r e k l a m a

Kobiecość i awangarda

Adam Ciesielski 02-07-2009, ostatnia aktualizacja 05-07-2009 19:58

Na festiwal Warsaw Summer Jazz Days przyleciały największe tuzy amerykańskiej awangardy. Szkoda, że ich występy nie zgromadziły w Kongresowej kompletu słuchaczy. Zdecydowanie lepszą frekwencję miał wczorajszy koncert gwiazd wokalistyki w hołdzie Ninie Simone.

Utwory  z repertuaru Niny Simone, wykonywane wczoraj w Sali Kongresowej przez młodsze gwiazdy współczesnej jazzowej wokalistyki, zakończyła  owacja na stojąco. W pełni zasłużona
autor: Guz Rafał
źródło: Fotorzepa
Utwory z repertuaru Niny Simone, wykonywane wczoraj w Sali Kongresowej przez młodsze gwiazdy współczesnej jazzowej wokalistyki, zakończyła  owacja na stojąco. W pełni zasłużona
autor: Guz Rafał
źródło: Fotorzepa
autor: Guz Rafał
źródło: Fotorzepa

W przeciwieństwie do lat poprzednich, tym razem nie musimy mieć żadnych kompleksów wobec największych europejskich festiwali jazzowych. W dobie kryzysu mało komu udało się zapewnić taką konstelację gwiazd, jaką na Warsaw Summer Jazz Days sprowadził Mariusz Adamiak.

Hołd dla gwiazdy

Gorące przyjęcie zgotowała wczoraj publiczność w wypełnionej niemal w całości Sali Kongresowej wykonawcom koncertu „Sing the Truth: The Music of Nina Simone”. Pieśni legendarnej, zmarłej w 2003 roku artystki zaśpiewały trzy światowej sławy wokalistki: Amerykanki Dianne Reeves (czterokrotna zdobywczyni Grammy) i Liz Wright oraz pochodząca z Beninu Angelique Kidjo.

Repertuar wieczoru obejmował szerokie spectrum dorobku Simone, od słynnego „Nie opuszczaj mnie” do „For Women”. Pierwszy z tych utworów, autorstwa Jacquesa Brela. pięknie wykonała (po francusku oczywiście, tak jak robiła to Simone) Angelique Kidjo. Dianne Reeves z kolei zabłysła w „I Put A Spell On You”, ale największe wrażenie pozostawiły interpretowane przez Liz Wright „I Love You Porgy” i „Lilac Wine”.

Ciekawostką był udział mniej od tych artystek znanej córki Niny Simone – Lisy Celeste, używającej po matce pseudonimu Simone. Ta piękna dziewczyna, która – trudno uwierzyć – była kilka lat zawodowym żołnierzem – zaprezentowała zupełnie niezłe warunki głosowe.

Uderzenie eksperymentów

Od początku do końca trzymał fanów w napięciu środowy koncert legend awangardy. Zaczął go World Saxophone Quartet, od połowy lat 70. ubiegłego wieku podziwiany za pełne polotu i energii zbiorowe improwizacje. I tym razem kwartet, w którym obok trzech oryginalnych członków: Hamieta Bluietta, Oliviera Lake’a i Davida Murraya zagrał utalentowany Brytyjczyk Tony Kofi, dał pokaz porywającego jazzu.

Jeszcze lepsze wrażenia pozostawił fenomenalny popis Art Ensemble of Chicago. Wcześniejsze wcielenia tej słynnej formacji oklaskiwaliśmy niegdyś w Warszawie. Obecny skład i repertuar niewiele przypominał tamte, akcentujące afrykańskie korzenie, występy. Był to faktycznie kwartet Rascoe Mitchella, jednego z założycieli grupy, grający bezkompromisowy, awangardowy jazz z pogranicza z eksperymentalną muzyką klasyczną.

69-letni Mitchell, saksofonista i kompozytor, niegdyś towarzysz bojów Josepha Jarmana oraz nieżyjących już dziś Malachiego Favorsa i Lestera Bowie, przyjechał w wybornym towarzystwie. Na bębnach zagrał żwawy weteran Famodou Don Moye, na kontrabasie Harrison Bankhead, zaś na trąbkach Hugh Ragin, umiejący z największą łatwością grać najtrudniejsze nuty. Nadzwyczajnych duetów tego ostatniego z liderem nie mógł przyćmić finałowy, też skądinąd ciekawy, set kwartetu Wadady Leo Smitha – innowacyjnego trębacza, stawiającego na nostalgiczne frazy.

Tylu nowatorskich muzyków amerykańskich na jednej scenie dawno nie było. Aż dziw, że przy tylu gwiazdach pierwszej wielkości Sala Kongresowa wypełniła się ledwie w połowie. Niechęć do trudniejszego jazzu? Tęsknota za Bobbym McFerrinem i Anną Marią Jopek? Przecież nie mogą pojawiać się co roku.

Dziś kolejna odsłona Warsaw Summer Jazz Days: wieczór animowany przez jednego z najbardziej konsekwentnych awangardzistów nowojorskich Johna Zorna.

Życie Warszawy