Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Rysunek to destylat myśli

Jacek Cieślak 29-09-2017, ostatnia aktualizacja 29-09-2017 08:10

Komediopisarz, satyryk Stanisław Tym mówi Jackowi Cieślakowi o rysowaniu i swojej wystawie w Muzeum Karykatury.

Wystawa w Muzeum Karykatury czynna do 29 listopada.
źródło: Muzeum Karykatury
Wystawa w Muzeum Karykatury czynna do 29 listopada.
źródło: materiały prasowe

Rzeczpospolita: Podobno rysowanie wypełniło panu 63 dni powstania warszawskiego?

Stanisław Tym: Było już wiadomo, że będzie powstanie, bo na Żoliborzu zaczęły się strzały, mama powiedziała, że nie wolno nigdzie wychodzić, ale przekonałem ją, mówiąc, że pójdę tylko po kredki. Wiedziała, że jestem prawdomówny, więc była pewna, że nie zrobię nic innego.

Że nie pójdzie pan do powstania.

To akurat było oczywiste. Miałem siedem lat. Mieszkaliśmy na Kruczej, vis-à-vis obecnego hotelu Grand, sklepik był za rogiem, na Wspólnej. Poszedłem, kupiłem, wróciłem. Nie bardzo zdawałem sobie sprawę, na czym powstanie będzie polegało, ale po kilku dniach trzeba było zejść do piwnicy, bo rozpoczął się ostrzał z granatników i działa kolejowego, zwanego grubą Bertą, której pociski wyburzały po kilka pięter kamienic. Wszyscy się bali, że nasz budynek runie, ja też. Ale rzeczywiście rysowałem. Chyba zawsze to lubiłem.

Żył pan po hollywoodzku w świecie fikcji?

A skąd, rysowanie zajmowało ułamek mojego czasu. Najwięcej pracowało się przy młynku.

Przy czym?

Nie było nic do jedzenia, ale ze zdobytego przez powstańców browaru rozdzielono jęczmień. Mełło się ziarna jęczmienia grubiej na kaszę i cieniej na mąkę. Mama robiła na obiad kaszę z kluskami. To była nasza codzienna potrawa. Jeśli zdobyliśmy wodę.

Co pan wtedy rysował?

Żaglowce, choć nigdy nie byłem nad morzem. A może właśnie dlatego.

To był pana pierwszy rejs. Ale skąd wzięło się w ogóle rysowanie?

Mama mnie wciągnęła. Kupiła mi kredki i zeszyty do kolorowania, liczące po dziesięć pocztówek. Przerobiłem tego dużo.

A kiedy pan poczuł satyryczną wenę?

Miałem 18 lat, był 1955 rok, wyrzucono mnie z politechniki i poszedłem do pracy w zakładach Wedla, gdzie pracowałem w wydziale pieczywa cukierniczego, czyli woziłem wózkiem herbatniki. Nie pamiętam już, jak to było, ale zgłosiła się do mnie pani, która prowadziła pisemko zakładowe. W fabryce do produkcji nadzienia czekoladowego używano spirytusu. I to nie w butelkach, ale w dużych pojemnikach. Zdarzało się, że ktoś po pracy został z kolegą i częstował się tymi procentami. A było ich ponad 90. Na moim rysunku stała butelka z napisem 1 litr, a koło niej dwóch facetów podnosiło szklaneczki do ust. Podpisałem go „Wieczór literacki". Tak wyglądał mój pierwszy rysunek, który ukazał się w prasie. Zakładowej!

Jak później rozwinęła się pana kariera rysownicza?

Wie pan, rysuję intuicyjnie, nigdy się tego nie uczyłem. Więc chyba pan ma rację. To rzeczywiście jest kariera.

Czyżby doszło do kumoterstwa i Tym komediopisarz wylansował Tyma rysownika?

Właśnie tak było. W każdym razie dla faceta, który pisze komedie, scenariusze i skecze dla kabaretów, jest to sytuacja zaskakująca. Właściwie dziwne, że ktoś taki ma wystawę w Muzeum Karykatury.

Jak do niej doszło?

Kiedy w „Rzeczpospolitej" byłem autorem weekendowej kolumny „Fotel", poprosiłem grafika Wojtka Freudenreicha, żeby miał pieczę nad całością, która co tydzień zajmowała ostatnią stronę gazety. Właśnie wtedy stworzyłem swój podpis, tę charakterystyczną główkę, gdzie „S" to moje ucho, a Tym to brwi. Wojtek uznał moją kreskę za genialną i bardzo mi nasładzał. Zaproponował mi wystawę w samej Akademii Sztuk Pięknych. Miałem też propozycję z Muzeum Karykatury, ale dopiero teraz udało się skorzystać z zaproszenia.

Co decyduje o tym, że wybiera pan jako formę wypowiedzi rysunek, a nie tekst lub aktorską rolę?

Właściwie temat i pomysł. Przewaga rysunku nad tekstem polega na tym, że w tekście musi być wstęp, trzeba opowiedzieć, gdzie się rzecz dzieje, kto bierze udział, jaka jest jego sytuacja materialna oraz co dowcipnego wyniknęło z jakiejś pomyłki, bo to daje nam pointę. Na rysunku musi być od razu wszystko.

Destylacja myśli?

Gigantyczna destylacja myśli! Ale czasami do rysunku dochodzi chmurka, dymek albo zwykły podpis.

Bohater pozbawiony włosów z grzebieniem pozbawionym zębów może powiedzieć: „Nie ma co, nie ma czym".

Na przykład. To rzecz dość ważna, bo podpis nie działa bez rysunku, a rysunek bez podpisu. A gdy się zejdą, działają jak udane małżeństwo! Tyle mogę powiedzieć w sprawie rysunku z podpisem albo i bez.

Co zobaczymy na wystawie?

To ja może powiem, czego nie zobaczymy. Głęboko schowałem rysunki z postaciami, których bardzo nie lubię.

Polityków?

Tak. O polityce mówi się dużo. Mam wrażenie, a nawet jestem pewien, że nigdy ludzie nie poświęcali tak dużo czasu na komentowanie bzdur i kłamstw, jakie wygadują politycy. W PRL tak nie było, nie mieliśmy 70 stacji telewizyjnych ani internetu, że o telefonach komórkowych nie wspomnę. No, ale nigdy nie pisałem komedii historycznych ani science fiction. Zawsze o tym, co się dzieje teraz i tutaj. Także dzisiaj, w felietonach dla „Polityki".

Politycy skradli wszystkim show?

Nie, bo to, co ja opisuję jako idiotyczny żart, oni mówią i robią na serio. Czasem cytowanie ich bywa aż krępujące.

A co pan teraz pisze?

Dobre pytanie, bo sam nie wiem. Można powiedzieć, że scenariusz oraz farsę.

Kto jest bohaterem scenariusza?

Facet, który został aresztowany i nie wie, dlaczego.

Ryszard Ochódzki?

Nie przypuszczam.

A co dziś by robił?

Może już umarł?

On jest wiecznie żywy!

Przypuszczam, że dziś jest prezesem spółki Skarbu Państwa i zasiada w dziesięciu radach nadzorczych. Ochódzki ma tyle lat, co ja, czyli osiem dych, więc to młody facet w wieku, kiedy można sobie zacząć układać życie!

Oglądamy „Rejs" z pana udziałem i zastanawiamy się, czy współczesność przypomina PRL.

To porównanie niesłuszne i fałszywe. PRL to był czas okupacji, bo o wszystkim decydował Kreml, stacjonowała u nas Armia Radziecka. Dziś Polacy są sami w swoim domu, więc to, co ze sobą wyrabiamy jest wyłącznie naszą zasługą.

Ogląda pan „Ucho prezesa"?

Nieregularnie, bo to jest w Internecie, a ja nie mam komputera. Ale wiem, o co chodzi i bardzo Robertowi Górskiemu gratuluję. Znam człowieka, wiem, że jest świetny. Chyba muszę w końcu przysiąść i obejrzeć wszystkie odcinki, bo wstyd, że mówię o tym, czego nie widziałem, zupełnie jak nasz minister kultury.

"Rzeczpospolita"