Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Polski dom z zastawą z Korca

Janusz Miliszkiewicz 11-05-2017, ostatnia aktualizacja 11-05-2017 10:07

Andrzej Wasilewski - Zdobyłem ponad 150 polskich zabytków – mówi kolekcjoner porcelany

Andrzej Wasilewski, z wykształcenia geolog. Pracował w przedsiębiorstwach handlu zagranicznego.  Przez lata kolekcjonował obrazy. Od prawie 20 lat zbiera porcelanę z wytwórni w Korcu i Baranówce.
źródło: archiwum kolekcjonera
Andrzej Wasilewski, z wykształcenia geolog. Pracował w przedsiębiorstwach handlu zagranicznego. Przez lata kolekcjonował obrazy. Od prawie 20 lat zbiera porcelanę z wytwórni w Korcu i Baranówce.
Filiżanki  z wytwórni  w Korcu
źródło: archiwum kolekcjonera
Filiżanki z wytwórni w Korcu

Rz: Od 13 maja w Zamku Królewskim w Warszawie można oglądać najstarszą polską porcelanę z wytwórni w Korcu i Baranówce. Porcelana pochodzi z pana kolekcji. Czy można ją potraktować jako dobrą lokatę kapitału?

Andrzej Wasilewski: Korzec i Baranówkę zbieram prawie od 20 lat, ale nie znam innych kolekcjonerów wyrobów tych wytwórni. Szukałem ich nawet. Miałem nadzieję, że ktoś ma coś na wymianę. Nikogo nie spotkałem. Zainteresowanie zakupem porcelany jest ograniczone, więc szansa na odsprzedaż – niewielka. Mogę nazwać to dobrą lokatą sentymentalną.

Są osoby, które mają pojedyncze okazy tej porcelany.

Eksponują je na ścianach i chwalą się gościom: to jest Korzec, to jest Baranówka! Ale to nie są kolekcjonerzy. Przed wojną było w naszym kraju ok. 70 wybitnych kolekcjonerów polskiej porcelany. Po wojnie ta tradycja nie była kontynuowana. Ludzie wyginęli w czasie wojny i po wojnie. Samo przesunięcie granic zniszczyło dawne środowiska. Na przykład silne środowisko kulturalne Lwowa zostało praktycznie rozbite.

Przepłacał pan przy zakupie?

Kolekcjoner nie zna pojęcia „przepłacać". Chciałem mieć te przedmioty, są ze mną od lat i nie żałuję, że płaciłem powyżej cen wynikających z zimnej kalkulacji. Przeciwnie, cieszę się. Mam piękną polską porcelanę. Jestem dumny, że zdobyłem ponad 150 polskich zabytków, których na rynku nie ma. To jest największa przyjemność, największy zysk. Polski dom musiał mieć porcelanę z Korca lub Baranówki. Mam np. ładną bigośnicę. To wielka rzadkość.

W ogóle taka porcelana jest rzadkością.

Pojedyncze przedmioty z Korca trafiają się co dwa – trzy lata. Talerz o średnicy 24-25 cm z typową dekoracją, zachowany w dobrym stanie, kosztuje ok. 2,5 tys. zł. Talerz obiadowy, ale z rzadkim wzorem może kosztować ok. 4 tys. zł. Podobne talerze z Baranówki kosztują ok. 1,5 tys. oraz ok. 2,5 tys. zł.

Porcelana z Korca jest droższa, ponieważ jest zdecydowanie rzadsza. Wytwórnia w Korcu pracowała do 1832 r. a w Baranówce do 1917 r.

W Niemczech w każdej ilości można kupić osiemnastowieczną porcelanę np. z Miśni, Berlina czy wytwórni w Wiedniu. Produkcja europejskich wytwórni była pewnie sto razy większa niż obu naszych.

Stara polska porcelana znana jest na światowym rynku?

Dostałem kiedyś wiadomość z Nowego Jorku i kupiłem tam pięć talerzy z Baranówki. Na początku chcieli fortunę, bo Baranówka w pewnym okresie miała znak dwugłowego rosyjskiego orła. Zaproponowali więc taką cenę jak dla Rosjan. Podjąłem z antykwariatem korespondencję. Udowodniłem, że to jednak polska wytwórnia. Dzięki temu zapłaciłem w miarę normalną cenę, choć wyższą niż w Polsce. Korzec trafia się czasami na świecie, ale prawie zawsze fałszywy. Wyroby te były masowo fałszowane już w XIX wieku.

Dlaczego?

Korzec powstał jeszcze w wolnej Polsce w 1783 r. jako wytwórnia fajansu. Produkcję porcelany rozpoczęto tam w 1790 r. Szlachta z powodów patriotycznych chciała jadać na zastawie z Korca. Zwłaszcza po upadku powstania styczniowego korecka porcelana stała się synonimem polskiego domu. Rosła tęsknota za dawnym polskim stylem życia. Każdy chciał to mieć, a produkcja porcelany koreckiej była nieduża. Wtedy europejskie wytwórnie masowo zaczęły produkować falsyfikaty m.in. w Czechach, Rosji, a nawet Paryżu. W kolekcji mam trzy fałszywe pozycje kupione przeze mnie świadomie. Natomiast w państwowych muzeach są znaczne ilości falsyfikatów.

Jak pan poznaje falsyfikat?

Poznaję po „cieście", po formie, po innej dekoracji malarskiej. Sposób zużycia niekiedy wskazuje na wiek. Nie wszystko da się zwerbalizować.

Bardzo zasłużona dla rozpoznawania falsyfikatów jest dr Anna Szkurłat, autorka monografii porcelany z Korca wydanej w 2011 r. przez Zamek Królewski w Warszawie. Dr Szkurłat wylicza i analizuje znane falsyfikaty znajdujące się w polskich i ukraińskich muzeach.

Kolekcjonerstwo to dar od Boga, czy można się tego nauczyć?

Można się nauczyć. Najważniejsze, żeby zbierać z pasją. Tylko trzeba się najpierw zarazić wirusem kolekcjonerstwa, a u nas nie ma gdzie. Porcelana, o której mówimy, jest rzadkością. O Baranówce nie ma nawet literatury. W muzeach wystawy zabytkowej polskiej porcelany odbywają się mniej więcej co 40 lat. Ostatni katalog dotyczący porcelany z XIX wieku był wydany w 1973 r. przez Muzeum Zamkowe w Malborku. Czy jest to skuteczna propaganda kolekcjonerstwa i narodowej historii?

Czy prywatni kolekcjonerzy są w Polsce doceniani?

Nie! Państwo nie docenia kolekcjonerstwa. Na przykład nie ma żadnego czasopisma z poradami dla kolekcjonerów, propagującego kulturę prawną w tej dziedzinie, przy okazji ochronę dóbr kultury narodowej, integrującego kolekcjonerów.

W 38-milionowym kraju taka gazeta powinna utrzymywać się z reklam antykwariatów i domów aukcyjnych.

Jak pan wie, redaktorze, padło kilka czasopism zajmujących się tą dziedziną, ponieważ reklam nie było, albo było ich za mało. To jest najlepsza diagnoza słabości naszego rynku. Może powinien zadziałać państwowy mecenat?

Renomowane światowe firmy antykwaryczne, np. Sotheby's lub Dorotheum, nie weszły do Polski (choć otworzyły oficjalne oddziały bodaj w Pradze czeskiej i Budapeszcie), bo nie mają po co. Według ich kryteriów u nas nie ma rynku, bo nie ma tradycji życia wśród sztuki.

Może w takiej sytuacji państwowy mecenas powinien w większym stopniu wpływać na rozwój kolekcjonerstwa, zainteresowanie dobrami kultury narodowej? To co u nas jest, to dopiero zalążek kolekcjonerstwa.

Nie ma też hojnego prywatnego mecenasa, który zechciałby sfinansować np. czasopismo dla kolekcjonerów.

Może bogaci Polacy mają za mały kapitał?

Na świecie kolekcjonerzy zdecydowanie bardziej interesują się rzadkimi zabytkowymi przedmiotami, w tym dawną porcelaną.

Proszę przejrzeć katalogi międzynarodowych specjalistycznych aukcji porcelany. Tam jest inny świat. U nas nigdy nie wytwarzano tak luksusowej porcelany. Proszę spojrzeć. Tu są katalogi aukcyjne np. niemieckiej firmy Metz. To właściwie luksusowe albumy. Ponad 600 stron, ok. 1200 pozycji zabytkowej porcelany.

Jesteśmy więc na starcie.

Moim zdaniem jeszcze nie wystartowaliśmy.

Dojdziemy kiedyś do europejskiego poziomu kolekcjonerstwa?

Chyba nie ma już ludzi, którzy by się zainteresowali zabytkową polską porcelaną. Ale nie frustruje mnie to. Bawię się tym, co mam. To doskonały relaks. Stale cieszę się tymi przedmiotami.

Wystawa pana zbiorów będzie świetną promocją kolekcjonerstwa. Co wystawa daje kolekcjonerowi?

Dobry katalog to pomnik mojej wieloletniej pasji. Czuję dumę, bo ja stworzyłem tę kolekcję.

Na dobrą sprawę mężczyzna powinien zbierać szable, nie porcelanę.

Tam jest ogromna konkurencja. Wszyscy u nas kupują szable, bo w każdym domu żywa jest tradycja ułańska. Przynajmniej chętnie tak o sobie mówimy. ©℗

—rozmawiał Janusz Miliszkiewicz

"Rzeczpospolita"