława Mienżynskiego na czele uzbrojonego batalionu marynarzy, aby zrabował z państwowej kasy 10 mln rubli. „Przez jakiś czas sprawa wyglądała paskudnie, atoli dyrektorzy banku znaleźli obrońcę w osobie ogromnego chłopa w żołnierskim mundurze, który ryczał głośniej niż dziesięciu, miał też od nich większą pięść" – zanotował jeden ze świadków wydarzenia. Niepowodzeniem zakończyła się także kolejna próba napadu przeprowadzona cztery dni później. Dopiero wzięcie zakładników spośród personelu i groźba ich rozstrzelania umożliwiła zabranie ze skarbca 5 mln rubli.

Dalsze poczynania bolszewików utrudnił strajk bankowców, który rozlał się na cały kraj. Ci więc odpowiedzieli nacjonalizacją wszystkich banków i przejęciem niemal wszystkich depozytów bankowych w Rosji. Za odmowę otwarcia skrytki groziło rozstrzelanie. Mimo że udało się uzyskać dostęp jedynie do części skrytek, bolszewicy zgarnęli w ten sposób ok. 500 mln rubli  W marcu udało się w końcu wynegocjować porozumienie ze strajkującymi bankowcami. Największym sukcesem bolszewików wynikłym z przerwania strajku było uzyskanie dostępu do rosyjskich imperialnych rezerw złota. Rezerwy te były w 1914 r. największe na świecie i wynosiły 1200 ton. Do momentu przeprowadzenia bolszewickiego zamachu zmniejszyły się do poziomu 950 ton. Początkowo w ręce komunistów wpadła tylko część tych zasobów, spory zapas (około 285 ton o wartości 205 mln dol.) został przejęty przez „białych" w Kazaniu. Poza tym w 1918 r. po podpisaniu pokoju brzeskiego bolszewicy wysłali Niemcom w ramach wojennych reparacji ok. 110 ton złota. Szacuje się więc, że w pierwszej fazie wojny domowej dysponowali ok. 380 tonami, wartymi 270 mln ówczesnych dol. Mimo wszystko był to i tak olbrzymi zapas najcenniejszego na świecie kruszcu. Okazało się jednak, że z jego upłynnieniem jest spory problem – na Zachodzie sztabki znaczone charakterystyczną carską puncą były rekwirowane na poczet rosyjskiego długu, którego bolszewicy nie chcieli spłacać. Na zyski ze sprzedaży złota trzeba więc było poczekać.

Trudności ze zbyciem złota z rezerw państwowych i wolne tempo konfiskat skrytek bankowych zmobilizowały bolszewików do stworzenia sprawnej machiny odpowiedzialnej za rabunek drogocennych dzieł sztuki, klejnotów i innych dóbr kultury znajdujących się dotychczas w rękach zamożnych Rosjan, rodziny carskiej, arystokracji i Cerkwi.

Grab zagrabione

Pierwsze napaści na dwory i pałace, a następnie dzielenie się ziemią i dobytkiem dawnych panów zaczęły się już po rewolucji lutowej. Rabunek przyspieszył po bolszewickim przewrocie i rzuceniu przez Lenina hasła „grab zagrabione". Najatrakcyjniejszym kąskiem dla bolszewików był oczywiście majątek Romanowów. Przede wszystkim chodziło o zagarnięcie należących do nich kosztowności. Najcenniejszy skarb, czyli klejnoty koronne, komuniści odnaleźli dopiero w marcu 1922 r. Zresztą nie przyniósł on oczekiwanego zysku, ponieważ nikt na świecie nie chciał kupić tak znanych precjozów. Bolszewicy mieli także trudności z zapanowaniem nad rozpętaną przez siebie falą grabieży, czego najlepszym przykładem jest obrabowanie ciał rozstrzelanej rodziny carskiej. Jakow Jurowski, szef jekaterynburskiego Czeka, odpowiedzialny za egzekucję Romanowów, chwalił się w jednym z raportów, że zabezpieczył dla reżimu ponad 8 kg diamentów i innych kosztowności, które zaszyte były w gorsetach carskich córek, oraz sznur pereł należący do carycy wyceniony potem na 600 tys. złotych rubli. Sporo jednak przeciekło mu przez palce, skoro jeszcze w latach 30. XX w. miejscowa ludność była systematycznie przeszukiwana przez czekistów, którzy tylko w jednym przypadku znaleźli 154 cenne przedmioty o łącznej wartości 3,2 mln złotych rubli. Podobnie było podczas okradania innych arystokratycznych rodzin.

Mimo nieszczelnego złodziejskiego worka zapasy zrabowanych kosztowności błyskawicznie rosły (bolszewicy stali się m.in. największym na świecie właścicielem biżuterii). Tymczasem ich ceny systematycznie spadały, co było wynikiem zalania czarnego rynku olbrzymią ilością tego typu przedmiotów, handlowali nimi przecież nie tylko przedstawiciele reżimu. Jak zauważa McMeekin, zadekretowanej przez Moskwę nacjonalizacji mienia dokonywał każdy, kto miał ochotę złupić i obrabować bliźnich:  czerwonogwardziści, czekiści, przypadkowo zebrany motłoch, bataliony aprowizacyjne itd. Czasami wręcz obracało się to przeciw nowej władzy, jak wtedy, gdy podczas kampanii łupienia grabieżców skradziono Leninowi dawną carską limuzynę Delaunay-Belleville, grożąc mu bronią (przywódca bolszewików przesiadł się wtedy do rolls-royce'a). Grabież cennych przedmiotów trzeba więc było jakoś uporządkować.

Na przełomie lat 1918 i 1919 do pracy przystąpiła Komisja Ochrony i Rejestracji Dzieł Sztuki i Zabytków, w której czołowymi postaciami byli Leonid Krasin, pisarz Maksim Gorki i jego konkubina, aktorka i podobno złodziejka Maria Fiodorowna Andriejewa. Członkowie zespołu Gorkiego przetrząsali piotrogrodzkie mieszkania, domy i księgarnie w poszukiwaniu dzieł sztuki, starych książek, biżuterii oraz innych antyków i przedmiotów, konfiskując te najbardziej atrakcyjne, choć oficjalnie tylko je „rejestrowali" na nazwiska ich właścicieli. Tylko do końca 1919 r. Gorki et consortes w samym tylko Piotrogrodzie zdążyli zająć kolekcje antyków o wartości ok. 18 mln dol. Szarą eminencją komisji był Leonid Krasin, o ile bowiem Gorkiego można jeszcze posądzać o pewien idealizm w postępowaniu, Krasin od początku wiedział, że kosztowności są rejestrowane po to, aby potem sprzedać je za granicą. Warto na chwilę zatrzymać się przy postaci Krasina, to on bowiem był prawdziwym mózgiem bolszewickich finansów. Jego rola jest zwykle niedoceniania przez historyków zajmujących się sowiecką Rosją, a tymczasem bez jego umiejętności i kontaktów bolszewizm nie miałby szans na zwycięstwo. W marksizmie, z którym Krasin zetknął się podczas studiów w Petersburskim Instytucie Technologicznym, mniej interesowała go teoria, a bardziej praktyczne aspekty polityki rewolucyjnej, np. konstruowanie bomb. Podczas rewolucji 1905 r. stworzył podziemne fabryki broni, które później dostarczały materiałów wybuchowych i uzbrojenia bolszewickim rabusiom napadającym na banki w Moskwie, Petersburgu i na Kaukazie. Zajmował się także przemytem i praniem brudnych pieniędzy. Po przejęciu władzy przez bolszewików został przez nich upoważniony do nielegalnego handlu złotem, diamentami i innymi kamieniami szlachetnymi na Zachodzie oraz do negocjowania z państwami zachodnimi porozumień handlowych. Na każdym polu swojej działalności odnosił niebywałe sukcesy, które nieraz ratowały rosyjskim komunistom skórę.

2 lutego 1920 r. Krasinowi udało się podpisać porozumienie z Estonią, które gwarantowało bolszewikom niemal nieograniczony dostęp do estońskich kolei i portów. Dzień później zapadła w Moskwie decyzja o utworzeniu w miejsce komisji Gorkiego Państwowego Składu Kosztowności, czyli Gochranu, na którego czele stanął komisarz finansów Nikołaj Krestinski. „Od Syberii po polską granicę, od Morza Czarnego po Bałtyk, oszołamiające bogactwa Rosji zwożono teraz w jedno miejsce w celu przygotowania ich do eksportu, gromadząc w kompleksie budynków przylegającym do Strastnej Płoszczadi przy Nastasinskim Piereułoku 3 w Moskwie. (...) Gochran przypominał gigantyczne liczydło, skonstruowane tak, aby przesuwało się tylko w jedną stronę" – pisze Sean McMeekin. Strumień kosztowności płynący do magazynów Gochranu przypominał górską rzekę po gwałtownej burzy. Do grudnia 1921 r. zasób skarbów zgromadzonych przez tę instytucję osiągnął szacunkową wartość 900 mln rubli (czyli 450 mln dol., około 45 mld dzisiejszych dolarów). Dwa lata później Max Laserson, rosyjski bankowiec, który przeszedł na stronę bolszewików, tak opisywał magazyny Składu Kosztowności: „Skonfiskowane srebro, złoto, drogie kamienie i perły (...) nagromadzono w tak gigantycznych ilościach, że przechodziło to ludzkie pojęcie. (...) Mijałem (...) ogromne sale zastawione po obu stronach aż po sufit wszelkiego rodzaju bagażami – walizami, koszami, kuframi, torbami itd.".

Powstanie Gochranu zintensyfikowało także wciąż niezakończoną akcję okradania skrytek bankowych. Krestinski powołał w tym celu pod koniec sierpnia 1920 r. Komisję Sejfową, czyli, nazywając rzecz po imieniu, specjalny zespół włamywaczy nadzorowany bezpośrednio przez Czeka. Komisja zatrudniała około 100 osób: połowa była odpowiedzialna za otwieranie sejfów, druga połowa za ich opróżnianie i przewożenie zdobyczy do Gochranu. Zespół kasiarzy dostawał po 300 rubli od rozbitego sejfu.

Dzięki działalności Komisji Sejfowej najszybciej zaczęły powiększać się zapasy diamentów. Rekordowe wpływy Gochran zanotował także na przełomie 1920 i 1921 r., kiedy do Moskwy dotarły transporty ze skarbami zrabowanymi przez Armię Czerwoną emirowi Buchary po złupieniu tego miasta we wrześniu 1920 r.

Cerkiew na celowniku

Ostatnim znaczącym akordem działalności Gochranu było przejęcie zrabowanego majątku Cerkwi. Nacjonalizację mienia cerkiewnego bolszewicy ogłosili już 20 stycznia 1918 r. Był to majątek ogromny: ok. 930 tys. ha ziemi, na których znajdowało się 31 tys. parafii, 75 tys. cerkwi i kaplic, ponad 1100 monastyrów, 37 tys. szkół podstawowych, 57 seminariów oraz cztery akademie. Do tego dochodziły liczne szpitale, sierocińce, gospodarstwa rolne i fabryki. W pierwszym rzędzie szło jednak o złupienie drogocennego wyposażenia świątyń, bogato zdobionych naczyń sakralnych, ikon i innych dzieł sztuki. Początkowo, obawiając się nasilenia buntów chłopskich, Lenin zdecydował się na pewien czas zawiesić całą akcję. Główny atak nastąpił dopiero w 1922 r., kiedy bolszewicy mocniej uchwycili cugle władzy. Cynicznie postanowiono wykorzystać panujący w 1921 r. na Powołżu straszliwy głód. Osłabił on znacznie buntownicze nastroje wśród chłopstwa, a propagandzie komunistycznej pozwolił rozpocząć kampanię pod hasłem „Zmieńmy złoto w chleb" – w domyśle chodziło o skarby cerkiewne chowane przed cierpiącym ludem przez duchownych sabotażystów. „Teraz i tylko teraz, kiedy na terenach dotkniętych klęską głodu dochodzi do kanibalizmu, a drogi zasłane są setkami, jeśli nie tysiącami trupów, możemy kontynuować zdobywanie cerkiewnych kosztowności, z najgwałtowniejszą i najbardziej bezlitosną energią, nie cofając się przed niczym. (...) Dzięki temu zapewnimy sobie kapitał wart kilkaset milionów rubli w złocie" – pisał Lenin w niesławnej tajnej instrukcji z 19 marca 1922 r.

Kampania antykościelna, mimo niebywałej skali grabieży, była dla bolszewików pewnym rozczarowaniem. Zrabowano „jedynie" ok. 540 kg złota (z czego do Gochranu trafiło niespełna 500 kg) i ok. 500 ton srebra. Nawet gdyby sprzedano cały ten łup po najkorzystniejszych cenach, nie przyniósłby on bolszewikom więcej niż 10 mln dol. Nieco lepiej rokowało upłynnianie kościelnych kamieni szlachetnych, które w wielu przypadkach wypruto z drogocennych szat liturgicznych, ksiąg i ikon, niszcząc bezpowrotnie dorobek wielu pokoleń.

Wartość całego narodowego dziedzictwa Rosji zrabowanego przez bolszewików szacuje się na ok. 1,6 mld dolarów, czyli ok. 160 mld dolarów dziś. Jaką część tego skarbu udało się im zamienić na broń potrzebną do spacyfikowania społeczeństwa i utrzymania się przy władzy? Jak się okazuje, dzięki pomocy Zachodu, całkiem sporą.

Pieniądz nie śmierdzi

Bolszewicy, pomimo oficjalnie złych notowań na zachodzie Europy, zawsze znajdowali sposób, aby wykorzystać naiwność lub zachłanność tamtejszych polityków i finansistów. Początkowo w tej niechlubnej współpracy celowali Niemcy, którzy, starając się zdestabilizować wrogie sobie państwo rosyjskie, przed rewolucją październikową i później przekazali bolszewikom ok. 50 mln złotych marek. Za te pieniądze założono m.in. główny organ propagandowy bolszewików – „Prawdę". Rosyjscy komuniści robili także udane interesy w kraju, w którym dwie dekady później brudne pieniądze prali hitlerowcy, czyli w Szwajcarii. Pod naciskiem Niemiec rząd szwajcarski zgodził się na utworzenie w Bernie Sowieckiej Misji Zagranicznej, kierowanej przez Jana Berzina. Berzin zajmował się głównie sprzedażą papierowych carskich rubli i kierenek. Część dochodu przeznaczana była na drukowanie wydawnictw propagandowych adresowanych do sympatyków bolszewików na Zachodzie. Większość z około 1 mln dol., zabronionych w Szwajcarii, wracała jednak do sowieckiego przedstawicielstwa w Berlinie, gdzie przeznaczano je na finansowanie działalności wywrotowej miejscowych komunistów. Zresztą bolszewicka placówka w Niemczech, kierowana przez Adolfa Joffego, także miała niemałe zasługi w praniu brudnych pieniędzy.

Wszystko to jednak blednie w obliczu skali szemranych interesów, jakie robili bolszewicy w Sztokholmie. Symbolem degrengolady moralnej i chciwości szwedzkich finansistów jest z pewnością Olof Aschberg, nie bez powodu nazywany „bankierem bolszewików". Jeszcze przed wybuchem rewolucji październikowej jego Nya Banken pośredniczył w przekazywaniu pieniędzy dla komunistycznych agentów w Rosji. Kiedy bank ten trafił na czarną listę ententy, Aschberg założył Svenska Ekonomie Aktiebolaget, spółkę, która pośredniczyła w przetapianiu i sprzedaży zrabowanego carskiego złota i kosztowności. Następnie współtworzył m.in. sowieckie banki w Niemczech wspomagające transakcje oparte na traktacie z Rapallo. Aschberg zarobił dla bolszewików około 200 mln dol., czyli około 20 mld dolarów dziś, kwotę porównywalną do wyników osiągniętych łącznie przez szwajcarskich bankierów pracujących podczas II wojny światowej dla nazistów.

Sowiecka Misja Zagraniczna w Sztokholmie została utworzona już w listopadzie 1917 r. Od razu zaczął przez nią przepływać strumień brudnych pieniędzy przeznaczony na zakup różnego rodzaju sprzętu potrzebnego Sowietom. W handlu brały udział najbardziej znane szwedzkie przedsiębiorstwa. Między innymi kontrakt na zaopatrzenie Armii Czerwonej podpisano z firmą Munktell-Eskilstuna (przedsiębiorstwo to wyewoluowało później w Volvo) czy z zakładami Husqvarna. Początkowo jednak wymianę utrudniała, a czasami wręcz uniemożliwiała, blokada morska zastosowana przez Wielką Brytanię. Na szczęście dla bolszewików nie trwała ona długo. O jej zniesienie postarał się człowiek, który zasłużył się niechlubnie również w historii Polski, czyli brytyjski premier Lloyd George. Jego krótkowzroczna polityka wobec Rosji, jakże podobna do tego, co robił 20 lat później prezydent USA Franklin Delano Roosevelt, szokuje do dzisiaj.

Kiedy pod koniec 1919 r. Anglicy wycofali swoje okręty wojenne z Bałtyku, Sztokholm stanął przed perspektywą na pranie złota, jakiej świat jeszcze nie oglądał. Lawinę uruchomił „kontrakt stulecia" podpisany 15 maja 1920 r. (tydzień po ruszeniu ofensywy wojsk polskich na Kijów) przez Leonida Krasina ze szwedzką spółką Nydquist i Holm o wartości 100 mln koron na dostawę lokomotyw i wagonów dla armii. Poprzez bolszewickie okno na świat w estońskim Rewlu (Tallin) popłynął strumień złotego kruszcu. Tylko do czerwca 1920 r. udało się przetransportować do Szwecji złoto o wartości 80 mln koron. Według Seana McMeekina transakcji via Rewel dokonywano następująco: „potencjalni kupcy składali zamówienia na rosyjskie złoto za pośrednictwem Aschberga bądź jakiegoś innego przychylnego bolszewikom banku, jak na przykład G. Scheel & Co. Wówczas Gukowski (przedstawiciel Sowietów w Rewlu – przyp. KJ) przekazywał sowieckie złoto Aschbergowi bądź innemu pośrednikowi, który przewoził je na drugą stronę Bałtyku, często osobiście nadzorując cały transport. (...) Na miejscu carskie złoto przetapiano, a dawne carskie oznaczenia zastępowano szwedzkimi". Po latach Aschberg wspominał: „Mennica Królewska pracowała pełną parą. (...) Złoto ze szwedzką puncą można było sprzedawać z ogromnym zyskiem, szczególnie w USA".

Rolls-royce dla Lenina

W 1920 r. Armia Czerwona wyłożyła na import sprzętu wojskowego co najmniej 200 mln dol., co odpowiada ok. 20 mld dol. dzisiaj. Zamówienia były zabezpieczone depozytami złota w Rewlu, Sztokholmie i Kopenhadze obejmującymi pod koniec roku ok. 130 ton zrabowanego złota. O ile na wojnę z Polską dostawy te miały ograniczony wpływ (większość z nich dotarła do Rosji w ostatniej fazie konfliktu), to na pokonanie białej armii gen. Wrangla import ten wpłynął w sposób istotny. Przede wszystkim jednak zachodni sprzęt wojskowy pomógł bolszewikom prowadzić politykę terroru wobec własnej ludności i utopić w morzu krwi rozlewające się po całym kraju powstania chłopskie.

Ponieważ bolszewicy musieli płacić pośrednikom w nielegalnych transakcjach sprzedaży złota i kosztowności Gochranu olbrzymie prowizje, zapasy zrabowanych dóbr zaczęły szybko się kurczyć. I w tym krytycznym momencie znów przyszedł im z pomocą brytyjski premier Lloyd George. Był on pod wielkim wpływem Leonida Krasina, którego bolszewicy wysłali do Londynu, aby założył tam legalną firmę o nazwie Arcos, w rzeczywistości zakamuflowane przedstawicielstwo sowieckie w Anglii, za pośrednictwem którego Krasin kusił firmy brytyjskie olbrzymimi kontraktami w Rosji. Pazerni przemysłowcy sami zresztą ustawiali się w kolejce do jego gabinetu. Jako pierwsi zjawili się przedstawiciele koncernu Standard Oil z propozycją podpisania kontraktu na wydobycie ropy w Baku, które zostało dopiero co zdobyte przez Armię Czerwoną. W grudniu 1920 r. Krasin pisał do Cziczerina: „Musimy wciągnąć Anglię i inne kraje w handlowe i biznesowe stosunki z nami; konieczne jest, aby nowe handlowe interesy koncesyjne stały się tak silne, by podczas konferencji pokojowej nasza odmowa spłacenia starych długów nie doprowadziła do nowej blokady czy interwencji". Umiejętnie urabiany przez Krasina Lloyd George przełamał opór niektórych członków swojego gabinetu i wbrew protestom sprzymierzonej Francji doprowadził do podpisania brytyjsko-sowieckiego porozumienia handlowego, które legitymizowało władzę sowiecką i prowadzony przez nią handel na Zachodzie. Lista kontrahentów chcących współpracować z bolszewikami zaczęła się wydłużać. Chciwość ludzka nigdy nie miała granic ani moralnych zahamowań. Porozumienie angielsko-sowieckie nie poskromiło jednak bynajmniej Rosji sowieckiej za pomocą handlu – jak to obiecywał Lloyd George – ale, jak słusznie zauważa McMeekin, „przypieczętowało przeobrażenie bolszewickiego reżimu z osaczonego ze wszystkich stron spisku aktywistów politycznych w majętną oligarchię kryminalistów, która mogła czerpać z zachodnich rynków kapitałowych, aby finansować wojnę z własnym narodem'.

Większość zamówień bolszewickich miała charakter militarny. Ale zdarzały się i inne. Umowa z Rolls-Royce'em dotyczyła dostarczenia części zamiennych do limuzyny, którą poruszał się po Moskwie Lenin, a także nowego modelu tej marki. Bolszewicy nie mieli także skrupułów podczas finalizacji kontraktu na zakup dla partyjnej wierchuszki frykasów w rodzaju trufli, bananów, ananasów, mięsa i ryb. W tym samym czasie na Powołżu miliony ludzi umierały z głodu. W ciągu niespełna dwóch lat, od maja 1920 r., kiedy w Sztokholmie rozpoczął się boom prania złota, bolszewicy wyeksportowali go ponad 500 ton, uzyskując w zamian 353 mln dol. (35 mld według cen dzisiejszych). Do tego trzeba doliczyć olbrzymią ilość kamieni szlachetnych zgromadzonych przez Gochran. Zakupiono za to gigantyczne ilości towarów, głównie sprzętu wojskowego, żywności i materiałów potrzebnych do rozkręcenia machiny propagandowej. Jak pisze autor książki „Największa grabież w historii": „Nie wystarczyło to, by uczynić z Rosji na powrót kraj zasobny, wystarczyło natomiast na utrzymanie się bolszewików przy władzy przez cztery długie lata wojny domowej, podczas których znakomita większość obywateli ich kraju – w odróżnieniu od zwolenników reżimu (...), teraz już porządnie nakarmionych i ubranych, mobilnych i dobrze uzbrojonych – popadła w nędzę".

Handel bolszewików z Zachodem trwał jeszcze długie lata. Pod koniec lat 20. galerie, sklepy z antykami i domy aukcyjne w Berlinie, Wiedniu i Sztokholmie opływały w zrabowane rosyjskie dzieła sztuki. Większość z nich przeszła wcześniej przez złodziejskie magazyny Gochranu. Ci, którzy za grube pieniądze nabywali cacka w rodzaju jaj Fabergé, raczej nie dostrzegali niemoralnej strony tego rodzaju transakcji.

Źródło: Sean McMeekin, „Największa grabież w historii",

Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

"Rzeczpospolita"