My wszyscy mieszkamy na wsi
Wokalista mówi nam o życiu z dala od miast, frankensteinie biurokracji, niezależności i lęku przed byciem zdrajcą, o blaskach i cieniach wytwórni oraz o płycie „Silny Kazik pod Wezwaniem”.
Płyta z piosenkami Silnej Grupy Pod Wezwaniem bierze się z poczucia misji czy raczej przyjemności nagrywania takich utworów?
Kazik Staszewski: Z obu tych powodów. Poczucie misji to może nadużycie, ale zadanie pokazania tej grupy współczesnemu słuchaczowi było czymś, co brałem pod uwagę. Jej piosenki bez wątpienia grało się przyjemnie, tak jak to bywa z coverami. Sięgasz przecież po te numery, które ci się podobają. A Silna Grupa Pod Wezwaniem towarzyszyła mojemu życiu odkąd pamiętam i te kompozycje są bardzo mojemu uchu miłe. W domu mieliśmy album i go słuchałem. Z tymże nie od razu. Wcześniej nie interesowałem się muzyką, mimo iż mama kupiła mi pierwszą płytę, jeszcze kiedy byłem w przedszkolu. Było to No To Co.
Z punktu widzenia artysty i słuchacza to dobrze, że utwory takie jak „To je moje” czy „Chłop żywemu nie przepuści” wciąż są aktualne. Gorzej, gdy spojrzymy okiem socjologa.
A czemuż to?
Ludzka mentalność opisywana w tych utworach nie przysłużyła się najlepiej rozwojowi kraju...
Grześkowiak był językoznawcą i filozofem. Miał ukończone dwa fakultety. Wiedział więc doskonale, co portretował, bardzo dobrze ujmując to, co dla polskiej wsi charakterystyczne. Z jej folklorem i etosem kulturowym nie dali sobie rady nawet komuniści. Jesteśmy jedynym krajem w bloku wschodnim, gdzie bardzo szybko zarzucono kolektywizację. Z charakterem polskiego chłopa walczyć się nie dało. Nijak nie dał się wymodelować na modłę XX w. Na zmiany mentalne potrzeba czasu. Do tej pory żadna ekipa rządowa nie próbuje zmienić jego statusu. Należy do innej grupy obywateli, chociażby ze względu na obciążenia fiskalne. Chłopi nie płacą podatku na miarę tego, jaki odprowadzany jest od dochodów ludzi z miast. Cały czas mało racjonalny podział gospodarstw to temat tabu. W świecie 3 proc. rolników żywi resztę społeczeństwa. U nas jest to 40 proc. Wciąż więc żyjemy we wsi, według Grześkowiaka.
Masz okazję podziwiania współczesnej polskiej wsi?
Mam. Jestem właścicielem domku w samym środku wsi. Koło Kołbieli, przy drodze na Lublin. Spędzam tam bardzo dużo czasu. Gdyby moja małżonka nie pracowała, byłbym za tym, żeby się tam przeprowadzić. Wieś jest urocza, zamieszkana przez wspaniałych ludzi. Można ją uznać za mało charakterystyczną, gdyż jest raczej niepijąca. To załatwia wiele rzeczy, bo w Polsce, zarówno w miastach, jak i na prowincji, alkohol jest głównym powodem problemów. Tymczasem tam, jeżeli pojawiają się już nawet uzależnieni od alkoholu, to są w ogromnej mniejszości. W oczy rzuca się raczej uczynność i dobry charakter mieszkańców. Nasz dom nie jest nawet zakratowany. Ominęła nas złodziejska paranoja, o której zewsząd się słyszy. Nigdy nie było włamania. Jeżeli więc doszukiwać się czegoś, o czym śpiewał Grześkowiak, to raczej rzeczy ciepłych.
Polska wieś ma wystarczająco dużo dystansu, by się w piosenkach Silnej Grupy Pod Wezwaniem przejrzeć?
Nie ma go w ogóle, co jest zresztą jedną z rzeczy, która ją definiuje. To muzyka dla miastowych chcących zobaczyć w krzywym zwierciadle to, co się znajduje pod ich metropolią. Wieś jest zaś najmądrzejsza. Przekonanie o mądrości jest proporcjonalne do tego, jak szczupła jest wiedza.
A Warszawę odbierasz jak europejskie miasto czy wielką wieś?
Jednak jako miasto, ale nie europejskie. Z powodu bałaganu kojarzy mi się z Trzecim Światem. Na to wskazuje też niemożność opanowania podstawowych problemów natury komunikacyjnej, przerost aparatu administracyjno-urzędniczego i tysiące sposobów na marnotrawienie publicznych pieniędzy. Dzięki temu bliżej nam do Kairu niż Londynu.
Jakoś nigdy nie jesteś zadowolony z gospodarza swojego miasta i kraju. Jaki powinien być?
To nie jest sprawa gospodarza, tylko cech strukturalno-społecznych, z jakimi jest stworzony system prawny i wszystko. Tego, jak wybieramy władze różnego szczebla. Każdy z nich pomyślany jest tak, by było wygodnie – oczywiście nie szaremu obywatelowi. Ma budować wszechwładzę urzędu. I w tej sprawie nie można być optymistą, bo którzy posłowie się zgodzą, by ograniczyć ich liczbę o połowę. A jak padnie na nich? Śpiewałem już w piosence „Cztery Pokoje”, że w Los Angeles jest 20 radnych, a w Warszawie – 700. Bizantyjskie rozpasanie w tej kwestii cechuje właśnie Trzeci Świat. Ale też szereg absurdów importujemy z Unii Europejskiej, która frankensteina biurokracji ochoczo karmi i rozwija. Jak więc zmiana gospodarza może pomóc? Potrzebne są zmiany ustrojowe i systemowe, a te raczej za mojego żywota nie nastąpią.
Jakiej publiczności oczekujecie na koncertach?
Nie będziemy grać ich w ogóle. Jestem uwikłany w zbyt dużo projektów. Kończymy przygotowania do płyty Kultu. Mam nadzieję, że na wiosnę się ukaże. Zapowiada się reaktywacja KNŻ, choć wciąż nie wiem, czy dobrze robimy. Dwa koncerty, takie jakby próbne, są już zakontraktowane. I one pokażą, czy moje obawy miały podstawy. Do tego dochodzi El Dupa i Buldog z ich sceniczną aktywnością, a w dalekiej przyszłości koncert bez prądu, jaki Kult ma zagrać dla MTV.
Czy w tym zamieszaniu jedna rzecz więcej naprawdę by zaszkodziła?
Musiałbym stworzyć nowy zespół i nauczyć go materiału. Płytę „Silny Kazik Pod Wezwaniem” nagraliśmy praktycznie w dwie osoby. Andrzej Izdebski zagrał na wszystkich instrumentach, zapraszając od czasu do czasu gości, by poradzili sobie z tymi, na których grać nie umie. Mogę za to powiedzieć, kogo widzę w roli potencjalnego nabywcy. Po pierwsze, starszych i sentymentalnych pamiętających te piosenki z czasów swojej młodości. Po drugie, młodych niemających pojęcia, o co chodzi, których skusi nieco moje imię.
Skoro już o nich mowa – nie denerwuje cię Kazik jako narodowe dobro kultury studenckiej?
Że niby czuję się zniewolony pewnym wizerunkiem, i że mi on uwiera? Na juwenaliach gra się przyjemnie. Tyle że zwykle staramy się występować na samym końcu, a wtedy wielu studentom jest już wszystko jedno, kto dla nich pogrywa. To niekomfortowe, ale i tak lubię te koncerty. Trzeba pamiętać, że w maju nie ma alternatyw. Nikt nie ryzykuje organizacji występów, kiedy za chwilę ma olbrzymią imprezę za darmo.
A co z wywiadami dla kobiecych magazynów? Kuba Wojewódzki szydził ostatnio z tego, że ten niezależny do bólu Kazik bierze się za takie coś.
Pokazałem się w nich, bo taki był pomysł firmy płytowej. Po raz pierwszy chciano przy okazji płyty uderzyć do gazet dla, umówmy się, gospodyń domowych. Akurat moja dobra koleżanka jest naczelną „Claudii”, wszystko więc możliwie ułatwiła. Nie byłem do końca przekonany, ale krok ten zrobiłem z premedytacją, zdając się na decydentów ze swojego wydawnictwa. Dla mnie wolność twórcza polega na tym, że mogę sobie wybierać, z kim chcę rozmawiać. Przypomina mi się, że kiedyś nie odbierałem nagród muzycznych. Potem zdałem sobie sprawę, że jestem niewolnikiem takich zachowań i jak w końcu coś odbiorę, zrobi się niesamowity raban, po czym zostanę okrzyknięty zdrajcą. Tymczasem ja nikogo nie zdradziłem, bo z nikim oprócz mojej żony ślubu nie brałem. Postanowiłem więc odbierać nagrody „po uważaniu”. Jak ktoś jest fajny i sympatyczny, to czemu nie? Tak samo podchodzę do gazet.
Zdrada to określenie przesadne. Co innego separacja. Po pierwszej solówce „Spalam się” spora część osób, nawet artystów, uznała cię za prekursora na gruncie rodzimego hip-hopu. Ty jednak nie chciałeś mieć z tym nurtem wiele wspólnego.
Kiedy ta płyta powstawała, słuchałem dużo rapu, nie da się ukryć. Wydawnictwo Zic Zac wymyśliło sobie szufladkę opatrzoną niefortunnym hasłem „najlepszy raper Wschodu”. Nie chciałem w niej być. Jeżeli chodzi o technologię produkcji muzyki, to ta miała z hip-hopem wiele wspólnego. Tworzyłem ją z użyciem sequencerów i samplerów. Poza tym mówimy o regularnych piosenkach z normalną linią melodyczną. Rolę pionierów zostawmy chłopcom ze Wzgórza Ya-Pa-3. Oni jako pierwsi trafili do nas do firmy. I chcąc nie chcąc Liroy, bo nawijali razem. Pamiętam ich demówkę. Byłem kibicem, mocno dopingowałem polski hip-hop. Ale tylko tyle.
Obecnie polski hip-hop zszedł z wokandy. Panuje moda na dzieci noworockowej rewolucji. Śledzisz ruch indie?
Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, o czym mówisz, bo z muzyką współczesną nie jestem na bieżąco. Żyję za to w przeświadczeniu istnienia w naszym kraju dwóch światów muzycznych. Jeden jest oficjalny, dotyczy tych wszystkich celebrytów, których pełno w kolorowej prasie i plotkarskich portalach. Chodzi o masę piosenkarską, w wypadku której można powtórzyć nazwisko, ale już nie piosenkę. Jest ona organicznie niezdolna do zagrania normalnego, biletowanego koncertu. Gdyby nie publiczne pieniądze (czyli z naszych podatków) prawdopodobnie nie występowaliby. Drugi świat w mass mediach właściwie nie funkcjonuje, stanowi jednak siłę podskórną z dużym audytorium. Te mikrokosmosy muzyczne są zupełnie rozdzielne. Nie musimy się spierać o to, który jest wartościowy, a który nie. Scena nieoficjalna zdecydowanie góruje. To daje asumpt do zadowolenia. Nasza publiczność jest na tyle rozumna, by sporo mogło się dziać bez nachalnej kreacji rzeczywistości, której na dobrą sprawę nie ma.
Dlaczego więc ogrom wytwórni fonograficznych wciąż zakłada, że odbiorca jest głuchym bezguściem?Na szczęście nie wszystkie. Ostatnio miałem styczność z wytwórnią Mystic. Jej działaniem i pracą byłem prawdziwie zbudowany. Niewiele brakowało, a zdecydowałbym się na definitywny transfer. Twoje pytanie dotyczy dużych wydawnictw, tzw. „majorsów”, gdzie pracują tabuny ludzi działających za pomocą sztancy wysłanych im przez centrale firm mieszczących się w dużych aglomeracjach zachodniej Europy. Firmy te z założenia traktują słuchaczy jak debila, ludzie tam uczyli się bowiem dużo na temat tego, jakim słuchaczem jest konkretna osoba i działają tak samo, jakby sprzedawali pepsi-colę. Nie dochodzi do nich, że jest cała gama innych napojów i nie wszyscy muszą pepsi lubić.Twoje wydawnictwo SP Records wydaje się działać na zasadach koleżeńskich. Ot, nieco nonszalancka zabawa w muzykę w gronie znajomych. Ku ich zadowoleniu i bez potrzeby mierzenia się z rynkiem.SP Records działa na zasadach więcej niż koleżeńskich. Powiedziałbym, że nawet przyjacielskich. Jej szef Sławek Pietrzak jest jedną z trzech osób, którą w moim mniemaniu zasługują na miano przyjaciela. Gdyby nie nasze relacje, dawno byłbym gdzie indziej. W SP sporo rzeczy irytuje. Nie wszystko jednak da się przeliczyć na pieniądze i sprawność organizacyjno-techniczną. Cenię sobie to, że Sławek jest miłośnikiem muzyki, co przekłada się na to, co w firmie jest wydawane. Nie wyobrażam sobie sytuacji, by wydał coś, co mu się nie podoba. Żebym opuścił jego wydawnictwo, musiałoby się stać coś bardzo złego. ∑
Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniania lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w
jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętą digitalizacją,
fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o.
Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody PRESSPUBLICA Sp. z o.o. lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione
pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.



DRUKUJ z Kyocerą
WYŚLIJ
Zakup Usług
WYKOP
GOOGLE
BLIPNIJ
STUMBLEUPON
facebook