Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Dylematy i miłe zaskoczenia

.Jacek Marczyński 14-04-2017, ostatnia aktualizacja 14-04-2017 08:50

Dziś na finał „Niemieckie requiem". Pomysł łączenia muzyki i sztuk pięknych był interesujący.

Marie Arnet, dyrygent Martin Haselböck i John Malkovich we fragmentach tragedii „Egmont” Goethego z muzyką Beethovena.
autor: Bruno Fidrych
źródło: SLVB
Marie Arnet, dyrygent Martin Haselböck i John Malkovich we fragmentach tragedii „Egmont” Goethego z muzyką Beethovena.

Trzecie dziesięciolecie istnienia Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena rozpoczął bez fajerwerków, idąc utartym szlakiem. W historii zapisze się i tak niekwestionowanym osiągnięciem: nauczył Polaków, że w szczególnym czasie przed Wielkanocą refleksji bardzo sprzyja muzyka.

Kiedy 20 lat temu organizowano pierwszą edycję, nie brakowało głosów, że bardzo trudno będzie pozyskać widzów na koncerty w Wielkim Tygodniu. Dziś oprócz Festiwalu Beethovenowskiego, który przeniósł się do Warszawy, mamy dwie inne imprezy na europejskim poziomie – w Krakowie i Gdańsku – o ciekawym programie, z muzyką bardziej duchową, religijną.

Wielkie orkiestry

Festiwal Beethovenowski nie chce być wszakże związany wyłącznie z Wielkanocą. Należy w końcu do największych imprez muzycznych w kraju. Rozmachem organizacyjnym mogą się z nim równać jedynie „Chopin i jego Europa" w stolicy lub Wratislavia Cantans we Wrocławiu. Tylko jednak Festiwal Beethovenowski koncerty organizuje w miastach na terenie całego kraju.

Skoro Warszawa dorobiła się dwóch dużych imprez cenionych w Europie, a obie pozostają przede wszystkim w kręgu muzyki XIX-wiecznej, porównania wydają się nieuniknione. Na szczęście coraz bardziej dostrzegalna jest też ich programowa specjalizacja. „Chopin i jego Europa" to festiwal kompozytorów polskich, oprócz Chopina także tych zapomnianych, oraz tzw. wykonawstwo historyczne, na instrumentach z dawnych epok.

A jak można określić Festiwal Beethovenowski poza tym, że wiele uwagi poświęca dziełom patrona? Najkrócej tak: to festiwal wielkich orkiestr. W ciągu dwóch tygodni kwietnia w Warszawie zagrało ich teraz 13. Nurt kameralny zawsze był jedynie efektownym dodatkiem, w tym roku w programie figurował śladowo, co nie znaczy, że mało interesująco. Brawurowy recital dała triumfatorka ostatniego Konkursu im. Wieniawskiego Veriko Tchumburidze, udowadniając, że w tamtej rywalizacji zwyciężyła zasłużenie.

Nie jest jednak łatwo robić co roku imprezę z udziałem stuosobowych najlepszych orkiestr. W Europie są jedynie dwa festiwale – w Lucernie i w Salzburgu – które mają tyle pieniędzy, że co roku są w stanie zaprosić zespoły symfoniczne z najwyższej światowej półki.

Festiwal Beethovenowski jest przy nich finansowym kopciuszkiem, więc zamiast hojną kasą bardziej posługuje się kontaktami. Dlatego licznie przyjeżdżają zespoły niemieckie. Jeśli nawet nie są to Filharmonicy z Berlina czy Monachium, mamy niemal pewność, że posłuchamy orkiestry grającej precyzyjnie i o dobrym brzmieniu.

„Symfonia fantastyczna" Hectora Berlioza w interpretacji Frankfurt Radio Symphony nie stała się zatem jedynie masą potężnego dźwięku wypełniającego całą salę, była w niej wyrazista narracja i ciekawe detale ukazane przez poszczególnych muzyków (zwłaszcza na instrumentach dętych). Warto było też poznać szefa tej orkiestry, urodzonego w Kolumbii Andrésa Orozco-Estradę. To ciekawa osobowość, dyryguje żywiołowo, ale potrafi przekazać zespołowi dobrą energię.

Polskie niespodzianki

Każdy festiwal niesie ze sobą zaskoczenia, dobrze, gdy są one miłe. Takim sympatycznym objawieniem był występ Państwowej Orkiestry Armenii pod batutą Sergeya Smbatyana, dwukrotnie bisującej po występie. Największe jednak wrażenie wywarły dwa polskie zespoły.

Koncertowe wykonanie opery „Żywot rozpustnika" Strawińskiego, które przywiózł do Warszawy NOSPR pod dyrekcją Alexandra Libreicha, było na światowym poziomie. Pięknie grali muzycy, skromna liczbowo Camerata Silesia brzmiała jak wielki chór, świetnie wypadli soliści, zwłaszcza australijski tenor Adrian Strooper jako skromny prostaczek, który nagle staje się tytułowym rozpustnikiem. Jego mefistofelicznym duchem, Nickiem Shadowem, był zaś Krzysztof Szumański.

Wieczór pełen dobrej energii przygotował Łukasz Borowicz z Filharmonią Poznańską. To był koncert dwóch okryć: I Symfonii, skomponowanej przez Bizeta w wieku 17 lat, i nieznanej w Polsce jego opery „Djamileh". Oba utwory nie są XIX-wiecznymi arcydziełami, zostały jednak zgrabnie skonstruowane i zinstrumentowane, mogą więc sprawić wiele frajdy słuchaczom.

Największą medialną gwiazdą był jednak John Malkovich. W niespodziewanej rywalizacji wybitnych aktorów, którzy wystąpili jako narratorzy na dwóch koncertach, zdecydowanie przegrał wszakże z Wojciechem Pszoniakiem, który w „Djamileh" słowem wręcz malarsko wykreował świat tej orientalnej opowieści. Natomiast John Malkovich fragmenty „Egmonta" Goethego – w specjalnym opracowaniu i w angielskim tłumaczeniu – przeczytał w manierze gwiazdora filmów amerykańskich.

Sposób na patrona

Z rzeczy bardziej poważnych warto zauważyć, że festiwal wciąż poszukuje sposobu, jak prezentować dzieła Beethovena. Czy właśnie mocnym, niemieckim dźwiękiem (VII Symfonia w interpretacji Deutsche Radio Philharmonie Saarbrücken Kaiserslautern) czy może raczej należy sięgać po wykonawstwo historyczne? Reprezentant tego nurtu – Wiener Akademie Martina Haselböcka – muzyką do „Egmonta" i VIII Symfonią wniósł właśnie ożywcze powietrze do festiwalu.

Tę edycję należy też pochwalić za podtytuł: „Beethoven i sztuki piękne". Pozornie brzmi on bardzo ogólnikowo, tymczasem dał okazję poznania kilku interesujących utworów inspirowanych malarstwem: Maxa Regera, Bohusłava Martinu, Paula Hindemitha czy Igora Strawińskiego. Dzięki temu koncerty zaczynają łączyć się wspólną nicią, a o to przecież powinno chodzić każdemu festiwalowi.

Dziś, w piątek, pozostało zaś tylko „Niemieckie requiem" Brahmsa, które z Sinfonią Varsovią i chórem Opery Narodowej poprowadzi Leopold Hager.

"Rzeczpospolita"