Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Trudny rok bez Wajdy

Barbara Hollender 10-10-2017, ostatnia aktualizacja 10-10-2017 00:00

W pierwszą rocznicę śmierci wielkiego mistrza ukazała się książka „Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina”

Dokument „Wróblewski według Wajdy” – premiera telewizyjna w poniedziałek o 20.20 w TVP Kultura
źródło: tvp kultura
Dokument „Wróblewski według Wajdy” – premiera telewizyjna w poniedziałek o 20.20 w TVP Kultura
 Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina  Pod redakcją  Małgorzaty Fiejdasz-Kaczyńskiej i Anny Serdiukow SFP, 2017
źródło: materiały prasowe
Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina Pod redakcją Małgorzaty Fiejdasz-Kaczyńskiej i Anny Serdiukow SFP, 2017

Mija rok od jego śmierci. Trudny. Pełen niepokoju. Czas, w którym tak bardzo przydałaby się jego mądrość. Andrzej Wajda był jednym z wielkich mistrzów kina XX wieku. Najbardziej polskim z polskich artystów. Intelektualistą. Ale też ujmującym człowiekiem, który kochał rozmawiać z Polakami, a na ludzi, którzy mieli szansę się z nim spotkać, wywarł duży wpływ. Właśnie oni wspominają go w książce „Andrzej Wajda. Ostatni romantyk polskiego kina”. Powstała pod redakcją  Małgorzaty Fiejdasz-Kaczyńskiej i Anny Serdiukow,  a wydana została przez  Stowarzyszenie Filmowców Polskich, które przecież współtworzył i był jego honorowym prezesem.

To już rok... Pamiętam tamten wieczór, we wrześniu 2016 roku, gdy w Gdyni pokazywał „Powidoki”. Siedział fotelu, na scenie Teatru Muzycznego, otoczony swoimi aktorami. „90 lat to nie jest tak dużo” — zażartował. Był w doskonałej formie. „Mam zamiar zrobić następny film — zapewniał. — Młodzi aktorzy są fantastyczni, muszę dać im role na miarę ich talentu”. Zawsze taki był. Nie mówił o sobie, tylko o swoich współpracownikach. Podkreślał, ile robią dla niego, dla jego kina.
Potem przy małym stoliku ustawionym w teatralnym holu przyjmował życzenia. Otoczony ludźmi  czuł się szczęśliwy. Jak testament zostawił nam „Powidoki” - film, który miał być hołdem dla mistrza jego młodości – Władysława Strzemińskiego, a stał się przestrogą przed czasem, w którym władza chce zawładnąć życiem i duszą ludzi.
„Myślę po polsku, więc mówię po polsku” — powiedział w Los Angeles, w 2000 roku, odbierając Oscara za całokształt twórczości. Byli tacy, co śmiali się: „Pokolenie dorastające w siermiężnym socjalizmie, na bakier z językami obcymi”. A jednak to zdanie miało głęboki sens. Dzisiejsi młodzi są obywatelami świata. Generacja wielkich mistrzów kina XX-wiecznego była głęboko zakorzeniona we własnej kulturze. Bergman, Fellini, Kurosawa, Tarkowski, Resnais uniwersalizmu szukali na własnych podwórkach. Wajda zaś był szczególnie wrośnięty w narodową tradycję. Bo musiał jej bronić.
„Miał wielkie wyczucie polskiego gustu romantycznego, rodzaj słuchu absolutnego dla emocjonalnej, patriotycznej duchowości polskiej. Nie był w żadnym razie naiwnym apologetą szabelek i koników, ale uważał, że wolnościowa forma romantyczna to najlepsze, co jest w Polakach” — mówi profesor Maria Janion w wywiadzie z Kazimierą Szczuką, zamieszczonym w książce.
Rozmowa z Janion jest wyborna, ale równie ciekawa są opowieści ludzi, którzy go otaczali. Jak wyznaje w przedmowie prezes SFP Jacek Bromski, po roku można już „wspominać go spokojniej, wyszukiwać w pamięci drobiazgi, ważniejsze i mniej ważne, momenty, które pozwalają zdać sobie sprawę jak bardzo był obecny w naszym życiu”.
Książka, pełna nieznanych albo mało znanych zdjęć Andrzeja Wajdy, zaczyna się od rozdziału napisanego przez Annę Kaplińską-Strus,  poświęconego żonie artysty Krystynie Zachwatowicz, która spędziła z nim czterdzieści lat. Córka wybitnego polskiego architekta, plastyczka, przez wiele lat związana z Piwnicą Pod Baranami, znana też jako aktorka z kilku filmów męża — wniosła do jego życia spokój. Była też prawdziwą partnerką artysty. Jako mądra kobieta potrafiła go wspierać w trudnych chwilach. Projektowała scenografię do wielu jego filmów, przy „Pannach z Wilka”, gdy miał wątpliwości czy film nie ma zbyt wolnego tempa, przypomniała mu, że to nie jest kino polityczne i nie musi mieć zadyszki. W stanie wojennym przygotowała dwie paczki z ręcznikami, szczotkami do zębów i lekiem na wątrobę. I była z nim do końca. Pamiętam, jak w tamten wieczór gdyński Wajda jej podziękował całując ją z miłością i szacunkiem w rękę.
Są też w albumie jego aktorzy. „Czuł się odpowiedzialny za rzeczywistość, otaczał się artystami, którym nie było wszystko jedno. Nie jest im wszystko jedno także dzisiaj, kiedy spokojnego, wyważonego, ale stanowczego głosu Andrzeja Wajdy tak bardzo brakuje” — pisze Krzysztof Kwiatkowski, autor tekstu o tym, jak Wajda uczył swoich współpracowników, ale i nas wszystkich jak być obywatelami.
Dużą wartością książki są pieczołowicie zebrane przez Małgorzatę Fiejdasz-Kaczyńską i Annę Serdiukow wspomnienia. Wielkiego scenarzysty Jeana-Claude’a Carriere’a, Isabelle Huppert, Volkera Schloendorffa, ogromnej rzeszy jego przyjaciół, aktorów, studentów. Spotkania z Wajdą, jakie zostały w pamięci Hanny Krall, wywiad Serdiukow z Romanem Polańskim. Dziesiątki anegdot.
A na koniec jeszcze delikates: zebrane przez Fiejdasz-Kaczyńską scenariusze niezrealizowane.
Filmy Wajdy zostaną na zawsze w historii kultury. Polskiej, światowej. Ale dobrze, że powstała książka, która zapisuje pamięć o człowieku: otwartym, serdecznym, zainteresowanym światem i innymi ludźmi, dowcipnym. Agnieszka Grochowska wspomina, jak po premierze „Wałęsy” w Wenecji jedli kolację. Obok stał wózek, w który spał jej synek, na czoło spadł mu buńczuczny lok. Wajda zawołał swojego charakteryzatora. „Panie Tomku, proszę mi tak dzieci robić do filmu, takie mają mieć fryzury”. Wciąż patrzył na świat jak na kino. Marcin Bortkiewicz przypomniał, że do początkujących reżyserów Wajda, założyciel szkoły, zwracał się „Panie kolego”. Wszyscy opowiadają o pięknych listach, które pisał. Sama mam ich kilka.
Do Lindy mówił: „Bogusiu, muszę zacząć coś robić, bo przecież ja umieram, jak nie kręcę filmów”.
Śmierć jednak okazała się silniejsza. Ale zostały jego filmy. I nasza pamięć.

Film dokumentalny, „Tatarak" i „dyrygent" na rocznicę

Dokument „Wróblewski według Wajdy" (emisja w poniedziałek o 20.20 w TVP Kultura) powstał w 2015 roku w czasie realizacji wystawy (pod tym samym tytułem) pomysłu Anny Król, która też była jego kuratorką.
– To czwarta wystawa Wróblewskiego, która powstała z mojej inicjatywy – przypomina Wajda. – Pierwsza była wystawa akwarel do poezji francuskiej - w latach 50. jeszcze za życia Andrzeja w Warszawie. Już po jego śmierci w Krakowie powstała wystawa w Pałacu Sztuki. Potem nakręciłem film „Wszystko na sprzedaż”, w którym reżyser odwiedza niewielką wystawę Andrzeja Wróblewskiego. Obecna wystawa jest ostatnią w moim długim życiu i najbardziej pokazującą jego oryginalność i protest wobec ówczesnego polskiego malarstwa.
Andrzej Wajda usiadł na reżyserskim krześle, by komentować obrazy Andrzeja Wróblewskiego, którego poznał w czasie studiów w krakowskiej ASP. Uczyli się w tej samej pracowni (Hanny Rudzkiej-Cybisowej), w której malowali kwiaty, martwe natury.
– A Andrzej Wróblewski się odwrócił i malował wiadro z węglem – to była manifestacja przeciwko akademii – pamięta Wajda.
Reżyser zauważa, że Wróblewski w bardzo krótkim czasie odnalazł swój oryginalny język jako artysta. Opowiada, jak wyglądał jego warsztat – ekonomiczny sposób układania przyborów, tak – by nic mu nie przeszkadzało w pracy.
– To była prawdziwa maszyna do tworzenia – uważa po latach Wajda. – Nigdy nie spotykał się z nami, kiedy pracował. Jego obrazy mają siłę chwili, nigdy nie były długo malowane.
Widzowie zobaczą też obraz Wróblewskiego, na który wskazuje Wajda jako na ten, który zadecydował o jego dalszym życiu. Był to namalowany w 1949 roku „Rozstrzelany”.
– Kiedy go zobaczyłem, pomyślałem, że to, co chciałbym namalować – już jest namalowane i nigdy nie namaluję lepiej – wspomina Wajda. – Pierwszy raz spotkałem się z takim malarstwem. Oczywiście wiedziałem, ze jesteśmy głosem zmarłych, że skoro przeżyliśmy to naszym obowiązkiem jest być ich głosem. Nie zdecydowałem się naśladować Andrzeja Wróblewskiego – to nie byłaby żadna droga.
Potem Wajda przeniósł się do łódzkiej Filmówki, gdzie powstawała Polska Szkoła Filmowa, której wizytówką były obrazy o wojnie.
– Ten sam temat, które nie zrealizowałem, bo nie potrafiłem w Akademii – nagle stał się tematem moich filmów – zauważa reżyser.
Kiedy reżyser przeniósł się do Łodzi – kontynuował znajomość z Wróblewskim regularnie z nim korespondując. W filmie czyta fragmenty listów, które przysłał mu malarz.
– Zmaganie z malarstwem to jest samotność – zauważa Wajda. – Trzeba być prawdziwie samotnym człowiekiem, kiedy się maluje. Samemu się rozsądza, czy to co tworzę mogę innym, czy ja to muszę odstawić pod ścianę. Taka odpowiedzialność jest w prawdziwej sztuce.
Światowa premiera filmu odbyła się w lutym 2016 roku w madryckim Muzeum Narodowym Reina Sofia, polska – miesiąc później w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie w czasie prezentowanej wówczas wystawy „Andrzej Wróblewski: Recto/Verso”.
Dziś TVP Kultura przypomni także dwa filmy Andrzeja Wajdy: o godz. 13.20 „Tatarak” (2009) oraz o 16.55 - „Dyrygenta” (1979).
Małgorzata Piwowar
"Rzeczpospolita"