Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Wojenny dramat cywilów

Agnieszka Niemojewska 06-09-2017, ostatnia aktualizacja 06-09-2017 00:00

Początek II wojny światowej to dla Polaków nie tylko klęska militarna.

Wrześniowa klęska militarna wyzwoliła w Polakach niesamowitą wolę przetrwania i niezwykłą zaradność.
źródło: nac
Wrześniowa klęska militarna wyzwoliła w Polakach niesamowitą wolę przetrwania i niezwykłą zaradność.
Przez pierwsze lata okupacji w dużych aglomeracjach – mimo obostrzeń i niebezpieczeństw – całkiem sprawnie funkcjonowały targowiska, a w mniejszych miastach handlowano bezpośrednio na ulicach.
źródło: nac
Przez pierwsze lata okupacji w dużych aglomeracjach – mimo obostrzeń i niebezpieczeństw – całkiem sprawnie funkcjonowały targowiska, a w mniejszych miastach handlowano bezpośrednio na ulicach.
Informacje dla cywilów przekazywano m.in. za pomocą słupów ogłoszeniowych.
źródło: nac
Informacje dla cywilów przekazywano m.in. za pomocą słupów ogłoszeniowych.

Rankiem 1 września miały odbyć się uroczyste apele rozpoczynające nowy rok szkolny 1939/1940 dla setek tysięcy dzieci i młodzieży. Zwykły, codzienny rytm społecznego życia został jednak brutalnie przerwany – o 4.48 padły strzały z niemieckiego okrętu „Schlezwig-Holstein", wkrótce zaś rozpoczęły się pierwsze bombardowania polskich miast i wsi przez samoloty Luftwaffe. Hitlerowski blitzkrieg zbierał swoje śmiertelne żniwo. Dla milionów polskich obywateli klęska kampanii wrześniowej była katastrofą egzystencjalną.

Czesław Miłosz w „Rodzinnej Europie" pisał: „(...) ten wrzesień 1939 r. stanowił dla mnie przełom, o jakim nie może mieć pojęcia ten, kto nie doświadczył gwałtownego rozpadu całej budowli zbiorowego życia". W ciągu pogodnego, słonecznego i suchego miesiąca, którego aura w znacznym stopniu ułatwiła Niemcom realizację ich planów operacyjnych, niedawno i z takim trudem wskrzeszone państwo polskie przestało istnieć. Jako organizm polityczny, bo choć jego instytucjonalna reprezentacja istniała dalej na emigracji, to miało się wkrótce okazać, że dla aliantów nie jest realnym partnerem w grze dyplomatycznej. I jako forma życia publicznego w różnych jego przejawach: administracyjnym, gospodarczym i kulturalnym. Jeśli ich pozostałości przetrwały, to tylko w nurcie ukrytym, podziemnym. Przede wszystkim jednak państwo przestało funkcjonować jako punkt odniesienia i ostoja dla milionów jednostek, jego mieszkańców. Obywatele utracili poczucie bezpieczeństwa wypływające z przekonania o trwałości ładu gwarantowanego przez prawidłowe działanie machiny państwowej. Zachwiała się konstrukcja umożliwiająca codzienny byt.

Krótki film Juliena Bryana, jedynego aktywnego zagranicznego reportera we wrześniowej Warszawie, dokumentujący tragedię miasta z perspektywy obrońców i ofiar, nie przynosi pozornie obrazów tak wstrząsających jak choćby późniejsze materiały z powstania warszawskiego. Film, w powszechnie znanej wersji, był zresztą adresowany do odbiorcy amerykańskiego i wyświetlany po raz pierwszy w Stanach Zjednoczonych wiosną 1940 r. Nakręcony między 7 a 21 września reportaż „Oblężenie" ukazuje jednak dramatyczne symptomy tego upadku: chaos, zagubienie i lęk, rozpacz i bezsilny gniew ludzi, którym odebrano prawo do spokojnego, uporządkowanego przeżywania ich zwyczajnych dni. Zarejestrowane przez operatora próby ocalenia resztek normalności: ewakuacja cennych mebli czy kolejki przed sklepem, zwłaszcza skontrastowane ze zdjęciami zabitych podczas jednego z coraz częstszych nalotów na obszary pozbawione znaczenia strategicznego, czysto cywilne, pogłębiają jeszcze wrażenie beznadziejności tej pozawojskowej, rozpaczliwej i przegrywanej walki o godność i wolność osobistą.

Chaos komunikacyjny

Z każdym kolejnym dniem wojny cywile musieli borykać się z nowymi wyzwaniami. Tracili dostęp do obiegu informacji (prasa, radio) i z coraz większym trudem przemieszczali się zarówno koleją, jak i drogami – przepełnionymi przez wycofujące się polskie wojska i tłumy przerażonych ludzi, którzy sami za bardzo nie wiedzieli, dokąd mają uciekać.

Znaczenie radia dla ludności cywilnej podczas kampanii wrześniowej trudno przecenić. To z radia, z komunikatu odczytanego przez Zbigniewa Świętochowskiego, spikera, który pełnił nocny dyżur w warszawskiej rozgłośni (a kilka lat później był członkiem zespołu powstańczej radiostacji Błyskawica), wielu Polaków dowiedziało się o wybuchu wojny. Oczywiście, wojna dyktowała warunki pracy i wydajność przekazu. W nocy z 5 na 6 września polscy saperzy uszkodzili aparaturę nadawczą w Raszynie i wysadzili jeden z masztów antenowych, aby zaawansowanej technicznie placówki nie mogli wykorzystać zbliżający się Niemcy. Nadawanie przejęła stacja Warszawa II korzystająca z anten zamontowanych w Forcie Mokotowskim i na Politechnice Warszawskiej. Nadajniki w Forcie, uszkodzone w czasie nalotów, trzeba było nieustannie naprawiać. Jedna po drugiej milkły rozgłośnie lokalne mające siedziby w ośrodkach zajmowanych przez niepowstrzymane oddziały pancerne i zmotoryzowane armii niemieckiej. Niektóre placówki zostały zbombardowane, ale warszawska rozgłośnia nadawała nieprzerwanie: mieszkańcy stolicy i wszyscy ci, którzy mogli odbierać sygnał, słuchali codziennych przemówień prezydenta Stefana Starzyńskiego, ostatniego przedstawiciela władz cywilnych pozostającego na swoim stanowisku. Dzięki audycjom radiowym ludzie wiedzieli, że jakaś placówka władzy wciąż działa na miejscu, co zapewne niejednokrotnie zapobiegło wybuchom paniki i podtrzymywało morale.

23 września w południe Starzyński wygłosił pamiętne ostatnie przemówienie. Wkrótce potem niemieckie pociski spadły po raz kolejny na elektrownię – warszawskie radio pozbawione prądu ucichło na długo. Jeszcze przed ostatecznym proklamowaniem Generalnej Guberni władze niemieckie wprowadziły zakaz posiadania radioodbiorników i rozpoczęły ich konfiskatę. Domowe aparaty zostały wkrótce zastąpione okupacyjną radiofonią przewodową, tzw. szczekaczkami transmitującymi audycje niemieckie. O konsekwencjach tych zarządzeń opowiadały już pierwsze powojenne filmy polskie: „szczekaczek" słuchali nieliczni, natomiast całkiem liczna grupa posiadaczy odbiorników ukrywała je skutecznie i słuchała wiadomości nadawanych z Londynu.

Nieco bardziej złożona była historia prasy wrześniowej. Wydawanie gazety nie wymagało tak rozbudowanego zaplecza technicznego, jak radio, musiało za to sprawnie działać wiele ogniw procesu produkcji i dystrybucji, by periodyki w ogóle docierały do czytelników. Jedno bombardowanie mogło unicestwić i siedzibę redakcji, i zespół redakcyjny. Dlatego prasa, choć ukazywała się niemal do końca września (mowa tu o terenach ostatecznie zajętych przez Niemców), docierała nieregularnie. W Warszawie wiele popularnych tytułów mieszkańcy miasta i jego okolic mogli czytać niemal do końca września, chociaż po zmasowanych nalotach w ostatnim jego tygodniu część redakcji – niezależnie od przedwojennych antagonizmów politycznych – połączyła swe siły i wydawała „Gazetę Wspólną", publikującą w pierwszym rzędzie odezwy władz wojskowych (ukazało się tylko kilka numerów tego pisma).

Warszawskie gazety adresowane były do odbiorców szykujących się do obrony stołecznego grodu. Krakowskie zostały zlikwidowane już 7 września, bo Kraków, zaskoczony kompletnie – jak i broniąca go armia – manewrem strategicznym Niemców z południa, jako pierwsza polska metropolia znalazł się pod okupacją. Z kolei we Lwowie, który pierwsze walki obronne z niemieckimi czołówkami stoczył dopiero w połowie miesiąca i uniknął permanentnych, druzgocących ataków z powietrza, ton doniesień prasowych był niemal optymistyczny jeszcze po 10 września. Lwowski „Dziennik Polski" zaczął wypowiadać się bardziej powściągliwie dopiero w obliczu agresji radzieckiej po 17 września.

Zasięg oddziaływania mediów był jednak ograniczony. Na prowincji radio często nie działało, a prasa nie docierała. W małych miejscowościach i wioskach mieszkańcy otrzymywali bieżącą informację z innych źródeł. Jednym z podstawowych była pogłoska, plotka, przekazywana z ust do ust. Rzadko poddająca się weryfikacji, bo nie tylko mediów brakowało, ale i sprawnie działającej sieci telefonicznej. Telefony szybko przestały być przydatne nawet w dużych miastach, poza nimi albo po prostu ich nie było, albo z powodu uszkodzeń linii nie spełniały swojego zadania. Zastępował je i wzmacniał pogłoskę inny obieg wiadomości – paraliżujące, czasami pełne wyolbrzymień relacje uciekinierów. Ale wrześniowa klęska militarna wyzwoliła w Polakach niesamowitą wolę przetrwania i wręcz niezwykłą zaradność. Ludności cywilnej miast i wsi przyświecała wspólna dewiza: „kto handluje, ten żyje".

Walka z głodem

Tylko nieliczni przewidywali wybuch wojny i tylko oni późnym latem 1939 r. porobili zapasy podstawowych produktów. Zdecydowana większość z dnia na dzień została pozbawiona dostępu do chleba – załamało się zaopatrzenie, sklepy świeciły pustkami, ceny poszybowały w górę. Bez wątpienia w najtrudniejszej sytuacji znaleźli się mieszkańcy dużych miast, zwłaszcza stolicy. Jak podaje Marek Getter w „Biuletynie IPN" nr 8–9/2004, „1 stycznia 1939 r. Warszawa liczyła 118,071 km kwadratowych powierzchni, a jej ludność 1 289 000 mieszkańców; do wybuchu wojny liczba mieszkańców wzrosła do 1 300 000". Po podpisaniu 28 września przez gen. Tadeusza Kutrzebę kapitulacji rozpoczęła się okupacja Warszawy.

Aleksandra Zaprutko-Janicka, w książce „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania", tak pisze o tych pierwszych tygodniach wojny: „Ludność cywilna gasiła w tym czasie pożary i udrożniała główne arterie miasta. Niemcy natomiast łaskawie karmili swoich nowych poddanych. (...) W mieście podobnych punktów było dwanaście i przed każdym kłębiły się prawdziwe tłumy. Za rozdział racji chleba i zupy odpowiadała organizacja pomocowa NSV Hilfszug Bayern. (...) Na ulicach wiły się niekończące się kolejki po podstawowe artykuły. Nie czekając, aż opadnie wojenny kurz, naziści wprowadzali kolejne, coraz to bardziej nieludzkie zarządzenia. Już 31 października 1939 r. opublikowana została litania przestępstw karanych śmiercią. (...) Ceny galopowały, półki w sklepach zaczęły świecić pustkami". By zapanować nad ludnością cywilną polskich miast, Niemcy wprowadzili system kartek na żywność. Na samym początku wojny były to żałośnie małe racje. Jak podaje historyk Tomasz Szarota, „w ciągu niespełna 2 miesięcy warszawiacy otrzymali na osobę – 3 kilogramy chleba, 25 gramów cukru, 200 gramów soli i 100 gramów ryżu". Wartość kaloryczna tych przydziałów wynosiła w przybliżeniu... 135 kalorii dziennie na osobę. Gdyby nie przedwojenne zasoby, w tym okresie wiele osób znalazłoby się na skraju śmierci głodowej. Dopiero od połowy grudnia 1939 r. ludność Warszawy zaczęła dostawać nieco bardziej ludzkie przydziały.

Nie tylko ponadmilionowa Warszawa borykała się z problemami aprowizacyjnymi. W dawnej stolicy Polski, która przed wybuchem wojny miała ok. 250 tys. mieszkańców, sytuacja wyglądała podobnie. Jednak „Kraków, w przeciwieństwie do innych polskich miast, bardzo szybko doczekał się stabilnej niemieckiej administracji. (...) Już 13 listopada 1939 r. Niemcy wprowadzili w stolicy Generalnego Gubernatorstwa kartki na cukier, a trzy tygodnie później także na chleb. Dla porównania, w Warszawie system kartkowy uruchomiono dopiero 15 grudnia. I chociaż obejmował on w całym kraju ludność nierolniczą, kartek nie otrzymywał każdy, kto się po nie zgłosił. Były przeznaczone dla ludzi o potwierdzonym zatrudnieniu i dla ich rodzin. Osoby niezdolne do pracy musiały wpierw zdobyć odpowiednie zaświadczenie, co nie było wcale łatwe".

Przydziałem kartek żywnościowych zajmowały się Biura Okręgowego Rozdziału i Kontroli. Miały za zadanie m.in. określenie liczby mieszkańców poszczególnych kamienic i mieszkań, a ponieważ kartkowe przydziały były zbyt małe, by przeżyć, do BORiK zgłaszano zwykle zawyżoną liczbę zameldowanych, tzw. „martwe dusze". Kartki realizowano w Miejskich Zakładach Aprowizacyjnych. „Ile dokładnie jedzenia dostawali Polacy w ciągu typowych siedmiu dni? Szczegółowe wyliczenia podaje Bogdan Kroll w książce »Rada Główna Opiekuńcza 1939–1945«. Od stycznia 1941 r. do września 1943 r., przy uwzględnieniu niewielkich regionalnych wahań i niedoborów, przydziały prezentowały się bardzo mizernie. Dorosły człowiek otrzymywał średnio 2 kg ziemniaków, 1 kg chleba, 10 dkg mąki (około ¾ szklanki), od 5 do 10 dkg mięsa i jego przetworów, od 5 do 10 dkg cukru, od 5 do 10 dkg marmolady, 4 dkg kawy zbożowej, od ¼ do ½ jajka i minimalną ilość soli. (...) Dzieci do 14. roku życia dostawały jeszcze mniejsze racje chleba. W październiku 1943 r. przydziały zostały nieznacznie podniesione".

Kartki na żywność w pierwszej kolejności przysługiwały osobom legitymującym się stałym zatrudnieniem. Trzeba jednak pamiętać, że w okupowanych polskich miastach nie było to łatwe, a wynagrodzenie za pracę – niskie i na niewiele wystarczające. „Według danych przytaczanych przez historyka Andrzeja Chwalbę w latach 1940–1941 niewykwalifikowany robotnik mógł zarobić ok. 150 zł, a wykwalifikowany 250–300. Co mógł za to kupić? Naturalnie w pierwszej kolejności realizował karty żywnościowe w sklepie rozdzielczym (w 1944 r. trzeba było na to przeznaczyć, według wyliczeń RGO, ok. 32 zł). Z całej kwoty należało też odliczyć opłaty za gaz i prąd wynoszące po kilkanaście złotych, obowiązkowe ubezpieczenie w miejscu pracy (ok. 20 zł), podatek dochodowy w kwocie ok. 15 zł, opłatę za mieszkanie (ok. 80 zł odstępnego plus 10 zł podatku lokalowego)". W sumie daje to ok. 170 zł, a zatem co miesiąc trzeba było zdobyć te brakujące pieniądze, niezbędne do tego, by kupić jedzenie, bo przecież kartkowe przydziały zapewniały zaledwie kilkaset kalorii dziennie.

„Przedstawiciele krakowskiej czy warszawskiej klasy średniej na gwałt wyprzedawali swój majątek, żeby zdobyć środki na zakup żywności. Na pierwszy ogień poszły drobne rzeczy, część garderoby, sprzęt domowy, książki czy meble. Im więcej osób spieniężało swoje ruchomości, tym stawały się one tańsze. (...) Porządek społeczny uległ odwróceniu. Najniższe warstwy, robotnicy, służba, drobni handlarze, którzy w latach 30. ledwo wiązali koniec z końcem, najłatwiej odnaleźli się w nowej rzeczywistości. Ich życie zawsze wymagało sprytu. Teraz zaczęli kombinować ze zdwojoną siłą. U wielu spośród tych ludzi wojna obudziła najgorsze instynkty. Poczucie bezkarności czyniło z nich bandytów żerujących na własnych sąsiadach lub dotychczasowych pracodawcach. (...) Niedawni inspektorzy, aktorzy, nauczyciele czy urzędnicy musieli poszukiwać nowych źródeł utrzymania". Nierzadko przedstawiciele inteligencji zmuszeni byli do podjęcia pracy fizycznej, szczęśliwcy dorabiali, udzielając potajemnie korepetycji, kobiety zaś skupiły się na pozyskiwaniu jedzenia dla swych bliskich. „Sprytni polscy kupcy, w nowych realiach nadal obsługujący swoje sklepiki, nagminnie prowadzili kreatywną księgowość i popełniali drobne fałszerstwa. (...) Wedle rachunków interes ledwie zipał, choć półki uginały się od towarów, a ruch zawsze był duży". Sklepikarzom zdarzało się ponowne wprowadzanie do obrotu już zrealizowanych kartek żywnościowych, a „na niewygodne pytania urzędników odpowiadali hojnymi łapówkami. (...) Wojna nie sprzyjała kupcom solidnym, hołdującym dawnej, przedwojennej etyce pracy. Sukces zapewniały spekulacja i cwaniactwo".

Generalny gubernator okupowanych ziem Polski Hans Frank uważał, że „ludzie, którzy całą energię wkładają w zaspokajanie głodu, nie mają jej już na niepożądaną aktywność. Nie budzą się, nie działają w podziemiu, nie próbują organizować żadnych powstań. Z perspektywy okupanta był to układ idealny. Plan miał tylko jedną kluczową lukę. Frank, podobnie jak Hitler, nie przewidzieli, że zamiast złamać polskie społeczeństwo, obudzą w nim pokłady niezwykłej zaradności. »Kto nie kombinuje, ten nie je« – ta krótka zasada stała się naczelnym dogmatem okupacyjnej rzeczywistości. Polacy, a przede wszystkim Polki, udowodnili, że lepiej niż ktokolwiek inny znają się na sztuce przetrwania".

Kto handluje, ten żyje

Latem 1939 r. zapobiegliwe panie domu gromadziły zapasy żywności, nawet jeśli nie z obawy o wybuch wojny, to choćby ze względu na zbliżającą się zimę. Niestety, owe zapasy szybko się skończyły. Wówczas kobiety z konieczności stały się mistrzyniami w spieniężaniu domowych kosztowności – właściwie wszystkiego, co przedstawiało jakąkolwiek materialną wartość. Tak zdobyte pieniądze przeznaczały na zakup żywności. Jak ją zdobywały? Zazwyczaj udawały się do pobliskich wsi – pociągiem, rowerem lub pieszo. Mimo że okupant nakładał na wsie coraz większe kontrybucje i zakazywał handlu bezpośredniego pod groźbą więzienia, a nawet śmierci, rolnicy po kryjomu odsprzedawali „miastowym" nadwyżki wyprodukowanej przez siebie żywności. Mieszkanki miast – w zamian za gotówkę lub towary przydatne rolnikom, np. młynki do kawy, które wykorzystywano do potajemnego mielenia zbóż – zdobywały niewielkie ilości (by łatwiej było to ukryć) mąki, kasz, ziemniaków, jaj czy mięsa. Każdego dnia tysiące kobiet z narażeniem życia transportowały tak zdobytą żywność, ukrywając ją pod kolejnymi warstwami ubrań. To była jednak drobna szmuglerka. „W wielkich miastach przemyt nierozerwalnie wiązał się z koleją. W podmiejskich pociągach wprost roiło się od szmuglerów. (...) W związku z gigantycznym wzrostem ruchu pasażerskiego – choć precyzyjniej byłoby napisać szmuglerskiego – Niemcy zaczęli wprowadzać ograniczenia. Zawieszali kursy i wymagali specjalnych zezwoleń na przejazdy pociągami".

Nielegalnego przewozu żywności władzom okupacyjnym nie udało się ani powstrzymać, ani nawet ograniczyć, pomimo rozporządzenia z 15 lipca 1941 r. mówiącego, że „osoby uprawiające przemyt i paskarstwo będą wysyłane do Treblinki. (...) Hitlerowskie władze jednego jednak nie przewidziały. Przemytnikom, zarówno tym, którzy wyruszali po mały kawałek mięsa, żeby nakarmić rodzinę, jak i tym, którzy przewozili jednorazowo po kilkadziesiąt kilogramów kontrabandy, przyszli z pomocą pracujący dla Niemców polscy kolejarze. Naczelny przykład stanowi załoga stołecznej Elektrycznej Kolei Dojazdowej (EKD, po wojnie przemianowana na WKD). (...) Opracowali bardzo rozbudowany system ostrzegania o obławach i łapankach". Kolejarze, by chronić ludzi, specjalnie puszczali kłęby pary kominem lokomotywy i uruchamiali gwizdek, który ostrzegał pasażerów. A kiedy widzieli niemiecką obławę, która czekała już na stacji docelowej, zwalniali wcześniej, by ludzie mogli wyskoczyć z pociągu bądź pozbyć się niedozwolonego towaru. „Szmugler ubierał się w długi płaszcz, przewiązywany w pasie, a pod nim kryło się całe jego bogactwo. W sekretnych kieszonkach jechała kasza, mąka i inne sypkie skarby, a w pasie przywiązany był baleron, kiełbasa lub kawał słoniny". W razie kontroli taka osoba udawała ciężko chorą – Niemcy panicznie bali się zarażenia tyfusem. To dlatego, po wywłaszczeniu polskich właścicieli samochodów, do szmuglu wykorzystywano także... karawany – towar, w tym mięso, ukrywano w trumnach!

Aleksandra Zaprutko-Janicka podkreśla w swej książce jeszcze jedno: „Przemytników, ze względu na skalę ich działalności, można podzielić na trzy zasadnicze grupy. (...) Do pierwszej należały rzesze mieszkańców miast ruszające na wieś w poszukiwaniu odrobiny jedzenia dla zaspokojenia głodu swojej rodziny. Takie osoby jechały po osełkę masła, trochę mąki, kartofli i kawałek mięsa. Przewoziły zwykle od kilku do dwudziestu kilku kilogramów żywności. Ludzie ci często nie mieli prawdziwej smykałki do interesu i brawury. Ich szmugiel był nieudolny, a oni sami nerwowi i niepewni. (...) Druga grupa była bardziej zaradna i zorganizowana. Stanowili ją ludzie szmuglujący żywność w dużych ilościach, z przeznaczeniem na handel. Te osoby nie miały towaru ze sobą (...). To właśnie towar takich osób znikał na czas przejazdu w skrytkach wymyślonych przez kolejarzy. Zazwyczaj jeden pociąg zabierał około 10 ton żywności (głównie mięsa). Pracownicy kolei też nie działali wyłącznie z dobroci serca (...), wspieranie szmuglu było dla nich jednym z podstawowych źródeł utrzymania. Ostatnią grupę przemytników stanowili ci, których można by nazwać rekinami szmuglu. Ludzie ci (...) wynajmowali całe wagony bądź ciężarówki zaopatrzone w legalne papiery i eskortowane przez niemieckich żandarmów. Ta grupa zarabiała najwięcej (...), transport sześciu ton mąki ze wsi do Warszawy przynosił zysk w wysokości nawet 45 tys. zł. A przypomnijmy, że urzędnicy w tym czasie za cały miesiąc pracy dostawali nie więcej niż 300 zł".

W ten sposób bogacili się także mieszkańcy wsi i małych miasteczek: „Miejscowości położone w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od dawnej polskiej stolicy w realiach okupacyjnych wyspecjalizowały się w produkcji określonych towarów. Symeon Surgiewicz, będący jednym z kolejarzy obsługujących podwarszawskie linie, wspominał: »Karczew, zwany w gwarze okupacyjnej Prosiakowem, był główną bazą zaopatrzenia Warszawy w tłuszcze, mięso i wyroby mięsne. Do tej stolicy rzeźników spędzano nocami stada bydła i trzody z województwa lubelskiego, rzeszowskiego i innych. (...) W Karczewie dokonywano nocą uboju, by przekazać mięso na poranne pociągi. Jabłonna i okolice zamienione zostały w rozległą wytwórnię wódek. (...) Stąd szły także warzywa. Piaseczno i Góra Kalwaria dostarczały stolicy mąkę, pieczywo w dużych ilościach oraz trochę mięsa. Grójec, Brzostowiec i Nowe Miasto nad Pilicą to ogromne bazy mąki, kaszy, pszenicy, żyta, kartofli i mięsa«". Gdzie tym wszystkim handlowano? Przez pierwsze lata okupacji w dużych aglomeracjach – mimo wszelkich obostrzeń i niebezpieczeństw – całkiem sprawnie funkcjonowały targowiska, a w mniejszych miastach handlowano bezpośrednio na ulicach. Zwykli obywatele robili, co mogli, aby przetrwać wojenną hekatombę.

Cytaty, o ile nie zostały opisane inaczej, pochodzą z książki Aleksandry Zaprutko-Janickiej „Okupacja od kuchni. Kobieca sztuka przetrwania" („Ciekawostki Historyczne", Znak, 2015).

"Rzeczpospolita"