Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Gdy dobre życzenia unosi wiatr, czyli grafficiarze zabierają głos na temat wolności

Anna Brzezińska 16-07-2009, ostatnia aktualizacja 23-07-2009 21:49

O Tybecie, wywieraniu presji i wietrze rozmawiamy z Dariuszem Paczkowskim z grupy 3fala, która dziś rozpoczyna trzydniową akcję grafficiarską.

autor: Katarzyna Sołtysiak
źródło: Fotorzepa

„Wolny Tybet” – pod takim hasłem będziecie malować na skrzyżowaniu ulicy Kasprzaka i alei Prymasa Tysiąclecia. Czemu akurat tutaj?

Dariusz Paczkowski: Rok temu zrodziła się inicjatywa obywatelska na rzecz stworzenia tu ronda Wolnego Tybetu. Z fundacją Inna Przestrzeń robiliśmy już w tym miejscu happening, podczas którego wieszaliśmy papierowe tabliczki z nową nazwą. Teraz razem wracamy na rondo w ramach festiwalu Street Art Doping. Naszą intencją nie jest jednak lobbing na rzecz ustanowienia nazwy, wywieranie presji. Chcemy zwrócić uwagę warszawiaków na problem Tybetu będącego od ponad pół wieku pod okupacją. Każdemu, kto do nas dołączy, damy farby i szablony z napisem „Wolny Tybet”. Poprzez powielanie słowa te będą powtarzane jak mantra.

Uczcicie tak też wizytę Dalajlamy?

Namalujemy jego portret. Przypomnimy mieszkańcom, że wkrótce Dalajlama otrzyma tytuł honorowego obywatela Warszawy i podkreślimy, że jako przywódca duchowy i polityczny jest ważny nie tylko dla Tybetu, lecz także Europy. Podobnie jak Jan Paweł II mówi o prawdach uniwersalnych.

To nie pierwsza wasza wizyta w stolicy. Gdzie szukać śladów wcześniejszych działań?

Podczas zeszłorocznych odwiedzin Dalajlamy malowaliśmy przy ul. Zajęczej. Dwa tygodnie temu zaś na rondzie Sedlaczka. Pierwsza umieszczona tam praca dotyczy zwierząt potrącanych na drogach, druga sprzedaży na Allegro współczesnych gadżetów z nazistowskimi symbolami, a trzecia sytuacji politycznej na Białorusi.

Graffiti to nie wszystko. Jakie jeszcze działania podejmujecie?

Staramy się brać udział w różnych akacjach społecznych. Szablon to dobra forma rozpowszechniania ich haseł. Działa trochę jak reklama na billboardzie. Jeśli mijasz ją na co dzień, to znaczy, że istnieje. Jeśli jej nie widzisz, problemu też nie ma. Nieważne, czy dotyczy on Tybetu, oszczędzania wody czy zbiórki pieniędzy na cele charytatywne. Robimy też instalacje. Jedną z nich można zobaczyć w weekend. Każdemu, kto się zaangażuje w malowanie, damy chorągiewki z napisem „Wolny Tybet“. W Tybecie zamieszcza się na nich życzenia. Wierzy się bowiem, że poruszający chorągiewką wiatr rozsiewa dobre życzenia po całym świecie.

A jednak współczesne graffiti rzadko jest objawem zaangażowania społeczno-politycznego.

Idziemy pod prąd. Graffiti często jest formą lansowania autora. Twórcy promują markę podobnie jak multikorporacje. Można zachwycać się stylem, grubością kreski, ale co z tego, skoro nie stoi za tym żadna idea. Członkowie 3fali uważają, że graffiti nie zrodziło się w Nowym Yorku w latach 70., lecz tysiące lat temu w Australii, gdzie Aborygeni zapisywali tak swoje legendy.

A jak zrodziło się twoje zainteresowanie tą formą przekazu?

Zajmują się graffiti od ponad 20 lat. Zaczęło się od współpracy z pacyfistycznym i opozycyjnym ruchem Wolność i Pokój. To był czas, gdy wszystko było antysystemowe – albo przynajmniej tylko tak odbierane przez komunę.

Podczas spotkania na Woli chcesz zarazić tą pasją amatorów?

Bardziej zależy mi na propagowaniu idei niż nauczaniu robienia szablonów. Często prowadzę warsztaty w domach kultury, szkołach i tam tłumaczę, że graffiti można robić z głową. Nasza grupa unika świeżych tynków, omija budynki sakralne, stara się o zezwolenia, nie używa narkotyków. To jak ruch społeczny. Tu nie obowiązują legitymacje ani zapisy. Trzeba wiedzieć, co chce się wyrazić.

Życie Warszawy