Na swoich stronach spółka Gremi Media SA wykorzystuje wraz z innymi podmiotami pliki cookies (tzw. ciasteczka) i inne technologie m.in. w celach prawidłowego świadczenia usług, odpowiedniego dostosowania serwisów do preferencji jego użytkowników, statystycznych oraz reklamowych. Korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza wyrażenie zgody na użycie plików cookies w pamięci urządzenia. Aby dowiedzieć się więcej o naszej polityce prywatności kliknij TU.

Powoli rośnie pasja do sztuki

Kama Zboralska 12-05-2018, ostatnia aktualizacja 12-05-2018 00:00

Polski rynek inwestycji w sztukę zaczyna się rozwijać. Wygrają ci, którzy teraz zainwestują.

Sławek Górecki, właściciel Piękna Gallery – Galeria Sztuki i Dom Aukcyjny.
źródło: materiały prasowe
Sławek Górecki, właściciel Piękna Gallery – Galeria Sztuki i Dom Aukcyjny.

Rz: Promować w Nowym Jorku polskich klasyków to odważne przedsięwzięcie, tak samemu bez wsparcia instytucjonalnego...

Sławek Górecki: Pomysł organizacji wystaw w Nowym Jorku narodził się dwa lata temu. Tutaj od prawie 30 lat jest mój drugi dom, więc swobodę działania mam większą niż w Polsce. Zaprosiłem do współpracy Marka Bartelika, wieloletniego prezesa AICA – najważniejszej organizacji zrzeszającej krytyków sztuki z całego świata. Marek jako dziecko w latach 70. wyemigrował do USA, był wykładowcą na najlepszych nowojorskich uniwersytetach, jego autorytet i wysoka pozycja nowojorskiego krytyka sztuki są niepodważalne. Człowiek instytucja. To on przyciąga na wystawy śmietankę nowojorskich krytyków i dziennikarzy. Był też kuratorem organizowanych przez nas ekspozycji Stanisława Fijałkowskiego, Magdaleny Abakanowicz i Eugeniusza Markowskiego – wszystkie miały rewelacyjne recenzje. Większość tych prac była wypożyczona od kolekcjonerów, tylko kilka było wystawionych na sprzedaż, wszystkie znalazły chętnych i to za dużo większe pieniądze niż w Polsce. Pokaz dzieł Fijałkowskiego był wymieniony przez prestiżowy magazyn „Artnet" jako jedna z siedmiu najważniejszych wystaw do zobaczenia w Nowym Jorku, zaś wystawa Abakanowicz/Markowski została uznana jako jedna z najlepszych wystaw w minionym roku. Furorę robił Eugeniusz Markowski. Abakanowicz, to znamy, ale kto to jest ten Markowski? – pytali zafascynowani jego twórczością krytycy sztuki. Następna wystawa, której otwarcie jest planowane w maju, to twórczość Stefana Krygiera. Jego obrazy i formy przestrzenne zapowiadają kolejną wyjątkową imprezę. Przestrzeń, w której prezentujemy naszych mistrzów, została zaadaptowana ze starego magazynu usytuowanego na granicy dwóch, ostatnio najmodniejszych dzielnic Nowego Jorku – Greenpointu i Wilamsburga. To przedsięwzięcie nazwaliśmy „Green Point Project" (www.green-point- project.com). Jesteśmy już w Nowym Jorku rozpoznawalni. Rodzimi klasycy sztuki współczesnej są na światowym poziomie i można się nimi tylko chwalić, nawet w tym niezwykłym miejscu, do którego zjeżdżają artyści z całego świata z nadzieją na sukces.

Od trzech lat jest pan właścicielem warszawskiej Piękna Gallery – Galeria Sztuki i Dom Aukcyjny. Czy tylko w Polsce możliwy jest taki mariaż ? Na świecie licytacje raczej nie mają nic wspólnego z działaniami galerii. Jest ścisły podział.

W Nowym Jorku są prestiżowe galerie, które sprzedają znaczną część swoich wystaw za miliony dolarów. Są oczywiście też mniejsze galerie, które sprzedają dzieła tańszych artystów, ale generalnie wszyscy sprzedają. W Polsce klienci zachowują się bardzo wstrzemięźliwie, najczęściej kupowane są rzeczy tanie, za kilka tysięcy złotych. Obrazy droższe po sto czy po kilkaset tysięcy zmieniają właściciela na ogół na aukcjach, choć paradoksalnie osiągają tam ceny wyższe od galeryjnych. Stąd mój pomysł, żeby oprócz wystaw organizować również aukcje. Kupować, sprzedawać, żeby się działo, żeby nie było nudno.

Oferuje pan przede wszystkim dzieła klasyków współczesności, m.in. Fijałkowskiego, Krygiera i Markowskiego. Czy nadal niektórzy klienci przy wyborze obrazu sugerują się kolorem zasłon czy kanapy?

Niestety, tak się zdarza, a przecież dobry obraz zawsze będzie pasował do każdego koloru mebli i każdego wnętrza. Zrobiłem kiedyś eksperyment i zawiozłem do klienta obraz Fijałkowskiego, który początkowo został odrzucony jako ten kolorystyką niepasujący. „Zagrał" we wnętrzu genialnie.

A pytają, ile można na oferowanych pracach zarobić, i jeśli usłyszą, że jest szansa, to bez targowania wyjmują portfel i płacą ? Kilka lat temu rozmawiałam z Karlem Schweizerem, twórcą art. bankingu, usługi polegającej na doradzaniu przy tworzeniu kolekcji, jednym z dyrektorów szwajcarskiego Banku UBS. Powiedział, że Bank swoim zamożnym klientom, którym proponuje wybitne dzieła sztuki, gwarantuje tylko cenę rynkową w dniu zakupu. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, o ile i w jakim czasie wzrośnie wartość konkretnej pracy, jest to czysta spekulacja. Nie ma odpowiednich analiz ekonomicznych do wydawania takich prognoz.

Od jakiegoś czasu już nie pytają, ile można zarobić, bo też na to pytanie, jak pani zauważyła, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Ale na pewno jest to dobra inwestycja. Podam taki obrazowy przykład. Nowy Jork jest uważany za bardzo bezpieczną inwestycję, jeśli chodzi o rynek nieruchomości. W latach 70. cena obrazu Picassa była zbliżona do średniej wartości domu w Nowym Jorku. Teraz za jeden jego dobry obraz można kupić około 50 takich domów, przy czym należy pamiętać też o prężnym wzroście cen nieruchomości. Oczywiście Polska to nie Ameryka, ale trendy i koniunktury, choć często z dużym opóźnieniem, w końcu do nas docierają. Tak naprawdę rynek inwestycji w sztukę dopiero w Polsce się zaczyna. Wygrają ci, którzy teraz zainwestują, bo w końcu musi wzrosnąć wartość wybitnych obrazów czy rzeźb. Na przykład ceny mieszkań w Warszawie mamy takie jak w Berlinie, ceny samochodów też są podobne, a sztuka polska w porównaniu z niemiecką jest śmiesznie tania.

Jaki kapitał potrzebny jest na otwarcie galerii?

Ciężko powiedzieć, to zależy od rozmachu i wielkości przedsięwzięcia. Są miejsca drogie, ale są też galerie na 5 metrach kwadratowych, które nie kosztują wiele. W Warszawie są wyjątkowo wysokie czynsze za lokale, co nie sprzyja kreowaniu dochodów. Poza tym Polacy, nawet jeśli ich stać na sztukę, to nie mają jeszcze takiej pasji kupowania obrazów czy rzeźb jak na Zachodzie.

Wiele galerii dokłada przez pierwsze lata działalności, dobrze mieć podobnie jak pan inne źródło dochodu?

To prawda. Dużo galerii jest finansowanych z drugiego źródła. Jest to kosztowna pasja i często przez długie lata pozostaje kosztowną pasją, a nie dochodem.

I nie jest tak transparentna jak branża handlowa, w której pan działa od lat w Nowym Jorku?

Z pewnością jest to bardziej przewidywalny biznes, stałe źródło dochodu, ale nudne i nie daje tylu przyjemności co obcowanie ze sztuką. Fajnie jest w życiu robić, to co się lubi.

Zanim został pan galerzystą, był pan rasowym kolekcjonerem, czy teraz bardziej satysfakcjonuje pana sprzedaż czy może nadal tropienie ciekawych dzieł?

Przez 20 lat trochę się uzbierało różnych obiektów, już dawno nie mam miejsca na ścianach ani w Nowym Jorku, ani w Warszawie, a magazyn pęka w szwach. Dlatego stwierdziłem, że chyba już wystarczy. Problem w tym, że kupowanie obrazów jest jak nałóg i ciężko żyć bez tej przyjemności. Stąd pomysł na otwarcie galerii. Teraz doradzam i kupuję innym, przez co kontakt ze sztuką i przyjemność obcowania z nią nadal pozostaje.

Ma pan nadal w swoich zbiorach pierwszy kupiony obraz?

– Dawno temu już się go pozbyłem. Wstydziłbym się komukolwiek go pokazać. Jest to przykład, że na szczęście człowiek się jednak rozwija i gust się poprawia.

Kto pana zaraził miłością do sztuki? Co było pierwszym impulsem, że zaczął pan się interesować sztuką?

– Wiele lat temu olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie wizyta w domu mego przyjaciela, który w nowojorskim mieszkaniu miał arcydzieła malarzy obecnych w największych polskich muzeach. Zapragnąłem też mieć taki kawałek swojego muzeum. Do tego doszedł jeszcze sentyment emigranta do polskiej sztuki i tak zaczęła powstawać moja kolekcja zbudowana przede wszystkim z naszych klasyków współczesności.

Jesteśmy świadkami kolejnej piramidy finansowej, której głównym bohaterem tym razem była sztuka. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak można było „zaczarować" ludzi, którzy wydawałoby się mają smykałkę do biznesów, skoro stać ich było na zainwestowanie nawet kilku milionów w rzeźby na ogół mało znanych artystów, licząc na roczny, około 20-procentowy zysk. Skąd taka łatwowierność czy naiwność, żeby nie użyć mocniejszych słów?

– Dla mnie jest to także niezrozumiale. Obiecany zysk uśpił w ludziach logiczne i trzeźwe myślenie. Przecież mogli bezpiecznie zainwestować te pieniądze w polską sztukę. Nikt by im nie zagwarantował wysokości zysku, ale przynajmniej nie straciliby pieniędzy. A może nawet zarobiliby więcej niż te obiecywane 20 procent? Patrząc na ostatnie wyniki aukcyjne kilku czołowych polskich malarzy, mogłoby się i tak zdarzyć. Jak pokazuje historia, na dobre rzeczy zawsze znajdzie się nabywca. Nawet w czasach wojny, a potem w trudnym okresie socjalizmu zawsze miały miejsce transakcje kupna dzieł sztuki tak jak złota czy diamentów. To zawsze była pewniejsza inwestycja niż trzymanie pieniędzy w sienniku.

Czy „plusem ujemnym" tej afery będzie mniejsze zainteresowanie drogą sztuką, czy może wzrośnie ranga ekspertów i przy okazji istotniejszy będzie wątek kolekcjonerski i fakt, że sztuka poza wszystkim posiada wartość dodaną – możliwość obcowania z pięknem.

– Mam nadzieję że będzie to przestroga dla innych i będą kupować zweryfikowaną już przez rynek aukcyjny, muzealny i galeryjny polską sztukę. Jest grono wybitnych polskich malarzy i inwestowanie w nich jest bezpieczne. A jak nie wiemy, na kogo postawić, to pytajmy albo podpatrujmy tych, którzy mają o tym pojęcie. Pewne koniunktury na rynku sztuki jednak można przewidzieć. Osobiście udzielam takich porad bezpłatnie, niech rośnie grono kolekcjonerów.   —rozmawiała Kama Zboralska

"Rzeczpospolita"