Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Pokazuję dzieła nieznanych artystów

Janusz Miliszkiewicz 21-09-2017, ostatnia aktualizacja 21-09-2017 10:59

Czasami na aukcjach płacę dwa razy więcej niż planowałem – mówi kolekcjoner sztuki Marek Roefler.

Marek  Roefler,    z wykształcenia fizyk,     w 1983 r. założył firmę Dantex, która od 1996 r. zajmuje się budową biurowców pod wynajem  i realizacją inwestycji mieszkaniowych.
autor: Darek Golik
źródło: Fotorzepa
Marek Roefler, z wykształcenia fizyk, w 1983 r. założył firmę Dantex, która od 1996 r. zajmuje się budową biurowców pod wynajem i realizacją inwestycji mieszkaniowych.
Praca Jeana Lamberta-Ruckiego
źródło: villalafleur
Praca Jeana Lamberta-Ruckiego

Rz: Od 22 września w założonym przez pana Muzeum Artystów Ecole de Paris w Konstancinie można oglądać wystawę dorobku Jeana Lamberta-Ruckiego (1888-1967). Artysta urodził się w Krakowie i tam ukończył akademię. W Polsce jest nieznany.

Marek Roefler: To nie jest zapomniany artysta! Przynajmniej na świecie. Ma wysoką pozycję na międzynarodowym rynku głównie jako rzeźbiarz, ale też jako malarz, designer, twórca biżuterii. W monografiach sztuki art deco znajdziemy jego nazwisko obok największych artystów: Jeana Dunanda czy Jacques-Émile Ruhlmanna. Jean Lambert-Rucki był współautorem mebli wykonywanych przez największych projektantów epoki, zwykle robił inkrustacje np. z masy perłowej. Na wystawie prezentujemy ok. 100 jego dzieł. Pochodzą one z mojej kolekcji. Jest to pierwsza wystawa dorobku artysty w Polsce.

Pokazujemy nie tylko prace Lamberta-Ruckiego. One dominują, ale są także dzieła np. Bolesława Biegasa, rzeźby zakopiańskie ze Szkoły Antoniego Kenara, rzeźby węgierskiego artysty Josepha Csaky'ego (Lambert-Rucki blisko z nim współpracował), rzeźby artystów z kręgu kubizmu i art deco, Augusta Zamoyskiego, Chany Orloff, braci Martel.

Jak pan odkrył tego artystę?

Kolekcjonuję sztukę polskich twórców-emigrantów, którzy należeli do Ecole de Paris. Już kiedy zaczynałem zbierać 30 lat temu, podstawowym kluczem do poszukiwań było miejsce urodzenia artysty na terenach przedwojennej Polski. W kraju nie było źródeł informacji na ten temat. Korzystałem przede wszystkim ze światowych katalogów aukcyjnych.

Około 2000 r. w katalogu aukcyjnym zwróciłem uwagę na rzeźbę Jeana Lamberta-Ruckiego. Z opisu dowiedziałem się, że urodził się w Krakowie i tam ukończył ASP. Z Polski wyjechał na zawsze w 1911 r. Odtąd na stronach Art Price zacząłem poszukiwać jego dzieł. Podobały mi się szczególnie rzeźby w duchu art deco.

Pojedyncze dzieła Lamberta-Ruckiego prezentuje pan w swoim muzeum od lat. Dzięki temu artystę odkrył krajowy rynek. Drobne dzieła sztuki sakralnej zaczęły się pojawiać na polskich aukcjach.

Goście muzeum pytali o tego nieznanego u nas artystę. Jego dzieła budziły żywe zainteresowanie. Jako twórca art deco w latach 20. odniósł gigantyczny sukces na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa w Paryżu. Ale przyszedł kryzys ekonomiczny, rynek sztuki załamał się. Wtedy Lambert-Rucki zaczął tworzyć sztukę sakralną, np. dekoracje w świątyniach katolickich, ponieważ Kościół nadal był bogatym mecenasem sztuki. Jego rzeźby przedstawiające Chrystusa na krzyżu powielane były w wielu egzemplarzach, co zapewniało artyście środki do życia. Niektóre dzieła sztuki sakralnej również prezentujemy na wystawie.

Jakie są ceny?

Bardzo różne. Setki tysięcy euro kosztował parawan autorstwa Dunanda; Lambert-Rucki jako współautor wykonał dekorację malarską. Drobne dzieła sztuki sakralnej kosztują kilka tysięcy euro.

W czasie naszych spotkań w pana gabinecie widziałem, że osobiście licytuje pan przez telefon, łącząc się z odległymi zakątkami świata. Czy nie wystarczy ustalić limit cenowy i zlecić licytację?

Tak, ale limit mogę przekroczyć tylko ja! Moje pieniądze, moje ryzyko, moja decyzja. Zdarza się, że jestem zainteresowany zakupem np. sześciu dzieł, a stać mnie tylko na dwa. Jeśli te dwa dzieła kupię okazyjnie tanio, wtedy sam podejmuję decyzję, co dokupić.

Gdyby, załóżmy, kupował Artur Winiarski, kurator kolekcji, to wielu rzeczy nigdy byśmy nie zdobyli. Ustalam dla niego sztywny limit cenowy, nieprzekraczalną granicę i koniec. Jeśli sam licytuję, to tę granicę niekiedy przekraczam. Czasami płacę dwa razy więcej niż planowałem!

Jest pan stałym klientem największych domów aukcyjnych na świecie.

Udaje mi się kupić mniej więcej jedną piątą tego, co licytuję. Szukam okazji. Na przykład wiem, że wykonano osiem odlewów rzeźby numerowanych arabskimi cyframi i cztery numerowane rzymskimi cyframi. Przegrywam licytację w jednym domu aukcyjnym, ale staram się wyśledzić tę rzeźbę gdzie indziej i kupić ją za dobrą cenę.

Tropi pan dzieła jak detektyw.

Wystawiono kiedyś na sprzedaż słynną światową kolekcję, w której były prace Ruckiego. Na pierwszej aukcji przegrałem licytację. Padły tam rekordowe ceny. Po roku na trzeciej aukcji kupiłem interesujące mnie dzieła za połowę pierwotnych notowań! Skoro nie mam nieograniczonych środków na zakupy, staram się przynajmniej być konsekwentny.

Ile czasu poświęca pan na kolekcjonerstwo?

Średnio dwie godziny dziennie.

Co interesującego wylicytował pan na świecie w tym roku?

Zdobyłem papierośnicę z około 1922 r. projektu Jeana Dunanda z inkrustacją Lamberta-Ruckiego. Egzemplarze tych papierośnic nie są numerowane. Nie wiadomo, ile ich powstało, ale cieszą się wielkim powodzeniem i osiągają zupełnie abstrakcyjne ceny.

Polowałem na taką papierośnicę od kilku lat. Zawsze rezygnowałem z powodu ceny. W tym roku byłem szczególnie zdeterminowany, bo jest wystawa, a ja nie pokażę papierośnicy! Dlatego przekroczyłem granice rozsądku. Jest to przedmiot reprezentatywny dla różnorodnego dorobku Lamberta-Ruckiego, który tworzył popularną sztukę użytkową. Za tę papierośnicę zapłaciłem więcej niż za niektóre duże rzeźby.

Kupiłem też w tym roku kolejne dzieła Mojżesza Kislinga.

Wystawa Jeana Lamberta-Ruckiego jest ósmą z kolei w pana muzeum. Co roku organizuje pan monograficzną wystawę jednego artysty. Która miała największy oddźwięk?

Odbyły się wystawy na przykład Alicji Halickiej, Maurycego Mędrzyckiego, Henryka Haydena. Wydaje mi się, że z najżywszym odzewem spotkała się ubiegłoroczna wystawa. Był to syntetyczny przegląd najlepszych dzieł różnych artystów z moich zbiorów, np. Eugeniusza Zaka, Meli Muter, Mojżesza Kislinga, Tamary Łempickiej.

Powodzenie ubiegłorocznej prezentacji sprawiło, że w tym roku zostaliśmy zaproszeni z wystawą do niemieckiego muzeum w Neuenstadt oraz do Muzeum Śląskiego w Katowicach. W tym drugim teraz trwa wystawa „Między Montmartre'em a Montparnasse'em", prezentująca dzieła polskich artystów pracujących we Francji w pierwszej połowie XX wieku.

Z kolei w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie pokazano wybór dzieł z naszej kolekcji na wystawie „Kwiaty Paryża", a na wystawie „Zakopane – Warszawa" w Muzeum Xawerego Dunikowskiego w Królikarni – nasze rzeźby.

Muzeum Narodowe w Warszawie także prezentowało dzieła z pana zbiorów.

Ode mnie pochodziły obrazy i rzeźby Jeana Lamberta-Ruckiego. Był to pokaz sztuki art deco zatytułowany „Spragnieni piękna". Bardzo ciekawe stroje z epoki pochodziły z prywatnej kolekcji Adama Leji.

Takie wystawy popularyzują ideę prywatnego kolekcjonerstwa.

Muzeum otworzyliśmy w 2010 r. Od początku moim celem była popularyzacja dorobku artystów wywodzących się z Polski, ale nieznanych w kraju. Po naszych wystawach na rynku wzrosło zainteresowanie tymi twórcami. Na ich dorobek zwrócili uwagę muzealnicy, naukowcy. Można powiedzieć, że przywróciliśmy tych artystów polskiej kulturze. To samo robią inni kolekcjonerzy, którzy zdobywają do zbiorów rozrzucone po świecie dzieła artystów-emigrantów.

Każdy może odwiedzić muzeum w określone dni tygodnia (www.villalafleur.pl). Stało się ono wizytówką Konstancina.

Na ulicach ustawiono kilkanaście tabliczek informacyjnych, kierujących do muzeum. W Konstancinie jesteśmy już dobrze rozpoznawalną marką. Nasze muzeum odwiedzają goście z różnych stron świata, w tym np. międzynarodowi darczyńcy Muzeum Historii Żydów Polskich Polin.

Czyją twórczość zobaczymy na wystawie w 2018 r.?

Wstępnie myślimy o twórczości Nathana Grunsweigha (1880-1956), urodzonego w Krakowie. Nazywano go „polskim Utrillo". Artysta uwieczniał widoki przedmieść Paryża. Jest to malarz zapomniany, niedoceniany przez rynek i kolekcjonerów. ©℗

—rozmawiał

Janusz Miliszkiewicz

"Rzeczpospolita"