Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Żywy Budda i klucze do bram piekieł

Hubert Kozieł 28-01-2018, ostatnia aktualizacja 28-01-2018 00:03

Historia dalajlamów i dawnego Tybetu mocno odbiega od cukierkowej wizji wysmażonej dla politycznie poprawnych ludzi Zachodu.

Gdy w 1997 r. Dalajlama XIV odwiedził San Francisco, nieformalną gejowską stolicę USA, został zapytany na jednym ze spotkań, co buddyzm tybetański mówi na temat homoseksualistów. Dalajlama z uśmiechem wyjaśnił, że według tradycyjnych wierzeń za seks oralny i analny, nawet w heteroseksualnym małżeństwie, spotka śmiertelników kara w postaci zesłania do obszaru piekła znanego jako Samghata, gdzie demony zniszczą im genitalia. Dodał jednak, że takie praktyki seksualne mogą być dopuszczalne w kontaktach z prostytutkami. Gejowscy działacze byli w szoku: „Myśleliśmy, że buddyzm jest tolerancyjny".

O tym incydencie szybko jednak zapomniano, gdyż kłócił się z uładzonym, cukierkowym, popkulturowym wizerunkiem buddyzmu tybetańskiego jako hipertolerancyjnej, pacyfistycznej i proekologicznej religii; wizerunkiem sprzedawanym liberałom z Nowego Jorku i Hollywood przez takich ekspertów jak prof. Robert Thurman. Pokazanie im prawdziwej cywilizacji tybetańskiej mogłoby wywołać zbyt wielki szok. Świetnie zmontowany wizerunek Dalajlamy jako politycznie poprawnego księcia pokoju umożliwił tybetańskiemu lobby mistrzowską sztuczkę – sprawił, że lewica z całego świata uznała za swojego bohatera teokratycznego władcę feudalnego kraju, w którym nigdy nie przejmowano się takimi zachodnimi wymysłami, jak prawa człowieka, ekologia czy neutralność światopoglądowa państwa. Ta sytuacja jest tym bardziej absurdalna, że Dalajlama patronował wspieranej przez CIA antykomunistycznej partyzantce, popierał indyjskie próby nuklearne, krytykował europejskie rządy za przyjmowanie islamskich imigrantów i wypowiadał się bardzo pozytywnie o Donaldzie Trumpie. Podczas gdy na liberalnych salonach linczuje się ludzi za znacznie mniejsze myślozbrodnie, przywódca religijny Tybetu jest traktowany tam niczym półboska istota.

Mistyczna strona historii

Podstawowym błędem ludzi Zachodu jest patrzenie na inne kultury przez pryzmat oświeceniowego racjonalizmu, w którym nie ma miejsca na bóstwa, demony i magię. Tymczasem siły metafizyczne znajdują się w centrum wielu kultur, a w cywilizacji buddyzmu tybetańskiego odgrywają dominującą rolę. Tak więc nie powinno nas dziwić, że wielu wierzących buddystów tybetańskich podbój ich kraju przez Chińczyków w 1950 r. tłumaczy tym, że jedno z bóstw opiekuńczych chroniących Tybet przegrało w niebie walkę z dziewięciogłowym chińskim demonem.

O ile więc ludzie Zachodu widzą w Dalajlamie XIV przede wszystkim wybitnego myśliciela, obrońcę praw człowieka i laureata Pokojowej Nagrody Nobla, o tyle Tybetańczycy patrzą na niego wielowymiarowo. Na jednym poziomie jest człowiekiem o nazwisku Tenzin Gjaco, który urodził się w 1935 r. w wiosce Taktser na pograniczu z Chinami. W 1937 r. zauważyli go mnisi poszukujący następcy Dalajlamy (skierowani w ten rejon na podstawie instrukcji Dalajlamy XIII). Chłopiec powitał ich w dialekcie tybetańskim z Lhasy, mimo że w jego rodzinie mówiono tylko po chińsku, i trafnie rozpoznał, z jakiego są klasztoru. Po serii prób uznano go za reinkarnację poprzedniego Dalajalmy, a potem intronizowano w 1940 r. Pełnię władzy przekazano mu w 1950 r., w tragicznym roku chińskiej inwazji. W 1954 r. został wiceprzewodniczącym Komitetu Stałego Narodowego Komitetu Ludowego, czyli parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej (to trochę tak, jakby prymas Wyszyński wszedł do Rady Państwa PRL). W 1959 r. z pomocą CIA uciekł z okupowanego Tybetu do Indii. Rezyduje w położonym w cieniu Himalajów mieście Dharamsala, gdzie stoi na czele tybetańskich władz na uchodźstwie.

Jednocześnie jest przywódcą szkoły gelugpa, gałęzi buddyzmu dominującej w Tybecie od XVII w., a także reinkarnacją poprzednich dalajlamów, czyli przywódców tej szkoły. Otrzymał też inicjacje we wszystkich pozostałych głównych tybetańskich tradycjach buddyjskich i praktykach bon, czyli przedbuddyjskiej szamanistycznej religii Tybetu. Mieszkańcy Zachodu traktują go często jako „buddyjskiego papieża". Tak jak papież jest przywódcą tylko jednej z gałęzi chrześcijaństwa, tak Dalajlama kieruje tylko jedną gałęzią buddyzmu.

Buddyzm tybetański jest zaliczany do nurtu wadżrajany, czyli diamentowej drogi. Ten głęboko mistyczny i obfitujący w barwne rytuały nurt narodził się w Indiach w II w. n.e. i wiążą się z nim m.in. seksualne praktyki tantryczne. Przez wyznawców jest uznawany za ukoronowanie ewolucji buddyzmu. Wadżrajanę poprzedził nurt mahajana, czyli wielki wóz, kładący nacisk przede wszystkim na powszechne doprowadzenie ludzi do oświecenia (jest szczególnie rozpowszechniony w Chinach, Korei i Japonii). Przed nim powstał nurt theravada, czyli stara wiedza, podkreślający, że szansę na oświecenie ma przede wszystkim mała grupa mnichów (rozpowszechnił się m.in. na Sri Lance i w Azji Południowo-Wschodniej). Wadżrajana jest najbardziej rozbudowanym, skomplikowanym, przesyconym magią i mistyką nurtem buddyzmu. W tej tradycji funkcjonuje pojęcie „tulku", czyli istoty duchowej, która manifestuje swoją obecność w kolejnych ludzkich inkarnacjach. O ile przeorowie tybetańskich klasztorów i inni oficjele są pomniejszymi tulku, o tyle Dalajlama jest najważniejszą istotą duchową – inkarnacją Awalokiteśwary, bodhisatwy współczucia.

Bodhisatwa to istota, która osiągnęła buddyjskie oświecenie, ale nie skorzystała z możliwości zaprzestania cyklu reinkarnacji. Postanowiła dalej się odradzać, by pomagać ludzkości osiągnąć oświecenie. Awalokiteśwara (po tybetańsku Czerenzi) jest w buddyzmie tybetańskim najważniejszym bodhisatwą, który przejął też cechy przedbuddyjskiego boga ognia. Jest emanacją Buddy Amithaby, będącego regentem naszych czasów i panem żywiołu ognia. Historyczny Budda Sakyamuni, żyjący w V wieku przed Chrystusem, był również emanacją tego Buddy. (Buddyzm naucza, że w przeszłości istniało wielu buddów i że za jakiś czas pojawi się nowy – Budda Maitreja).

Dalajlama jest więc inkarnacją zarówno ludzi, jak i potężnych istot duchowych. Tybetańczycy nazywają go Yeshe Norbu (Klejnot Spełniający Życzenia) i Kundun (Obecność). W czasie ceremonii Kalachakra idzie on jeszcze wyżej w duchowej hierarchii – medytując, internalizuje w sobie obraz Adi Buddy, czyli pierwotnego, kosmicznego, najwyższego Buddy, i wyobraża sobie, jak niszczy wszechświat (pogrążając w morzu ognia nawet bogów i buddów w niebiosach), a następnie stwarza kosmos od nowa.

Spętane demony

Buddyzm tybetański naucza, że każdy budda i bodhisatwa oprócz pełnej współczucia i dobrotliwej postaci posiada również straszne oblicze. I tak jedną z 11 głów Awalokiteśwary jest głowa Yamy, pana buddyjskich piekieł. Yama jest przedstawiany jako rogaty demon, który ma na głowie koronę z ludzkich czaszek, w ręku trzyma „koło śmierci" i z penisem we wzwodzie tańczy na byku kopulującym z kobietą, która jest jednocześnie zgniatana pod ciężarem tej bestii. Jako reinkarnacja Awalokiteśwary Dalajlama jest więc jednocześnie władcą demonów. I to nie byle jakich.

Dalajlamie ma służyć kilka tysięcy demonicznych istot – są to dawne tybetańskie bóstwa oraz różne lokalne duchy i duszki, które po wprowadzeniu w kraju buddyzmu jako religii panującej musiały się „przebranżowić". Jednym z nich jest Palden Lhamo, opiekunka Dalajlamy, miasta Lhasa i całego Tybetu. To istota o ciemnoniebieskiej skórze, trojgu oczach i demonicznej twarzy z ostrymi zębami, galopująca na dzikim mule przez morze krwi, w którym pływają odcięte kończyny i głowy, wyprute oczy i wnętrzności wrogów doktryny buddyjskiej. Siodło, na którym siedzi, jest zrobione ze skóry małego dziecka – jej synka, który nie chciał się podporządkować władzy Buddy. Dalajlama zmusił ją do zabicia jedynego dziecka, którego szkielet trzyma w ręku i wykorzystuje jako pałkę do bicia wrogów buddyzmu.

Ciekawą postacią jest również Pehar, demon służący od wieków jako państwowa wyrocznia Tybetu. Wcześniej był bogiem Mongołów Hor (od których pochodzi słowo „horda"), opisywanych w tybetańskich kronikach jako „jedzące ludzkie mięso demony". W VIII w. indyjski mędrzec Padmasambhava (Guru Rinpoche), który przywiózł buddyzm wadżrajana do Tybetu, za pomocą magii podporządkował sobie Pehara i zmusił go do służenia tybetańskim buddystom. Pehar zarzekał się później wielokrotnie, że się zemści. Obiecywał, że spustoszy Tybet, sprowadzi na niego najeźdźców, zniszczy klasztory, wymorduje mnichów, sprofanuje relikwie i zgwałci wszystkie dziewice. Jako wyroczni zdarzało mu się też podpuszczać tybetańskie władze, by podejmowały złe decyzje. Na początku XX w. namawiał np. Dalajlamę XIII do zaatakowania brytyjskich wojsk. Niektórzy Tybetańczycy uważają więc, że Pehar zdradził kraj w 1950 r. i od tej pory jest agentem komunistycznych tajnych służb.

Nie wszystkie demony udało się tybetańskim buddystom zmusić do służby. Srinmo, kobiecy demon i zapewne również przedbuddyjska bogini opiekuńcza Tybetu, musiała zostać spętana. Trzynaście głównych klasztorów tybetańskich jest uznawanych za gwoździe przebijające i unieruchamiające jej ciało. Najważniejszy z nich – Jokhang w Lhasie – to rytualny sztylet wbity w jej serce. Według legendy pod tym klasztorem znajduje się wielkie podziemne jezioro krwi. Gdy przyłoży się ucho do ziemi w tym tybetańskim Watykanie, można ponoć usłyszeć bijące serce Srinmo.

Są jednak istoty duchowe, których jakoś nie daje się okiełznać. Jedną z nich jest Dordże Szugden, mnich buntownik z XVII w., który został spalony żywcem na rozkaz Dalajlamy V. Odwiedzał później Dalajlamę jako poltergeist i zdobył pewną popularność wśród prostego ludu. Jest przedstawiany jako demon jadący na śnieżnym tygrysie przez jezioro wrzącej krwi. Kult Dordże Szugdena jest wciąż żywy, a Dalajlama XIV traktuje go jako zagrożenie. Powołuje się m.in. na słowa wyroczni Pehara, mówiące, że Szugden pracuje dla Chińczyków i chce obalić rządy Dalajlamy. Wyznawcy Dordże Szugdena skarżą się zaś, że są prześladowani przez ludzi Dalajlamy. Są atakowani fizycznie, dostają groźby śmierci, ich ołtarzyki są niszczone. Gdy w 1998 r. ekipa szwajcarskiej telewizji kręciła w Dharamsali reportaż na ten temat, podszedł do niej buddyjski mnich i zagroził: „Za siedem dni zginiecie!".

Książę pokoju

Obraz dawnego Tybetu jako pacyfistycznego kraju szczęśliwości jest tylko bajeczką dla białych liberałów. Tybetańskie plemiona to przecież twardzi górale, którzy podporządkowali sobie ogromny teren. Na początku IX w. imperium tybetańskie sięgało nawet do Zatoki Bengalskiej. „Ciężkie tybetańskie szable" sławił w dwudziestoleciu międzywojennym znany polski pisarz i podróżnik Antoni Ferdynand Ossendowski. A i w latach 50. i 60. wspierani przez CIA tybetańscy żołnierze wyklęci nieraz dali się we znaki chińskim najeźdźcom.

Pierwsi królowie Tybetu mieli zstąpić z nieba, schodząc po osi świata. Od stworzenia ziemi do VI w. n.e. miało ich być 27. Po nich nastąpiła pierwsza potwierdzona historycznie dynastia – Jarlung. Po wiekach niemal wszyscy jej władcy zostali uznani przez oficjalną tybetańską historiografię za prawowiernych buddystów, a niektórzy nawet za reinkarnację Awalokiteśwary. Prawda była jednak bardziej złożona. Część z nich skłaniała się ku różnym nurtom buddyzmu, część wyznawała religię bon. Ostatni z nich, Langdarma, prześladował buddyzm (co było reakcją na prześladowanie wyznawców bon przez poprzedniego władcę, który był fanatycznym buddystą) i został zamordowany w 843 r. przez buddyjskiego mnicha. Później panowało w kraju rozbicie dzielnicowe, aż w XIII w. Tybet najechali Mongołowie i przekazali władzę sprzyjającej im buddyjskiej szkole sakya. Potem zmieniały się u władzy poszczególne szkoły i rody, aż w XVII w. dominację nad krajem zdobyła szkoła gelugpa, której wyznawcy są nazywani żółtymi czapkami. Jej przywódca Ngałang Lobsang Gjaco z mongolską pomocą pokonał w wojnie domowej konkurencyjną sektę karampa (czerwone czapki) i panował w latach 1617–1682 jako Dalajlama V Wielki. Był pierwszym dalajlamą, który objął świecką władzę nad Tybetem. Cieszył się tak wielkim prestiżem, że przez 15 lat ukrywano jego śmierć. Jego następca Dalajlama VI był znany przede wszystkim z pisania erotycznych wierszy, seksualnych podbojów i alkoholowych wybryków. Według legend był tak biegły w kontroli nad własnym ciałem, że potrafił zatrzymać w powietrzu i zassać penisem strumień swojego moczu. Nie obroniło go to jednak przed śmiercią w wyniku otrucia. Niemal wszyscy kolejni dalajlamowie aż do Dalajlamy XIII umierali w bardzo młodym wieku, a przyczyn ich śmierci zwykle upatrywano w truciźnie lub czarnej magii.

Zdarzały się krwawe konflikty między frakcjami w pałacu Potala, a nawet wojny pomiędzy klasztorami. Ofiarą dworskich intryg padł m.in. ojciec obecnego Dalajlamy, który został otruty. Kiepsko skończył również regent Reting Rinpoche, który początkowo sprawował władzę w imieniu małoletniego Dalajlamy XIV. W 1947 r. został wtrącony do więzienia i prawdopodobnie otruty. Gdy jego zwolennicy z klasztoru Sera zebrali się z myślą o zemście, zostali skoszeni ogniem karabinów maszynowych i artylerii. Zginęło kilkuset mnichów.

Sam Dalajlama XIV jest miłośnikiem militariów. „Już jako dziecko lubiłem zaglądać do ilustrowanych książek mojego poprzednika, szczególnie tych poświęconych I wojnie światowej. Lubiłem broń, czołgi, samoloty, fantastyczne pancerniki i okręty podwodne. Później pytałem o książki poświęcone II wojnie światowej. Gdy w 1954 r. odwiedziłem Chiny, wiedziałem o niej więcej niż Chińczycy" – wspominał w 1998 r. w wywiadzie dla „Die Zeit". W 1986 r. podczas wizyty we Francji odszedł od oficjalnego programu podróży i wybrał się do Normandii, by obejrzeć plaże, na których lądowali alianci w 1944 r. „Chciałem zobaczyć też broń, te potężne działa i karabiny, które zrobiły na mnie wrażenie. Wśród tych maszyn, tego piasku czułem emocje ludzi, którzy tam wówczas byli" – mówił Dalajlama.

Duchowy przywódca tybetańskich buddystów miał też okazję uczestniczyć w swojej wojnie – we wspieraniu antykomunistycznej partyzantki tybetańskiej. „Nazwałem rebeliantów reakcjonistami i stwierdziłem, że Tybetańczycy nie powinni ich wspierać. Jednocześnie nasza delegacja została poinstruowana, by namawiała partyzantów do dalszej walki. Mówiliśmy dwoma językami: oficjalnym i nieoficjalnym. Oficjalnie uznawaliśmy ich działania za rebelię, nieoficjalnie mieliśmy ich za bohaterów i mówiliśmy im to" – przyznał Dalajlama XIV w książce Michaela Harrisa Goodmana „The Last Dalai Lama".

Reinkarnacji bodhisatwy współczucia nie zabrakło też geopolitycznego zmysłu. Gdy między Chinami a ZSRR doszło do rozłamu, próbował nawiązać bliższe relacje z Moskwą, by skuteczniej walczyć przeciwko Chinom. Później patrzył przychylnie na indyjski program nuklearny, widząc w Indiach przeciwwagę dla chińskiej potęgi. Gdy w 1998 r. w dzień urodzin Buddy Indie przeprowadziły próbę jądrową, bronił tego testu. „Indie powinny mieć taki sam dostęp do broni jądrowej jak kraje rozwinięte. Przekonanie, że kilka krajów może posiadać broń jądrową, a reszta świata nie, jest niedemokratyczne" – przekonywał.

Mnisi też są ludźmi

Realia społeczne dawnego Tybetu również mocno się różniły od wyobrażeń białych liberałów zafascynowanych Dalajlamą. Tybet był państwem o ustroju feudalno-teokratycznym (czy raczej buddokratycznym), a większość jego mieszkańców stanowili chłopi pracujący na poletkach należących do świeckich i duchownych feudałów. Miejscowy system karno-penitencjarny przewidywał podobnie makabryczne tortury i metody egzekucji jak w sąsiednich Chinach. Jeszcze na początku XX w. zdarzało się, że szamanów bon obdzierano żywcem ze skóry, którą później wieszano na ulicach podczas świąt. Z dyscypliną w klasztorach było różnie – podobnie zresztą jak w Europie u katolików i prawosławnych. Częstą praktyką wśród tybetańskich feudałów było wysyłanie jednego z synów na dzień do klasztoru, by w ten sposób zyskał do końca życia przywileje przysługujące mnichom.

O Lhasie mówiono, że „dziwek jest tam tyle, ile psów". Popyt na ich usługi musiał być więc duży, a nawet w opowieściach o życiu dawnych buddyjskich mędrców otwarcie się mówi o ich przygodach z prostytutkami, tancerkami i barmankami. Podaż „panienek" trafiających na ulicę też była spora. Japoński mnich Kawaguchi Eikai nie mógł się nadziwić urodzie młodych towarzyszek wiekowych tybetańskich lamów – były to prawdopodobnie dziewczęta wykorzystywane w tantrycznych rytuałach magii seksualnej. Całkiem sporo miejsca poświęcono tym rytuałom w klasycznych tybetańskich tekstach, co wywoływało rumieńce u ich XIX-wiecznych europejskich tłumaczy. Obecnie podkreśla się, że te rytuały są tylko metaforami i co najwyżej odgrywa się je w wyobraźni. Jednakże żyjący w pierwszej połowie XX w. tybetański mnich intelektualista Gedün Chöpel w jednej ze swoich książek radził tym, którzy w takim rytuale chcieliby wykorzystać dziewczynkę, by nie penetrowali jej na siłę, tylko stymulowali ręcznie, a przed seksem poczęstowali ją miodem i słodyczami. Ze względów numerologicznych preferowano w takich eksperymentach dwunastolatki i szesnastolatki. Kobiety, które miały ponad 20 lat, a więc były już za stare na tantryczne rytuały, kontynuowały karierę jako „zwyczajne" kurtyzany.

W tym świecie magicznych rytuałów znalazło się też miejsce dla zaklęć mających sprowadzić śmierć na wroga. Tantryczny tybetański tekst „Hevajra-tantra" radzi: „Po oznajmieniu intencji guru i znakomitym osobistościom przeprowadź rytuał zabójstwa ze współczuciem tego, który nie wierzy w nauki Buddy i jest krytykiem guru i Buddy. Taką osobę należy wyeliminować, wyobrażając ją sobie jako istotę zawieszoną do góry nogami, wymiotującą krwią, trzęsącą się i ze zmierzwionymi włosami. Należy wyobrazić sobie palącą igłę wchodzącą w jej plecy. Następnie w wyniku wyobrażenia sylaby symbolizującej żywioł ognia w jej sercu zostaje ona natychmiastowo zabita". „Guhysamajatantra" opisuje zaś inną metodę rzucenia uroku: „Osoba rysuje mężczyznę lub kobietę kredą albo węglem drzewnym lub czymś podobnym, po czym przedstawia siekierę w ręku i sposób, w jaki zostaje poderżnięte gardło. Kiedy już urok zostanie w ten sposób rzucony na wroga, można go otruć, zniewolić lub sparaliżować". Jest tam również mowa o zdobywaniu mocy magicznej po zabiciu wrogiego czarodzieja i wykonaniu rytualnych utensyliów z jego szczątków.

Mroczna sztuka mogła się przyczynić do śmierci chińskiej cesarzowej wdowy Cixi jesienią 1908 r. Dwa tygodnie przed zgonem przyjęła Dalajlamę XIII i przedstawiła mu plan ściślejszego podporządkowania Tybetu władzy w Pekinie. Dalajlama podarował jej ciastka z życzeniami długowieczności. Li Lien, główny dworski eunuch, ostrzegał cesarzową, by nie spotykała się z Dalajlamą, gdyż „inkarnacje wielkich lamów to pomiot piekieł".

Magiczna otoczka miała też towarzyszyć śmierci innego wroga – Mao Zedonga. W 1976 r. wyrocznie przepowiadały wielkie nieszczęście dla Tybetu, więc Dalajlama wycofał się do pustelni i przeprowadził „ekstremalnie surowy rytuał". Jak pisze Claude B. Levenson, wkrótce Chiny nawiedziło ogromne trzęsienie ziemi, a jakiś czas potem Mao zmarł. „Byłem wtedy w Ladakh, odległej części indyjskiego stanu Dżammu i Kaszmir, gdzie przeprowadzałem inicjację Kalachakra. Drugiego dnia trzydniowej ceremonii Mao zmarł. A trzeciego dnia padało przez cały ranek. Po południu pojawiła się na niebie jedna z najpiękniejszych tęcz, jakie kiedykolwiek widziałem. Z pewnością musiał to być dobry omen" – wspominał te dni Dalajlama XIV.

"Rzeczpospolita"