r e k l a m a

Deskorolka pod Capitolem, rymy w kółku w Remoncie

Marcin Flint 09-09-2010, ostatnia aktualizacja 12-09-2010 21:57

„Coś jest tu w tych murach i chodnikach/Temperatura tutejszego życia/Jak tu jesteś, to znasz to, człowiek/To miasto jest wyjątkowe” – rymuje raper Tede. Dziś gra koncert, wcześniej zdążył nas poprowadzić szlakiem klubów, rozgłośni, graffiti i deskorolki.

Tede  (po lewej) podczas spontanicznego koncertu Warszafskiego Deszczu pod PKiN.  Po prawej Numer Raz
autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa
Tede (po lewej) podczas spontanicznego koncertu Warszafskiego Deszczu pod PKiN. Po prawej Numer Raz

Wyprawę z Jackiem „Tede” Granieckim zaczynamy na „Esende”, czyli osiedlu Służew nad Dolinką.

Tu jako młodzieniec bawił się w wojnę, tłukł z dzieciakami z sąsiedniego bloku, znajdował stare monety. Ludzie na własną rękę wydzielili sobie nad pobliskim potokiem działki, tak jak kiedyś robiło się to na Dzikim Zachodzie. Dziewczyny się opalały, chłopaki biegały na pobliską stację benzynową po piwo. Niby sielanka, a jednak nie do końca.

Z Łukowej pod Capitol

Mniejsza już o ciała wyławiane ze wspomnianego potoku czy biedotę mieszkającą w tragicznych warunkach nieopodal kościoła. Jednym z głośniejszych utworów Tedego jest „Aluminium” nagrany z Numerem Raz pod szyldem TrzyHa/Warszafski Deszcz.

„Każdy z lat 70. blokowiec, opętany przez szatański towiec” – rymował. „Nowe ofiary aluminium folii, coraz więcej zombie w metropolii” – uzupełniał. Chodziło o paloną na sreberku heroinę, która siała spustoszenie wśród kolegów na tutejszej ulicy Łukowej.

Graniecki miał jednak inny wzór do naśladowania. Kumplował się z siostrą Pawła Stasiaka z Papa Dance. Na własne oczy zaobserwował, co znaczą sława i życie artysty. Najwyraźniej mu się spodobało. Czas mijał, a on odpowiednio go pożytkował.

Po latach, kiedy gwiazdy stołecznego graffiti – a wśród nich Krizm i Jay – malowały okoliczny, udostępniony przez dominikanów mur, sprzedawał pod nim nieoficjalne, dziś legendarne, wydawnictwo swojego zespołu TrzyHa: „WuWuA”. Ale wybiegliśmy w przyszłość. Najpierw hip-hop musiał się nad Wisłą pojawić.

– Kiedy po 1989 r. otworzono skateshop na Smolnej, deskorolka zaczęła zdobywać ulice. Wówczas rapu jeszcze u nas nie było. Docierał więc poprzez filmy deskorolkowe. Pod Capitolem jeździło się na desce i rapowało – mówi Tede, który jako młody adept sztuki dziennikarskiej przygotował dla magazynu „Klan” publikację na temat związku tych dwóch elementów. Jednym tchem wymienia znajomych z deskorolki: Włodi, Vienio, Kaczy, Wilku, Pele, Sokół. Artyści ci tworzą zespoły takie jak: Molesta, Hemp Gru, Zip Skład. Trzon warszawskiej sceny.

– Spod Capitolu władza nas zbytnio nie ganiała. Brakowało miejsc takich jak skateparki i było im wszystko jedno. Dla porządku ktoś powrzeszczał, ale się jeździło – wspomina Tede.

– Przepędzano nas za to spod Grobu Nieznanego Żołnierza, gmachu KC PZPR, pomnika Witosa i Dworca Centralnego. I nie ma się co dziwić. Kiedy jeździło pięciu gości, można było przymknąć na to oko, 50 tworzyło już zagrożenie. Niech ci się taka deseczka wymsknie i w kostkę uderzy.

Alfa i Hybrydy

Środowisko cementowały skateboarding oraz imprezy klubowe. Tede najpierw bywał w Alfie, jak sam wspomina, niezapomnianym miejscu na placu Narutowicza. – Wchodziło się po schodach z pierwszego piętra akademika. Nie pamiętam, czy tam w ogóle był jakiś bar. Parkiet z podłogi, na wysokość sufitu jak u mnie w biurze, do tego okna – opowiada.

Później miejski szlak poprowadził go do Hybryd. W piątki i soboty grywał tam DJ Volt. Ciekawym, niewiarygodnym z dzisiejszej perspektywy pomysłem były dwie imprezy jednego dnia – pierwsza dla „dzieci” o godz. 16 i druga – „dorosła” o 21. Publika była barwna.

Kluby można by mnożyć dalej – zanim Trend na Raszyńskiej zaczął być kojarzony z techno, imprezy organizował tam znany w środowisku hiphopowym Kosi. W Blue Velvet na tyłach ASP za sprzętem stał Jan Marian, DJ i producent Warszafskiego Deszczu/Trzyha, Volt pokazywał się w Stodole, spod której wzięto później ławkę na sesję okładkową debiutu grupy.

Pierwsze poważne koncerty odbywały się w Remoncie. Tede wspomina Kaliber 44 („piwo z beczki i koreczki”), Thinkadelic („chłopakom muzykę robił ojciec – jazzman; był najstarszy na sali, siedział przed mikrofonami, przy klawiszu”) i występ promujący jedno z pierwszych polskich rapowych wydawnictw Smak B.E.A.T. Records („do stojącego na scenie fortepianu przyczepione były teksty”). Na scenę wychodzili jeszcze Wzgórze Ya-Pa-3, Molesta czy 3H. Mógł wychodzić ktokolwiek.

– Nie było nic słychać, ale to nie miało znaczenia. Raper na scenie i tak nie rapował wtedy do ludzi, tylko albo do kumpla, albo do sznurówek. On nie zaprzedawał się komercji. Dawał przekaz z rymami stylu „kolego/lego” do DJ-a swego – ironizuje Graniecki.

Nadkomplet był jednak prawie zawsze, ortaliony szurały po sali, słuchacze podpierali ściany z twarzami ukrytymi w kapturach, raperzy improwizowali w kółeczku. „Warszafski Styl i coś jest w tym/Pamiętam ten Remont, tak jak Ty/To kółko, my, mikrofon, bit” – wspomina Tede na najnowszej płycie „Fuck Tede/Glam Rap”. To była piękna sprawa.

W czasach bez Internetu i komórek ludzie mieli gwarancję spotkania znajomych i atrakcyjnych dziewcząt. – Bawiliśmy się bardziej niż teraz – przyznaje Tede.

Żeglując do Harlemu

Oprócz miejsc związanych z deskorolką i klubami, hip-hop miał jeszcze jedną oazę: rozgłośnie radiowe – Kolor i Radiostację.

W pierwszej stacji pracowała Bogna Świątkowska, obecnie prężna animatorka fundacji Bęc-Zmiana. Ona prowadziła audycję, znajomi spotykali się w korytarzu, a w pokoju obok cały czas działał magnetofon.

Przegrywano muzykę na potęgę. Korzyści – poza tymi ewidentnymi, towarzyskimi – pojawiało się więcej. Zdarzało się, że Bogna ogłaszała na antenie, że tego i tego dnia, pod sklepem żeglarskim – był tam winkiel z daszkiem na wypadek deszczu – będzie gość sprzedający kasety „WuWuA”. – To byłem ja. Rodzice mieszkają obok i kiedy ich odwiedzam, nie mogę się nadziwić, że ten sklep zdołał przetrwać tyle lat – mówi Tede.

Niewiele brakowało, żeby podróż po Warszawie zakończyć w miejscu jej rozpoczęcia, czyli na Służewiu. Przez długi czas mieściła się tam bowiem siedziba Wielkiego Joł, wydawnictwa i studia Granieckiego, dziś właściwie celebryty z wieloma płytami na koncie. Wciąż można tam zastać ślady bytności raperów za sprawą nalepek w dziwnych miejscach i... kurzych łapek przybitych do drzew – pamiątki po realizacji programu „Bezele” dla jednej ze stacji muzycznych.

Podobno to w nowej, bliższej Wiśle siedzibie na Bobrowieckiej powstało więcej dobrej muzyki, m.in. ostatnia płyta „Fuck Tede/Glam Rap”. Utwory z niej usłyszymy dziś w klubie Harlem przy ul. Kolejowej 9/11.

Życie Warszawy